Cezary Łazarewicz rozpoczyna książkę Elegancki morderca od opisu niezwykłych wydarzeń z 1955 roku. Mężczyzna w średnim wieku, Stanisław Łopuszyński, trafia na krakowskie pogotowie z silnym bólem głowy i guzem na potylicy. Jest zaskoczony, kiedy okazuje się, że z jego czaszki wyjęto pocisk kalibru 7.65 milimetra. Może zbrodnie Władysława Mazurkiewicza nigdy nie wyszłyby na jaw, gdyby nie niewiarygodne szczęście i twarda głowa jego niedoszłej ofiary…

Pozorant

Jak wygląda życie Mazurkiewicza przed aresztowaniem?

„Czterdziestoletni pan Władek okazuje się królem życia. Najlepsze towarzystwo wpływowych ludzi, najpiękniejsze kobiety, najdroższe alkohole. Kłaniają mu się kelnerzy, szatniarze i taksówkarze. Przyjmowany jest z honorami, wszystkich zna, z każdym jest po imieniu.”

Dla znajomych poszukiwanego listem gończym mężczyzny, wysuwane przeciwko niemu oskarżenia brzmią niedorzecznie. Uprzejmy i kulturalny. Towarzyski i uczynny. Powszechnie lubiany, czarujący. Wrażliwy, delikatny. Taki jest Władysław Mazurkiewicz w oczach znajomych. Wszyscy pamiętają, jak hojnie obdarowywał dzieci ze swej kamienicy czekoladkami i jak regularnie odwiedzał na cmentarzu grób ukochanego pieska.

„Grzeczny, usłużny, obyty towarzysko. Niezrównany partner w grze i zabawie. Zawsze pierwszy uchyla kapelusza […] są w nim przedwojenna godność i honor.” Tak zapamiętują Mazurkiewicza sąsiedzi. Żaden z nich nie dostrzegł mrocznej natury mężczyzny.

Mazurkiewicz aktywnie uczestniczył w poszukiwaniach swych zaginionych sąsiadek – sióstr Jadwigi de Laveaux i Zofii Suchowej. Postępował tak samo, jak wielu socjopatycznych morderców i porywaczy, jednak z innych pobudek. Nazywany potworem z Cleveland Ariel Castro, uprowadziwszy z dzielnicy, w której mieszkał, trzy młode kobiety, z psychopatyczną rozkoszą brał udział w ich poszukiwaniach, modlitwach i czuwaniach w ich intencji. Władysław Mazurkiewicz także odwiedzał rodziny swoich ofiar, wypytywał o postępy w poszukiwaniach. Trzymał rękę na pulsie. Chciał być o krok przed milicją. Mieć szansę na ucieczkę.

Morderca miał licznych znajomych w kręgach władzy i środowisku prawniczym. Stosunki z przedstawicielami milicji i prokuratury przyczyniły się do tego, że przez lata mordował i pozostawał bezkarny. Łazarewicz ukazuje go jednak jako megalomana, który sprytnie kreował własną reputację i wpływy na większe, niż były w rzeczywistości.

Mazurkiewicz po drugiej stronie lustra

Elegancki morderca – podobnie jak Ted Bundy – rozpoczął studia prawnicze, które po pewnym czasie porzucił. Sprawdzał się natomiast w roli biegłego sądowego. Wielokrotnie brał udział w procesach w roli rzeczoznawcy. Przez lata znajdował się nie po tej stronie ławy, po której powinien. Zupełnie jak austriacki gwałciciel i morderca Jack Unterweger. Rzekomo zresocjalizowany kryminalista po wyjściu na wolność nadal zabijał, wiódł życie celebryty, występował w mediach w roli specjalisty od zbrodni i procesu powtórnej socjalizacji przestępców, śmiejąc się w twarz władzom i obywatelom Wiednia.

