CZEPIAM SIĘ KSIĄŻEK

"Książki często występują w moich snach erotycznych"

Tag: Wioletta Grzegorzewska

Skoro tyle miesięcy pozwalałam na to, by utożsamiała mnie ze swoją córką, wysłaną do komory gazowej przez Margot Kunz w Ravensbrück, teraz już za późno. Nasze losy splotły się od dnia spotkania na częstochowskim dworcu i w jakimś sensie stałam się Anulą, reaguję na jej imię, czeszę się podobnie, z przedziałkiem na środku głowy, noszę jej złoty pierścionek z kameą, zakładam jej spódnice i bluzki i każdego dnia coraz bardziej przesiąkam zapachem jej ubrań. 

– Wioletta Grzegorzewska „Stancje” –

Niefortunna wyliczanka. Wioletta Grzegorzewska – „Stancje” [recenzja]

Czytając pół roku temu Guguły Wioletty Grzegorzewskiej, odbyłam sentymentalną podróż do świata mojego dzieciństwa. Dokładnie pamiętam, jak leżałam w maju na trawie z tomikiem wydawnictwa Czarne w dłoni. Co chwilę przerywałam lekturę, by zatopić się we wspomnieniach, skonfrontować to, o czym czytam, z własnymi doświadczeniami, z nostalgią przenieść się myślami do okresu dzieciństwa i wczesnego dojrzewania. Życie na wsi, blisko natury. Życie, któremu czasem bliżej było do dzikości, niż cywilizacji. Choć dwanaście lat ode mnie starsza, Grzegorzewska odmalowała przede mną świat, który znałam, przywróciła mi obraz, który już lekko zacierał się w pamięci. Stworzyła też niezapomniany literacki autoportret. Może nieco przerysowany i nie całkiem wolny od zabiegów autokreacyjnych, ale mimo wszystko szczery, a na pewno charakterystyczny. Ze Stancjami jest niestety tak, że ani nie umiem się utożsamiać z ich bohaterką/narratorką, ani też nie znalazłam w nowej powieści Grzegorzewskiej dziewczyny z Guguł. O kilka, kilkanaście lat starszej, ale wciąż tej samej. Przesiąkniętej wiejską tradycją, ukształtowanej przez atmosferę życia w wielopokoleniowej rodzinie, blisko ludzi, zwierząt, przyrody… Chociaż Stancje narracyjnie są kontynuacją tej wcześniejszej opowieści, próżno jej tu szukać. 

Continue reading

Wbrew zakazowi matki zaczęłam sypiać z Czarnym. Czarny pachniał sianem i mlekiem, a na szyi miał śnieżnobiałą mapę Afryki. Przychodził do mnie w nocy, kładł się na pierzynie i mrucząc, poruszał łapkami tak, jakby chciał ugnieść na niej drożdżowe ciasto. Odkąd znalazłam go na strychu, żyłam z nim w dziwnej symbiozie: nosiłam w swetrze jak niemowlę, podkradałam dla niego śmietanę z kredensu, a w niedzielę oddawałam mu swoje skrzydełko z rosołu. 

– Wioletta Grzegorzewska „Guguły” – 

Niedojrzałe owoce. Wioletta Grzegorzewska „Guguły”

Guguły Wioletty Grzegorzewskiej to żadna nowość, a jednak niedawno o książce zrobiło się głośno za sprawą tegorocznej nominacji do Man Booker International Prize. Od lat mieszkająca w Anglii Grzegorzewska jest tam znana jako Wioletta Greg. Guguły wydano w angielskim przekładzie jako Swallowing Mercury.

Przyznam, że mam co do Guguł mieszane uczucia, jednak z przewagą tych pozytywnych. Ta niedługa, licząca nieco ponad sto stron, opowieść zachwyciła mnie i wywołała nostalgię. Lektura była swoistą podróżą w przeszłość. Własne dzieciństwo i dorastanie mimochodem stawało mi przed oczami. Mogłam identyfikować się z bohaterką i narratorką Guguł, mogłam przeglądać się w jej doświadczeniach jak w lustrze, a jednak były momenty, gdy lektura lekko rozczarowywała. Już po trzydziestu stronach odniosłam wrażenie, że cała ta historia jest jak melodia wygrywana na jednej nucie. Żadnych napięć, zmian tonacji czy tempa, żadnych fałszywych dźwięków… Był też moment, gdy pomyślałam, że Grzegorzewska trywializuje niektóre poważne tematy, takie jak chociażby wykorzystywanie seksualne. Sama nie wiem, może to i dobrze, że w odróżnieniu od innych autorów unika patosu, histerycznych i dramatycznych gestów. Jej bohaterowie nad wszystkim co się dzieje, przechodzą do porządku dziennego, bo takie jest życie. 

Continue reading