Choć mam już swoje lata, nadal dostaję od rodziców prezent z okazji Dnia Dziecka. W tym roku było to kilka książek, w tym Beksińscy. Portret podwójny. Książka towarzyszyła mi podczas wakacyjnego wypoczynku, a jej lektura była dla mnie niezwykłym doświadczeniem.

„Jak biografowie potrafią oddzielić własne życie od przedmiotu biografii?” – pytał początkujący pisarz, Tomasz Abbey, w Krainie Chichów Carrolla. Magdalena Grzebałkowska chyba nie miała tego problemu. Napisała pasjonującą książkę w sposób rzeczowy i profesjonalny. Największym atutem jej tekstu jest pozbawiona pozytywnego czy negatywnego wartościowania narracja. Autorka z reporterską dokładnością i obiektywizmem portretuje życie Beksińskich. Już krótki fragment, który przeczytamy na odwrocie okładki: „Zdzisław Beksiński nigdy nie uderzy swojego syna. Zdzisław Beksiński nigdy nie przytuli swojego syna”, jest przepełniony dwuznacznością. To proste, chłodne stwierdzenie wstrząsa czytelnikiem, a przy tym mistrzowsko oddaje złożoność osobowości sławnego malarza.

Grzebałkowska tworzy dwie biografie, ale cztery portrety, ponieważ zarówno Zdzisław Beksiński jak i jego syn Tomasz mieli po dwa oblicza.

Zdzisław Beksiński jako artysta był bezkompromisowy, cenił sobie twórczą wolność, nienawidził, kiedy ktoś próbował ograniczać jego swobodę. Ubolewał nad tym, że ludziom podobały się w jego obrazach określone motywy, że nieustannie był proszony o namalowanie obrazu w takim to a takim stylu, czy też podobnego do którejś z jego wcześniejszych prac. Na ten temat miał do powiedzenia tylko jedno:

„Nigdy nie przyjąłbym zamówienia nawet od siebie samego, bo obraz, rozrastając się, zaczyna dyktować prawa dotyczące tego, czym ma być, i trzymanie się na siłę koncepcji pierwotnej mija się z celem. W trakcie pracy czuję się raczej sługą obrazu, który rozrasta się zgodnie ze swymi prawami, niż sługą koncepcji, która stała u jego poczęcia”.

Jako mąż i ojciec Zdzisław Beksiński był chyba zagubiony. Można odnieść wrażenie, że artysta był mizantropem. Ludzie go irytowali. Nie znosił niezapowiedzianych wizyt, nie lubił obcych, nie zależało mu na nawiązywaniu nowych znajomości, nie chodził nawet na własne wernisaże i wystawy, ale, paradoksalnie, został zapamiętany jako osoba otwarta i serdeczna. Oprócz tego Beksiński był zwyczajnym człowiekiem, wiódł naprawdę skromną egzystencję. Tylko jednego w życiu pragnął. Malować. Kiedy to robił, oddychał, żył.

Tomasz Beksiński bardzo różnił się od ojca, ale jednoczenie był do niego bardzo podobny. W nim też kotłowały się pokłady wyobraźni i kreatywności, jednak ojciec nie chciał by jedyne dziecko szło w jego ślady. „Wychodziłem z założenia, iż dwóch malarzy w rodzinie to o jednego za dużo. Gdyż będzie albo gorszy, albo lepszy ode mnie i obie sytuacje nie będą komfortowe dla jednego z nas” – tłumaczył Zdzisław Beksiński.

Tomasz Beksiński kochał muzykę. Jednak, podobnie jak większość jego związków z kobietami, była to miłość jednostronna i nieodwzajemniona. A tylko jednego pragnął w życiu. Doświadczyć prawdziwej miłości.

Na zewnątrz Tomasz Beksiński był osobowością. Pieczołowicie konstruował swój wizerunek, który prezentował światu. W środku zaś musiał być pustką. Kiedy pozna się bliżej jego życiorys, zupełnie przestaje dziwić, że kreował się na wampira, współczesnego Draculę. Jak nikt inny miał prawo nazywać siebie wampirem. Słaby za dnia, odżywający nocą, od dzieciństwa balansujący na granicy życia i śmierci, a przede wszystkim przerażająco samotny, pozbawiony miłości, emocjonalnie okaleczony, niepełny.

Tadeusz Nyczek ma teorię –  którą sam nazwał „prymitywną” –  brzmiącą: „Zdzisław wypluwał demony z siebie na obrazy. A Tomek nie. W nim to wszystko siedziało w środku. Był potworem nie do opanowania”.

Nie chcę zdradzać zbyt wiele o książce, ani jej bohaterach. Kto jest zaintrygowany postacią Zdzisława lub Tomasza Beksińskiego niech po prostu ją przeczyta. Uważnie, w skupieniu, z otwartym umysłem i bez pochopnych ocen.

Książka jest przemyślana, dobrze skomponowana, napisana rzetelnie i w fascynujący sposób. Grzebałkowska przekopała się przez stosy materiałów archiwalnych, nawiązała kontakt z dziesiątkami – jeśli nie setkami – ludzi, zebrała masę informacji, które przekazuje w sposób przystępny, a zarazem imponujący. Naprawdę nie ma do czego się przyczepić. Niektóre akapity czytałam po kilka razy, żeby nasycić się niesamowitym klimatem zbudowanym przez autorkę.

Nie próbuję być apologetką książki Grzebałkowskiej, nie potrzebuje tego, broni się sama. Publikacja walczyła o tytuł Najgorętszej Książki Lata 2014 w plebiscycie pod patronatem TVP Kultura. W głosowaniu czytelników zajęła drugie miejsce. Swój głos oddałam na Magdalenę Grzebałkowską bez zastanowienia. Dla mnie Beksińscy. Portret podwójny to odkrycie nie tylko lata, ale roku.

*

Wszystkie cytaty – jeśli nie zaznaczono inaczej – pochodzą z poniższego wydania książki Beksińscy. Portret podwójny.

 img009

Autor: Magdalena Grzebałkowska
Tytuł: Beksińscy. Portret podwójny
Wydawnictwo: Znak

Liczba stron: 477
Wydanie: I (2014)
Oprawa: Twarda
Format: 16,5 x 23,5 cm
Cena z okładki: 44.90
ISBN: 978-83-240-2874-0