CZEPIAM SIĘ KSIĄŻEK

"Książki często występują w moich snach erotycznych"

Page 2 of 8

 Chciał wprowadzać zamęt i zbijać z tropu, wywoływać ataki śmiechu i okrzyki przerażenia, łamać serca, zatruwać umysły i zatracać się w szalonym tańcu z własnym sobowtórem w parze.

– Paul Auster „4321” –

Tetralogia nowojorska ǀ 4 3 2 1 Paula Austera ǀ Wszystkie żywoty Archibalda Isaaca Fergusona

Trochę wody upłynęło od ostatniego wpisu… Nie ma co udawać, pisze mi się ostatnio ciężko, czyta też nielekko. Napotykam na lekturowe rozczarowania i autorskie blokady, ale pojawiła się na horyzoncie pewna książka, o której muszę opowiedzieć, i której nie mam za złe, że wykradła mi tydzień z życia.

Ostatnia notka na blogu dotyczyła prozy Siri Hustvedt, dziś o monumentalnej książce jej męża, cenionego amerykańskiego powieściopisarza, Paula Austera.

Znacie to uczucie, kiedy bezpośrednio po przeczytaniu książki albo obejrzeniu filmu, macie ochotę zrobić powtórkę? Teraz, od razu. Zdarza się, jak mawiał osobliwy pisarz. Albo coś za mną chodzi, jak zauważył pewien oryginalny reżyser. Auster i jego 4321 chyba jeszcze długo będą za mną chodzić. I na pewno zdarzy mi się wrócić do tej niecodziennej powieści. A kiedy już to zrobię, posłużę się – być może wbrew intencji autora – pewnym kluczem. Postąpię tak, jak z jedną z najoryginalniejszych powieści jakie czytałam, postmodernistyczną Grą w klasy Julio Cortázara. Książką, którą można czytać na dwa sposoby: od deski do deski, strona po stronie albo według stworzonego przez pisarza szyfru. Kluczem do ponownej lektury 4321 będzie właśnie ta numeracja, tyle że odwrócona. Najpierw przeczytam wszystkie rozdziały z życia Fergusona pierwszego, późnej Fergusona drugiego, następnie trzeciego i czwartego. Może wtedy uda mi się złamać kod Austera, upewnić się, czy wewnątrz poszczególnych rozdziałów wprowadził pewne sprzeczności i alternatywy, na które – zdaje mi się – natrafiłam, ale złożona natura tej książki nie pozwala mieć pewności po jednorazowej lekturze.

Continue reading

Może w starciu opowieści z historią to prawda zawsze wychodzi poturbowana?

– Ignacy Karpowicz „Sońka” –
*
Był nałogowym blagierem. Do samego końca niezmordowanie wymyślał się na nowo.

– Siri Hustvedt „Świat w płomieniach” –
*
Jestem w bajce, pomyślał, w bajce o życiu. W innej konwencji życie jest nie do zniesienia (…) Pomyślał, że kontakt z baśnią lub mitem wyniszcza ciało. I że dzieciństwo na zawsze w człowieku zostaje.

– Ignacy Karpowicz „Sońka” –
*
W mglistych obszarach dzieciństwa nie ma ani jednej historii, która by cię wyjaśniała.

– Siri Hustvedt „Świat w płomieniach” –

Twarz za maską ǀ Świat w płomieniach Hustvedt ǀ Sońka Karpowicza [zapiski lunatyka]

Dziwnie układa mi się ostatnio życie czytelnicze. To nie jest żaden wielki plan – prędzej bezplan, kompulsywne czytanie, mniej więcej pół na pół, nowości wydawniczych i książek, które od dawna czekają na półkach – ale sięgałam przez ostatnie tygodnie niemal wyłącznie po tytuły napisane przez kobiety. Tajemna historia Tartt, Zapiski z domu wariatów Lavant, Kazirodztwo Angot, Purezento Bator, Macocha Hůlovej, Tajemnica Brokeback Mountain Proulx, Rok magicznego myślenia Didion, Chłopcy, których kocham Ciarkowskiej, Świat w płomieniach Hustvedt. Do tego wyimki z poezji w wydaniu kobiecym. Aż tu nagle przyciąga mnie Sońka Ignacego Karpowicza. 