Mazurkiewicz imał się różnych zajęć, był między innymi instruktorem jazdy w szkole samochodowej i kierowcą. W przeciwieństwie do większości ludzi żyjących w tamtych czasach, miał możliwość podróżowania po całej Europie. Czy tak jak Unterweger zabijał poza granicami swojego kraju? Być może lista jego ofiar jest znacznie dłuższa…

Imiona zła

Morderca z kwiatkiem, potwór z Biskupiej, krakowski upiór, etc. Lista przydomków Mazurkiewicza jest równie długa jak rejestr jego ofiar. Co ciekawe pierwszy w powojennej Polsce seryjny morderca, podobnie jak wielu innych jemu podobnych zbrodniarzy, którzy bezkarnie opuszczali posterunki policji i sądy, przechytrzył wymiar sprawiedliwości. Został bowiem schwytany i puszczony wolno, by dalej zabijać.

Autor cyklu reportaży o mordercy, Lucjan Wolanowski, nazwał pierwszy proces Mazurkiewicza z 1945 roku „ponurą parodią sprawiedliwości”. Zaprzyjaźnieni z oskarżonym milicjanci i prokuratorzy zrobili wszystko, by oczyszczono go z zarzutów. Stworzono wówczas absurdalną tezę o niefortunnym zbiegu okoliczności.

„Prokurator uznał, że na terenie wsi Brodła krążyły w tym samym czasie dwa identyczne samochody – jeden Mazurkiewicza, drugi mordercy. Oba wpadły do rowu i oba zostały wyciągnięte przez koński zaprzęg. Oba też stały na poboczu z otwartą maską i oba próbowali zatrzymać mieszkańcy Brodeł. A że nie potrafili ich rozróżnić, zapisali numery rejestracyjne wracającego z klasztoru samochodu Mazurkiewicza, zamiast numerów samochodu mordercy. Rzucili tym bezpodstawne oskarżenie na niewinnego człowieka…”

Proces

Piętnastodniowy proces sądowy, w którym na ławie oskarżonych zasiadł Władysław Mazurkiewicz to historyczne wydarzenie. Oznacza zdemaskowanie nie tylko mordującego od co najmniej dekady seryjnego zabójcy, ale też krakowskiego przestępczego półświatka. Po liczącym wówczas czterysta tysięcy mieszkańców mieście z prędkością światła rozprzestrzeniają się plotki o działalności Mazurkiewicza. Przypisuje się mu około trzydziestu morderstw.

Gazety zarabiają krocie na publikacji reportaży, które z wypiekami na twarzach czytają dosłownie wszyscy. Rządni  krwi i sensacji Polacy, są nawet skłonni zapłacić horrendalne sumy za sprzedawane nielegalnie wejściówki na proces. Chętnych, by choć przez chwilę zobaczyć twarz krakowskiego upiora nie brakuje.

Obrońca Mazurkiewicza mecenas Zygmunt Hofmokl-Ostrowski to postać równie intrygująca jak tytułowy bohater książki. Zdarzyło mu się strzelać w sądzie do świadka, którego zeznania mu się nie spodobały. „Jedenaście tysięcy razy zasiadał w różnych sądach  jako obrońca i zaoszczędził oskarżonym łącznie trzy i pół tysiąca lat wiezienia”. Ten orzeł Temidy do złudzenia przypomina słynnego sędziego Laurenca Jamesa Rittenbanda. Salę sądową zamienia w scenę, na której z wielką charyzmą odgrywa widowisko przed spragnionymi wrażeń widzami.

Nie widząc innego wyjścia z trudnego położenia, Hofmokl-Ostrowski usiłował dowieść, że jego klient był w chwili popełniania morderstw niepoczytalny, i nie może ponosić pełni odpowiedzialności za swoje czyny. Taka linia obrony nie odpowiada oskarżonemu. Wbrew radom prawnika zeznaje przed sądem, że uważa się za osobę normalną i zdrową psychicznie, co potwierdzają diagnozujący go biegli.

Zabijający z niskich pobudek Mazurkiewicz do końca zachował kamienną twarz. Nie wyraził skruchy, dystansował się od popełnionych zbrodni, nazywając je „wypadkami”. Cechował go indyferentyzm moralny. Był jak bohater Obcego Alberta Camusa – pozbawiony wyższych uczuć, obojętny.

