Idealna książka na długie jesienne wieczory. Za oknem mrok, deszcz i mgła – klimat sprzyjający zatopieniu się w lekturze niepokojącej opowieści. A dlaczego ja sięgnęłam po nią właśnie teraz…? Powieść W kleszczach lęku leżała na mojej półce od dawna i od dawna obiecywałam sobie, że wreszcie ją przeczytam, ale dopiero Bernard Minier dostatecznie mnie zmotywował. Jeżeli już czytaliście Paskudną historię, o której pisałam dwa tygodnie temu, wiecie, że powieść W kleszczach lęku była ulubionym dziełem literackim jej głównego bohatera. Czytając Miniera przypomniałam sobie o zapomnianym Jamesie i nie było już odwrotu. Poza tym, od dawna jest mi znana świetna ekranizacja książki, dlatego musiałam się przekonać, jak wygląda literacki pierwowzór. A ponieważ czas i aura odpowiednia, zabrałam się za tę klasyczną, pochodzącą sprzed ponad stu lat, historię.

Powieść gotycka W kleszczach lęku została po raz pierwszy wydana w 1898 roku. Jak wiele utworów pochodzących z tej epoki, jest stylizowana na autentyczne wspomnienia. Właściwą historię poprzedza krótka relacją ze spotkania towarzyskiego. Zgromadzona przy kominku grupa ludzi, zabija nudę zimowych wieczorów, snując budzące grozę opowieści. Jeden z mężczyzn wspomina o tajemniczym manuskrypcie, zostawionym mu po śmierci przez znajomą. Przez kilka dni trzyma towarzyszy w niepewności, stopniowo rozbudzając ich ciekawość, w końcu odczytuje na głos słowa spisane przed laty przez guwernantkę, której udziałem stały się dziwne, nie dające się do końca wyjaśnić zdarzenia.

Od tego miejsca narratorką jest młoda nauczycielka, świeżo upieczona guwernantka ośmioletniej Flory i dziesięcioletniego Milesa. Kobieta przybywa do wiejskiej posiadłości w Bly, należącej do jej zamożnego pracodawcy, by zając się wychowaniem i edukacją dwojga sierot. Przebywający z dala od Bly wuj dzieci, zaoferował im dach nad głową i bezpieczeństwo finansowe, ale – z niesprecyzowanych bliżej powodów – umywa ręce od opieki nad nimi. Nie spotyka się z dziećmi, nie chce nawet o nich słyszeć. Powierza kobiecie pełną odpowiedzialność i prawo do decydowania o ich losie.

W powieści Jamesa dominuje atmosfera izolacji. Rezydencja jest ogromna, a przylegające do niej ogrody i jezioro równie imponujące, a mimo to, kiedy opadną pierwsze zachwyty, wiktoriańska posiadłość zaczyna się jawić bohaterce jako nawiedzane przez duchy więzienie, pułapka z której nie ma ucieczki. Oprócz guwernantki i jej podopiecznych, starej gospodyni -pani Grose – oraz przerażających zjaw, mieszka tu jeszcze ponad tuzin osób (służba), ale ich istnienie też ma w sobie coś widmowego. Nie uczestniczą w życiu bohaterów, nigdy nie ma ich w pobliżu,  jakby w ogóle nie istnieli.

Czworo bohaterów skazanych na własne towarzystwo toczy grę pozorów. Atmosfera gęstnieje. Narracja przybiera formę introspekcji. Bohaterka analizuje nie tylko zdarzenia, ale też własne reakcje i emocje. Zaczyna zadawać sobie pytania: Czy dźwięki które słyszy, postaci które widzi, są na pewno prawdziwe? Czy to możliwe, by po domu błąkały się duchy? A może wszystko to jest iluzją, ktoś niebezpiecznie z nią pogrywa, próbuje wpędzić w obłęd? A może rzeczywiście jest szalona i to ona stanowi zagrożenie?

Amerykański pisarz jako jeden z pierwszych podważa utrwalony od wieków archetyp dziecka, jako niewinnej istoty utożsamianej z czystością i łagodnością. Przy okazji obala też inny stereotyp – identyfikowanie piękna z dobrem. U Jamesa piękno jest maską, za która łatwiej ukryć nieczyste intencje. „U małego dziecka nie spodziewamy się żadnych zadawnionych tajemnic” – pisze James, a jednak Flora i Miles mają sekrety, coś ukrywają, o czymś szepczą. Autor demaskuje fałsz dzieci. Kreuje młodych bohaterów na wyrachowanych manipulatorów. Te inteligentne i nad wiek dojrzałe dzieci, nie są aniołami, a przebiegłymi mistrzami rzucania uroków i zastawiania sideł.

Na pewno atutem powieści Henry’ego Jamesa jest otwartość na interpretacje. Zakończenie jest na tyle niejednoznaczne, że czytelnik sam musi odpowiedzieć sobie na pytanie, co jego zdaniem wydarzyło się w Bly. Jeśli lubicie opowieści o nawiedzonych miejscach, gustujecie w wiktoriańskich klimatach, gotyckiej grozie i nie przeszkadzają wam archaiczny język i składnia – które korespondują z momentem powstania dzieła, pomagają wczuć się w specyficzny styl i klimat minionych wieków, ale rozumiem, że dla niektórych czytelników mogą stanowić barierę nie do pokonania – to nie wahajcie się sięgnąć po W kleszczach lęku. Pełne tajemnic i mrocznych zakamarków zamczysko w Bly czeka na nowych gości! Na jednej z wież stoi ktoś, kto was wypatruje…

*

Na odwrocie obwoluty wydawca wspomina o ekranizacji z 1999 roku, co jest dla mnie zagadką nie mniejszą niż samo zakończenie książki. W kleszczach lęku było przenoszone na duży i mały ekran kilkanaście razy, ale jeśli już przywoływać adaptację filmową, to niech to będzie dobra adaptacja. A wiadomo, że filmy –  jak wino – im starsze tym lepsze.

Moim faworytem jest czarno-biały obraz z początku lat sześćdziesiątych zatytułowany The Innocents. Wśród twórców filmu, same wielkie nazwiska. Za zdjęcia odpowiada Freedie Francis (reżyser wielu klasycznych horrorów ze studia Hammer). Scenariusz na podstawie powieści Henry’ego Jamesa stworzył Truman Capote (tego pana chyba nie trzeba przedstawiać – autor kultowej książki Z zimną krwią, prywatnie przyjaciel innej słynnej pisarki Harper Lee). W obsadzie Deborah Kerr i Michael Redgrave. Zdjęcia, montaż, ścieżka dźwiękowa, gra aktorska… wszystko w tym filmie zachwyca. Obraz z 1961 roku wzbogaca też opowieść Jamesa o nową jakość. Jest w nim oniryzm – którego próżno szukać w książce – nadający zdarzeniom jeszcze bardziej wieloznaczny charakter i sytuujący przeżycia bohaterki na granicy jawy i snu. Twórcom udało się zbudować atmosferę tajemnicy i zagrożenia. Obejrzyjcie, a przekonacie się, że stare kino pochwyci was w sidła lęku, a seans zapewni prawdziwe dreszcze.

img005

Autor: Henry James
Tytuł: W kleszczach lęku
Przekład: W. Pospieszała

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Liczba stron: 330
Wydanie: Warszawa 2012
Oprawa: Twarda
Format: 13 x 20 cm
Cena z okładki: 29.90
ISBN: 978-83-7838-072-5