Czytałam ją w bezpośrednim sąsiedztwie Świata w płomieniach Siri Hustvedt i zaskoczyło mnie, że pomiędzy tymi dwoma powieściami istnieje symboliczny pomost. Dwie zupełnie różne książki. Z pozoru nie mogą mieć wiele wspólnego… A jednak mają.

Continue reading

Nie zapuszczałyśmy żadnych korzeni, nigdy i u nikogo.
Rano wstawałyśmy z nie swoich łóżek, robiłyśmy kawę
w nie swoich kubkach, wychodziłyśmy w swoją stronę.
Czasem wracałyśmy wieczorami,
słuchałyśmy na nie swojej kanapie
nie swoich historii o nieważnych dla nas sprawach.
Czasem porzucałyśmy różne rzeczy
na wieczne zaprzepaszczenie, niewyzbierane ślady.
Czasem po prostu któregoś dnia
nie wracałyśmy.

– Anna Ciarkowska „Chłopcy, których kocham” –

Ból z powyłamywanymi słowami. Anna Ciarkowska „Chłopcy, których kocham” [premierowo]

Chłopcy, których kocham i Mikromy, dwa projekty Anny Ciarkowskiej, pierwszy literacki, drugi graficzny. Podglądam od dawna. Kiedy autorka dzieliła się w sieci pierwszymi krótkimi wierszami, byłam pod ogromnym wrażeniem. Otwartości i prostoty jej tekstów, które jednocześnie skrywają wielki ładunek emocjonalny. Z miejsca uznałam Chłopców, których kocham za fenomen. Liryczne notatki z codzienności, z kochania i bycia kochaną, z rozstań, z pustki, która paradoksalnie potrafi pochłonąć i zmielić człowieka jak tornado. Teoretycznie mogłaby je stworzyć każda kobieta. Tyle że niewiele z nas potrafiłoby znaleźć odpowiednie słowa, przekuć tęsknotę i rany w coś tak poruszającego, intymnego a równocześnie uniwersalnego jak ten tomik.

Continue reading

Artysta nie zaczyna malować ot tak. Trzeba trochę posiedzieć i pomyśleć nad koncepcją obrazu, żeby potem wstać i wykonać odpowiednie pociągnięcie (…) Wystarczy na początek zalążek pomysłu, który pobudzi cię do działania, w moim przypadku wszystko, co następuje później, jest tak zwanym procesem akcji i reakcji. Proces ten zawsze polega na budowaniu i niszczeniu. By potem z tych zniszczeń znowu coś wydobyć i budować dalej.

– David Lynch „W pogoni za wielką rybą” –

Panopticum Davida Lyncha. Wystawa „Silence And Dynamism”, CSW w Toruniu

Często perwersyjna, prawie zawsze prowokacyjna, czasem hermetyczna – taka jest sztuka filmowa Davida Lyncha. A jak z innymi dziełami sławnego reżysera i artysty? Przy okazji wizyty w Łodzi, zorganizowałam sobie spontaniczny wypad do Torunia, gdzie obejrzałam wystawę David Lynch. Silence And Dynamism. Zobaczyłam i przeczytałam rzeczy, które trudno będzie wymazać z pamięci. Wstąpiłam do twinpeaksowskiej Czarnej Chaty, stanęłam vis-à-vis tajemniczej szklanej klatki – portalu między światami – w której lewitowali bohaterowie Twin Peaks. Za krótko – dużo za krótko – przechadzałam się po toruńskim Centrum Sztuki Współczesnej. Wyszłam stamtąd oszołomiona, z wściekle czerwonym plakatem pod pachą (przezornie weszłam do przymuzealnego sklepu z pamiątkami przed obejrzeniem wystawy, zapewniam, że po wszystkim zakupy będą ostatnią rzeczą, o której pomyślicie). Widnieje na nim ludzik, który stracił głowę. Stracić głowę, oto co może się wam przydarzyć, jeśli wybierzecie się na Silence And Dynamism.

Litera, alfabet, słowo, zdanie, treść. Obraz. Pożar, ogień, który trawi… Trawienie, narządy wewnętrzne, flaki, wymiotowanie. Dosłownie i w przenośni. Mózg, który rzyga bezsensownymi zasadami, głupotą i psudowiedzą. Zdemontowane ciała, ludzko-zwierzęce hybrydy, niepokojące cienie. Przemoc, krzyk, strach. Niepewność, zagubienie, poszukiwanie domu. To hasła, które Lynch mógłby wymalować na ścianach muzeum. Zamiast tego umieścił na nich setki wykonanych najróżniejszymi technikami prac, które w symboliczny, surrealistyczny, często makabryczny sposób niemo wykrzykują te słowa. 

