Dziś tekst z gatunku dziwnych. Nie planowałam recenzować powieści Ta, którą nigdy nie byłam, chciałam ją przeczytać tylko dla siebie, bo przeczuwałam, że odnajdę w niej własne lustrzane odbicie oraz to o czym sama piszę. Nie myliłam się. Czterysta czterdzieści pięć stron, odkładam tom na półkę i zaczynam zastanawiać się, co się właściwie wydarzyło i jaki jest finał tej historii. Czy w ogóle można tu mówić o zakończeniu? Może jest ich wiele… Po kilku godzinach widzę bohaterkę powieści Majgull Axelsson. Widzę ją tak, jakbym oglądała film. Stworzony niewprawną ręką, amatorski, nieostry i źle wykadrowany. Chyba drżą mi ręce… Odkładam kamerę i postanawiam dopisać swoje zakończenie tej historii. A właściwie zakończonko. Malutki epilog. Jedną dodatkową sekwencję, strumień uczuć. Tak widzę Mary-Marie teraz, ale mam przeczucie, że jeszcze długo będę o niej myśleć. O jej obliczu/obliczach, symultanicznych życiach i alternatywnych losach. I wiecie, jestem pewna, że jeśli jutro po przebudzeniu moje myśli nadal będzie zaprzątać Ta, którą nigdy nie byłam, dopiszę w wyobraźni zupełnie inne niż dziś zakończenie.

Continue reading