Jednak jest w jego wizerunku coś paradoksalnego. Z jednej strony zimny i opanowany w toku śledztwa i procesu zachowywał się irracjonalnie. Kiedy wszystkie dowody świadczyły przeciwko niemu, ten szedł w zaparte, przekonując, że jest niewinny. Później wyjawił zaskoczonym śledczym fakty na temat zbrodni, o które nawet nie był podejrzewany. W trakcie procesu odwołał wcześniejsze zeznania i twierdził, że nigdy nikogo nie zabił. Tłumaczył:

„Przyznałem się, bo mając przedstawioną listę szeregu morderstw, wybrałem sobie te, które uważałem, że najbardziej do mnie pasują. Sytuację moją uważam w tej chwili za beznadziejną, gdyż nie mam dowodów na to, że zarzucanych mi czynów nie popełniłem”.

Po czym dodał enigmatycznie: „To wszystko jest nieprawdziwą prawdą”.

Rym dokładny

Zastanawiam się, dlaczego Cezary Łazarewicz zainteresował się akurat sylwetką Władysława Mazurkiewicza. Powodem raczej nie jest fakt, iż nazwisko reportażysty rymuje się z nazwiskiem mordercy.

O Mazurkiewiczu nie słyszałam dotąd ani słowa. Tym bardziej zaciekawiła mnie rekonstrukcja zapomnianego kawałka polskiej historii. Kot, Pękalski, Marchwicki, Tuchlin, Knychała. Nazwiska te znane są niemal każdemu, niezależnie od tego czy interesuje się historią zbrodni i kryminologią, czy też nie. Losy Mazurkiewicza należą współcześnie do tych mniej znanych, jednak rzetelna praca autora Eleganckiego mordercy przybliża czytelnikowi wstrząsające wydarzenia sprzed lat, umieszczając życiorys mordercy w szerokim kontekście wydarzeń historycznych, sytuacji politycznej i społecznej. W publikacji Łazarewicza nie brakuje fragmentów dokumentów i danych źródłowych, których tak rządny jest każdy miłośnik literatury faktu. Nic tak do nas nie przemawia jak cytat wypowiedzi samego mordercy, wgląd w jego korespondencję, itp. Fotografie, fragmenty artykułów prasowych i pitavali autorstwa obrońcy Mazurkiewicza umożliwiają wirtualną podróż do lat 50-tych i 60-tych minionego wieku.

Niechronologiczna, skonstruowana jak rasowy kryminał opowieść Łazarewicza stopniowo odsłania modus operandi krakowskiego zbrodniarza, a następnie kulisy głośnego procesu, który zakończył się wyrokiem kary śmierci.

Jakiego znaleziska – rodem z opowiadań Edgara Allana Poego – dokonali  w garażu przy ulicy Marchlewskiego krakowscy milicjanci? Dlaczego Mazurkiewicza nazywano mordercą z kwiatkiem? Co łączy powojennego zbrodniarza z pisarzem Markiem Hłaską? Czy żona seryjnego mordercy, Helena, wiedziała o jego zbrodniach? Co stało się po śmierci ze zwłokami Mazurkiewicza? Jak amerykański tygodnik „Time” skomentował poczynania mordercy i historyczny proces sądowy za żelazną kurtyną? Odpowiedzi czekają w książce Łazarewicza

Elegancki morderca to lektura, po którą warto sięgnąć. Dla miłośników non-fiction i pasjonatów historii, dla zafascynowanych kryminologią i wiktymologią, dla każdego, kto choć raz zadał sobie pytanie: Do czego zdolny jest człowiek?

img007

Autor: Cezary Łazarewicz
Tytuł: Elegancki morderca
Wydawnictwo: WAB

Liczba stron: 224
Wydanie: I (2015)
Oprawa: Miękka
Format: 13 x 20 cm
Cena z okładki: Brak
ISBN: 978-83-280-2682-7

Książka trafiła do mnie dzięki uprzejmości Wydawnictwa W.A.B.

logo wydawnictwo wab