Continue reading

Głowa do wycierania jest moim najbardziej duchowym filmem. Nikt nie rozumie, o co mi chodzi, kiedy to mówię, ale tak jest. Film ten rozwijał się w pewien sposób, a ja nie wiedziałem, co to znaczy. Szukałem klucza pozwalającego odkryć, co wyrażają te sekwencje. Oczywiście część z nich rozumiałem, nie wiedziałem tylko, co je wszystkie łączy. Męczyłem się. Wyciągnąłem więc Biblię i zacząłem czytać. Któregoś dnia przeczytałem jedno zdanie. Zamknąłem Biblię, to było to, to było to. I wtedy ujrzałem wszystko jako całość. W stu procentach wypełniało moją wizję.

Chyba nigdy nie zdradzę, co to było za zdanie.

– David Lynch „W pogoni za wielką rybą” –

Lynch pod lupą. Nowe wydanie książki „W pogoni za wielką rybą”

Żartowałam niedawno, że mój egzemplarz W pogoni za wielką rybą (Catching The Big Fish) stracił właśnie status białego kruka. Książka od lat niedostępna, a przez wielu poszukiwana. Nieoczekiwanie i bez wielkiego rozgłosu nadeszła chwila, kiedy doczekaliśmy się nowego wydania tej niecodziennej publikacji. Wydana niegdyś przez Rebis książka Davida Lyncha wraca po jedenastu latach w nowym przekładzie pod szyldem wydawnictwa Samsara.

Tak się składa, że zrecenzowałam W pogoni za wielką rybą już przed czterema laty. Była do dokładnie druga recenzja, która pojawiła się na blogu. Oczywiście nikt jej wtedy nie przeczytał, postanowiłam zatem ponowić lekturę książki Lyncha, odświeżyć recenzję i opublikować ją raz jeszcze w lekko zmienionej formie. Wybaczcie mi to małe oszustwo, które czynię ku chwale Davida Lyncha i ku ekscytacji miłośników jego – nie tylko filmowego – geniuszu.

W pogoni za wielką rybą to książka pod wieloma względami niezwykła. Zbudowana z kilkudziesięciu krótkich rozdziałów, które są jak zapiski w dzienniku, notatki artysty. Migawki zdarzeń, zalążki pomysłów, szkice ludzkich portretów, etc. Do tego enigmatyczne sentencje, refleksje o życiu, skrawki autobiografii. Trzeba niemałego wysiłku, żeby to wszystko scalić, złożyć w spójny obraz, dostrzec przekaz – kompozycja aż nazbyt dobrze znana z filmów Lyncha.

Continue reading

To jasne, że komiks jest kiepskim malarstwem i złą literaturą, ale jest tak dlatego, że nie chce on być ani jednym, ani drugim.

– Jerzy Szyłak „Komiks: świat przerysowany” –

Nie tylko o kwaśnym jabłku. Rozmowa z Jerzym Szyłakiem

Rozmowy z pisarzami pojawiają się na moim blogu niezwykle rzadko, jednak przeczytana – i obejrzana – ostatnio powieść graficzna, Kwaśne jabłko, skłoniła mnie do tego, by zadać kilka pytań jej twórcy. Jerzy Szyłak jest wykładowcą akademickim, autorytetem w dziedzinie wiedzy o komiksie, autorem licznych opracowań na temat filmu i komiksu właśnie. Jest też scenarzystą komiksowym. W krótkim wywiadzie opowiada o swojej pracy, fascynacji komiksem, a także poleca, na co warto zwrócić uwagę w literaturze, kinie i komiksie. Nie przegapcie.

Continue reading

Na balkonie na małym stoliczku między doniczkami leży okrągła tacka z cyny, na niej sześć kieliszków do wódki. Jeden dla mnie, po jednym za każdego członka rodziny i dwa za moje usunięte dzieci. Szykuje się toast za powieść Ukradkowe spojrzenia, którą właśnie szczęśliwie kończę i za wszystkich moich miłych gości. Gdyby obok przechodziła Marilyn ze swoją świtą, przelałabym zawartość kieliszka do plastikowej buteleczki po syropie na kaszel, włożyła ją do włóczkowej rękawicy mojej córki i zrzuciłabym z balkonu. Rękawiczki i inne bałaganostki po dzieciach, w moim mieszkaniu wciąż się od nich roi.

– Petra Hůlová „Macocha” –

Literacki autokanibalizm. Petra Hůlová „Macocha” [recenzja]

Narratorką najnowszej powieści Petry Hůlovej jest anonimowa kobieta, którą mieszkająca w sąsiedztwie ćpunka nazywa czule Julie, a własna córka złośliwie macochą. Z zawodu pisarka, z zamiłowania gawędziarka, której logorea (słowotok, jakoś niedostatecznie oddaje nasilenie jej chaotycznego monologu) stopniowo staje się coraz bardziej porażająca, upstrzona niepokojącymi szczegółami z życia intymnego, surrealistyczna, wreszcie całkowicie niewiarygodna…

Chciałabym scharakteryzować w kilku zdaniach tę nietuzinkową postać, ale ona sama zrobi to lepiej. Julie to zarozumiała baba na samozatrudnieniu, która woli zaharować się na śmierć dozgonnym unikaniem etatu niż choćby raz w życiu nastawić budzik, a dokładniej autorka poczytnych, szmirowatych romansideł. Dawniej miała ambicje, napisała nawet docenioną przez krytykę książkę, której żaden z jej aspirujących do miana literatów, artystów i głosów pokolenia, znajomych nawet nie raczył przeczytać, ponieważ – jak stwierdza z wrodzonym sobie poczuciem humoru Julie – Czech zainteresowany ambitną twórczością rówieśników to zjawisko tak samo rzadkie jak szafran w czeskiej kuchni. Dziś taśmowo produkuje harlequiny, a w jej życiu majaczą już tylko mocne postanowienia.

Continue reading

Czekał na mnie. Bił długo. Metodycznie. Mocno.

– Jerzy Szyłak i Joanna Karpowicz „Kwaśne jabłko” –

Patologiczna litania. „Kwaśne jabłko” Jerzego Szyłaka i Joanny Karpowicz [komiksowo]

Ulicami miasta idzie anonimowa kobieta. Chowa twarz za dużymi przyciemnianymi okularami. W zimie. Ile podobnych do niej maltretowanych żon maskuje siniaki grubą warstwą podkładu i chowa opuchnięte oczy za ciemnymi szkłami? Poniżane, krzywdzone, pozbawione poczucia własnej wartości. Rozkosz pomieszana z bólem to ich codzienność.

Kwaśne jabłko już po kilku stronach zaczyna jawić mi się jako patologiczna litania. Ułomna dziękczynno-pokutna modlitwa słabej, pogrążonej w letargu kobiety, która nie potrafi wyrwać się z zaklętego kręgu przemocy i gwałtu. Zamiast tego usprawiedliwia swojego oprawcę i tworzy w wyobraźni urojony idealny świat. Ma dobrego, choć czasem porywczego, męża, na którego nie zasługuje, dziękuje za wszystko i przeprasza… Ciągle przeprasza.

Continue reading

Oszalejesz, i nie trzeba będzie długo na to czekać. Oszaleję, i nie trzeba będzie długo na to czekać. Birgit posypuje piekielnie ostrą potrawę porcją piekielnie ostrej papryki. Tyle tematów, o które wciąż się potyka, i tyle sposobów, na jakie można je przerabiać, trawestować, formować, obrabiać, obłapiać, gwałcić, przetapiać, zgniatać, siekać i rozgrzebywać jak ranę paznokciem. Zdrapać razem ze strupem życie (…) Posypać solą, pieprzem, przyprawami. Pokrajać samą siebie na płaty chudego różowego mięsa i wyłożyć nimi stronice zeszytu.

– Radka Denemarková „Przyczynek do historii radości” –

Wojna z lotu ptaka. „Przyczynek do historii radości” Radki Denemarkovej [recenzja]

Przyczynek do historii radości Radki Denemarkovej to opowieść o niekończącej się walce o wolność i godność ciała. O połamanych skrzydłach i ukręconych łebkach. O locie i upadku. O męskim i żeńskim.

Wojnę i ptaki połączył już ponad trzydzieści lat temu William Wharton, w swojej najsłynniejszej, zekranizowanej przez Alana Parkera, powieści, Ptasiek. Teraz robi to czeska pisarka Radka Denemarková. Tyle że u niej i wojna, i ptasi lot mają wymiar bardziej metaforyczny.

Continue reading

Each of us is capable of anything.

– Michael Haneke –

Znieczulenie ogólne. „Zabicie świętego jelenia” Yorgosa Lanthimosa [czepiam się filmu]

Z jednej strony symboliczne, z drugiej bardzo dosłowne. Unosi się nad nimi obłok absurdu i bardzo tradycyjnie rozumianej niesamowitości. Surowe, prawie pozbawione oprawy muzycznej. Bez arcyciekawej fabuły, a mimo to trzymające w napięciu od pierwszej do ostatniej minuty. Znacie ten rodzaj filmów? Zabicie świętego jelenia – podobnie jak pozostałe obrazy Yorgosa Lanthimosa – to jeden z nich. 

Film naszpikowany dialogami rodem z domu wariatów. Od pierwszej sceny razi aż nazbyt widoczna sztuczność w ludzkich kontaktach. Czy można zarejestrować długą wymianę zdań, która jest jednym wielkim bezosobowym zwrotem grzecznościowym i przerazić tym widza? Czy można go spoliczkować, pojawiającym się z nagła, zupełnie nieprzystającym do tego banalnego dialogu, intymnym wyznaniem lub niezręczną prośbą? Można, jeśli nazywasz się Lanthimos.

Continue reading

Byłam wczoraj dość zwariowana, by wmawiać sobie, że mogę dać coś, czego nie mam.

– Christine Lavant „Zapiski z domu wariatów” –

Ulotna normalność, przelotny obłęd. Christine Lavant „Zapiski z domu wariatów” [impresja]

Co ty wiesz o szaleństwie? Mówi mi drwiący głosik w głowie. Przeczytałaś dziesiątki książek o wariatach, domach wariatów i ludziach niesłusznie nazywanych wariatami, ale co ty o tym wiesz? Brat twojego dziadka skończył w wariatkowie, ciotka miała problemy psychiczne, ale co ty wiesz o prawdziwym obłędzie. Poruszyła cię powieść W ciemność, pomyślałaś o jej bohaterce, rozumiem ją, to mogłabym być ja, ale czy to znaczy, że wiesz jak to jest być nią? Oglądałaś po kilka razy Lot nad kukułczym gniazdem, Ptaśka, Lokatora, Przerwaną lekcję muzyki, Jak w zwierciadleetc., ba, napisałaś nawet o nich artykuł pod zgrabnym tytułem Filmy o (nie)zwykłym szaleństwie, ale co ty o nim wiesz? Tak, tak, masz graniczącą z obłędem obsesję na punkcie sobowtórów, czasem widzisz i słyszysz coś, czego nie ma, ale… Dopóki nie trafisz do okolicznego szpitala psychiatrycznego – miejsca, które odkąd pamiętasz wszyscy nazywają zieloną górką nim nie wylądujesz w pokoju bez klamek, zanim nie spojrzysz w twarze ludzi, którzy nie wiedzą już kim są i żyją w wewnętrznym piekle, nie możesz mieć pojęcia, czym naprawdę jest szaleństwo. Możesz za to łudzić się, że wszystko jest normalnie, masz normalne życie, jesteś normalna.

Continue reading

Jej wcześniej nikt nie kochał. Kiedy była mała, to babci – tej drugiej, którą rzadko widujemy – wycięli tarczycę. Ma po tym ślad na szyi. A wtedy babcia, zamiast powiedzieć mamie, co się stało, oznajmiła, że była na operacji odcięcia głowy i teraz będzie ją zdejmować na noc. Wszystko to można by uznać za niewinny żart  dorosłego w rozmowie z dzieckiem, gdyby nie to, że babcia naprawdę położyła pierwszego wieczoru dużą głowę lalki na nocnej szafce.

– Anna Cieplak „Lata powyżej zera” –

Jednak nie o mnie. Anna Cieplak – „Lata powyżej zera” [recenzja]

Jakiś czas temu zachłysnęłam się pewnym specyficznym gatunkiem polskiej literatury współczesnej. Zachwycił mnie jej pozorny autentyzm, to że bez trudu odnajduję w niej odbicie własnych doświadczeń, że przeglądam się w tych historiach jak w przyprószonych kurzem lustrach. Książki te i ich autorów zaczęto – początkowo nieśmiało, z czasem coraz odważniej i częściej – nazywać świadectwami i głosami pokolenia. Naszego pokolenia. Mojego.

Tyle że z każdą kolejną lekturą tego typu mój entuzjazm słabnie. Niby identyfikuję się z bohaterami, ich przeżyciami, fascynacjami, upadkami, ale… Zaczynam dostrzegać, że temu światu brakuje głębi. Jego każdy kolejny portret jest coraz bardziej banalny i płytki. Próbuję sobie przypomnieć, czy rzeczywiście tak to było. Transformacja, względny dobrobyt, poszerzające się granice wolności, zero dramatów, nawet nad tragediami i traumami szybko przechodzi się do porządku dziennego, nad wszystkim unosi się cynizm i sarkastyczne komentarze. Może jestem nadwrażliwa, ale inaczej to pamiętam. 

Continue reading

W nieświadomym człowieku tkwi jego tragiczny los. Jeżeli nie potrafiłeś wytępić w sobie występnych pragnień, żyją one w tobie nieświadomie, a więc – jesteś winny. 

– Sigmund Freud –

Richard Appignanesi i Sława Harasymowicz – „Człowiek-wilk. Ilustrowany Freud” [komiksowo]

Wiedeń, 1910 rok. Młody rosyjski arystokrata, Siergiej Pankiejew, trafia do domu Zygmunta Freuda na Bergstrasse w poszukiwaniu pomocy. Podczas terapii Freud skupia się na śnie z dzieciństwa swojego pacjenta, w którym wataha białych wilków przesiaduje na gałęziach drzewa za oknem jego sypialni. To właśnie interpretacja tego snu przysporzyła Pankiejewowi pseudonimu Człowiek-wilk, a Freudowi zapewniła centralną pozycję w myśli nowoczesnej. Obserwujemy historię niespokojnego życia Pankiejewa oraz próby Freuda, jak i innych terapeutów, odkrycia źródła jego choroby.

Wystarczyło, że spojrzałam na okładkę komiksu według scenariusza Richarda Appignanesiego z rysunkami Sławy Harasymowicz oraz przytoczony powyżej wyimek z opisu wydawcy, by w moim umyśle zrodziło się przekonanie, że oto trafiłam na niezwykłą publikację. Powieść graficzną – czy jeśli ktoś woli komiks – zanurzony w historii psychoanalizy. Ilustrowany przewodnik po myśli Sigmunda Freuda i jego pionierskich odkryciach na temat struktury osobowości, rozwoju psychoseksualnego człowieka, podświadomości, archetypów i kompleksów. A tu takie rozczarowanie… 

Continue reading

Możesz być wszędzie – czasem w kącie spichrza
Siedzisz wśród ziarna w przewiewie niedbale
A wiatr mięciutko ci włosy rozwichrza
Lub śpisz na miedzy jeszcze z sierpem w dłoni
Przy nie dożętej tkanej w kwiaty niwie
Oparem maków słodko odurzona

– John Keats „Oda do jesieni” –

„Do jesieni” i „Do melancholii”. Ody Johna Keatsa [łyk poezji]

Nadal pozostaję pod ogromnym wrażeniem lektury Skorunia. Te dźwięki, zapachy, smaki, podmuchy wiatru… Mimo że – w przeciwieństwie do autora – większość życia spędziłam na wsi, właśnie Płaza sprawił, że od kilku dni inaczej patrzę na moje otoczenie. Ponownie zakochałam się w prowincji. Staram się na co dzień dostrzegać i doceniać całe to piękno, które mam dookoła, ale jak wszystko, tak i ono z czasem powszednieje, przestaje wzbudzać zdziwienie i zachwyt. Tymczasem wioska, w której mieszkam właśnie teraz, późną jesienią, przechodzi przyspieszoną metamorfozę. Warto to obserwować, próbować uchwycić, jak każdego dnia się zmienia.

Continue reading

Różne pierwszyzny mam już dawno za sobą, ojca mniej się boję niż kiedyś, tężeje w mięśniach, przejaśnia mi się w głowie. Nad wsią już nie latają czarownice, oko starej studni straciło dawny blask, minął czas pasania krów i szukania zakopanych broni. Ale w dorośleniu przeszkadzają mi ojcowe tajemnice, potykam się o nie jak o stare, wstydliwe zabawki.

– Maciej Płaza „Skoruń” –

Jabłka i inne żywioły. Maciej Płaza – „Skoruń” [recenzja]

Skoruń, wiejski mikrokosmos zamknięty w szklanej kuli. Ilekroć usłyszę – jeszcze do niedawna tak obco brzmiące – słowo skoruń, wyobrażę sobie właśnie ją. Kulę, której wnętrze wypełnia drewniana chata i kilka drzew. Przed domem będzie stał wysoki mężczyzna, mimo że miniaturowy i niewyraźny, na jego szarej twarzy dostrzegę wyraz gniewu i zaciętości. W mikroskopijnym okienku zobaczę też twarz kobiety. Zatroskaną, może trochę zlęknioną. Nigdzie nie będzie chłopca. Nazywanego skoruniem, leniem, podmieńcem, łobuzem… Nie ma go w szklanej kuli. W mojej wyobraźni on jeden wyrwał się z tego świata. Jest już poza nim.

Każda szklana kula wypełniona jest płynem i drobinkami czegoś, co mieni się i odbija światło, nie inaczej jest z literacką szklaną kulą Macieja Płazy. Jego kieszonkowy glob wypełnia gęsta woda. Woda, która nie raz sprowadzała na mieszkańców tego świata widmo powodzi. I tylko jedno jest w niej niezwykłe, jeden szczegół różni ją od szklanych kul, które widziałam w filmach i na sklepowych wystawach. Kiedy nią potrząsam, zamiast konfetti i brokatu widzę jabłka. Różnej wielkości, wszystkich kolorów i kształtów. Owoce, które zawisają na chwilę jak w próżni, a potem bardzo powoli spływają w dół, by osadzić się na dachu domu, na gałęziach drzew i wilgotnej ziemi.

Continue reading

Coś wyważyło od wewnątrz przywalone wrota. Nikt już nie krzyczał. Ciemny kształt człowieka wyszedł chwiejnym krokiem i upadł na kolana (…) Kształt milczał. Trzymał się za to miejsce, gdzie powinna być twarz. Płonął cały oprócz nóg, nogi miał nagie. Kiedy pochylił głowę, Tośka widziała, jak coś się od niej odrywa. I zaraz jeszcze jedno. Z otwartych ust szła para.

– Jakub Małecki „Rdza” –

O (nie)byciu i (nie)widzialności. Jakub Małecki – „Rdza” [recenzja]

Wczesną wiosną był Dygot, późną jesienią jest Rdza. Tak wygląda moja wędrówka przez prozę Jakuba Małeckiego. Niezwykle płodnego autora, który po raz kolejny udowadnia, że potrafi wyśmienicie pisać. Snuć opowieści o ludziach zwyczajnych i nadzwyczajnych, bawić się perspektywami czasowymi i przestrzennymi, zagęszczać rzeczywistość i zapętlać czas. Jakub Małecki ma świetny warsztat, pisze bez zarzutu. Ma też własny styl. Po lekturze Rdzy opuściły mnie obawy, co do zasłyszanych zarzutów o wtórność, powielanie tych samych schematów i krążenie wokół tych samych tematów. Wieś, dorastanie, miłość, starzenie się; literackie drzewa genealogiczne; retrospekcje z wojną w tle. To jest po prostu twórcze uniwersum Małeckiego, jego nisza. Podejrzewam, że autor jeszcze nas kiedyś zaskoczy, wchodząc na nieznany grunt i tworząc powieść w zupełnie innej stylistyce i gatunku, gdyby jednak tak się nie stało, wcale nie będę miała mu za złe. Dla mnie może do końca życia pisać historie o smaku Dygotu oraz Rdzy, bo robi to pierwszorzędnie.

Continue reading

A kiedy odejdziesz nad ranem,
oczy bezsenne będą bardzo boleć,
wtedy zobaczę zdjęty sznur od firanek
i otwartą brzytwę na stole.

– Władysław Broniewski „Nocny gość” –

Władysław Broniewski „Nocny gość” [łyk poezji]

Są takie noce, kiedy coś niepokoi. Złe myśli nie pozwalają zasnąć. Coś niewidzialnego, ale wyraźnie złowieszczego, czai się w kącie. Powietrze jest zimne jak lód. Nie wiesz czy leżeć nieruchomo i cierpliwie czekać na sen, czy wstać z łóżka, chodzić bez celu po mieszkaniu, patrzeć na odcinające się na tle mroku białe ściany, wyglądać przez okno… Boisz się tego, co mógłbyś zobaczyć? Czyje oczy odnajdą twój wzrok w mroku nocy?

Nocny gość. Poetycki hołd oddany innemu poecie? Próba rekonstrukcji ostatnich chwil życia nadwrażliwego artysty? Historia nawiedzenia przez ducha? Wiersz Broniewskiego może być tym wszystkim. Z osobna albo jednocześnie. Mój zmysł do tropienia w literaturze podwojeń, podsuwa mi jeszcze inną możliwą interpretację. Przemawia do nas człowiek, który niedługo umrze. Który albo sam zaplanował, albo wyczuwa szóstym zmysłem zbliżający się nieuchronnie kres życia. Nawiedza go jego własne widmo, doppelgänger, zwiastun śmierci. Mężczyzna nie jest gotowy na to spotkanie, usiłuje odsunąć obraz własnego końca. Jest bezradny wobec przeznaczenia, którego już nie sposób zmienić. Nocny gość, wielowarstwowa liryczna opowieść. Mroczna literacka wizja, zaszczepiająca w wyobraźni sugestywne obrazy w kolorze bieli i krwistej czerwieni. 

Continue reading

To zdjęcie było starsze niż inne wyeksponowane na wystawie i zniszczone przez wieloletnie obcowanie ze światłem (…) Moją uwagę zwróciły dwie stojące na samym przedzie kilkuletnie dziewczynki. Były identyczne.

– Joanna Bator „Rok królika” –

Mój portret podwójny, czyli historia pewnej fotografii [czepiam się nie książki]

Czekały tam na mnie. Wiem to. Irracjonalna pewność. A przecież nie zobaczyłam ich od razu, chociaż stały przy samym wejściu, twarzą do kasy. Tak, twarzą. Jedną. Bliźniaczki… 

Obite i podrapane. Przybrudzone bluzki, siniaki na rękach, wyrwane włosy. Ktoś trzy razy zmieniał na nich metkę z ceną. 249, 39, 29. Chyba mimo przeceny nikt ich nie chciał. A dla mnie są bezcenne. Wyglądają na mocno zakurzone, pewnie stoją tak od dawna. Portret podwójny. Wybrakowany i uszkodzony, jak zauważyła pani w kasie, szczerze zdziwiona, że chcę go kupić. Przy wejściu panuje półmrok, może myślała, że nie zauważyłam ich blizn, więc czuła się w obowiązku mnie ostrzec. Czy zdarzyło się, że ktoś je zechciał, a kiedy zabrał na światło dzienne i zauważył, że nie są tak nieskazitelne, jak się z pozoru zdaje, odniósł i zażądał zwrotu pieniędzy? Ktoś z obsługi krzyknął, bliźniaczki do reklamacji, a po salonie rozszedł się pomruk zniechęcenia. Pod sufitem zakłębiły się niewypowiedziane na głos myśli: o, wróciły, córy marnotrawne; wiedziałem, że tak będzie; spodziewałam się tego; który to już raz… Decyduje się pani, mimo że są uszkodzone? Przecież to bliźniaczki, odpowiadam. Dla mnie to oczywistość, dla kasjerki moja odpowiedź nie ma najmniejszego sensu. Płacę mniej niż za nową książkę i wynoszę je na deszcz. Żartuję do męża, że nie mamy wolnej ściany, żeby je zawiesić – już dla Vincenta było trudno znaleźć miejsce – więc będę z nimi spała. Cieszę się, że zabieram je do domu. Tato chce otworzyć bagażnik, ale protestuję. Nie! Nie zmieszczą się, przekrzykuję wiatr. Pewnie by weszły, ale nie chcę, by jeszcze bardziej się poobijały. Wolę, żeby resztę drogi siedziały obok mnie.

Continue reading

« Older posts Newer posts »