CZEPIAM SIĘ KSIĄŻEK

"Książki często występują w moich snach erotycznych"

Anatomia wyspiarzy, autopsja wyspy. „Niewidzialni” Jacobsena

Kawałek lądu, gdzieś na Morzu Norweskim. Wyspa, której nikt nie może opuścić i jej pięcioro mieszkańców. Małżeństwo z córką, opóźniona umysłowo panna z synem i starzec. Jeden duży piętrowy dom. Kuchnia, kilka pokoi. W każdej sypialni kufer. W  kufrach skrywane są nie tylko pamiątki, ale też sekrety.

Woda, kamień, zimny wiatr. Surowe życie, ciężka praca i nieustanna walka z niesprzyjającymi żywiołami. To nie jest rajska wyspa, raczej przedsionek piekła, gdzie wszystko się cyklicznie powtarza. W nieskończoność, do skutku lub bezskutecznie, do szaleństwa.

Historia opowiadana przez Roya Jacobsena nie jest tak demoniczna, jak mogłoby wynikać z dwóch poprzednik akapitów. Może tylko ja zwróciłam szczególną uwagę na te wątki i aspekty, które korespondują z moim aktualnym nastrojem i doświadczeniami. W prozie Norwega uderzyło mnie to, że w jej pozorną prostotę i monotonię wkrada się bardzo nieoczekiwanie i gwałtownie szaleństwo, wulgarność, przemoc. Bo oto historia rodziny, która próbuje przetrwać, ale też iść z duchem postępu, poprawić swój los. Chcą to jednak robić na własnych warunkach, inaczej niż inni, wybierając trudniejszy scenariusz – odosobnienie i samotność.

Autor ubiera wszystko w klasyczny język literatury pięknej. Tworzy przy tym realistyczną, wręcz werystyczną, opowieść o codziennym życiu i nieuniknionym przemijaniu. Jeżeli wyspa jest jak kosmos, rodzina jest jak zbiór planet. A książka Jacobsena jak mapa nieba, która pozwala obserwować i badać tę konstelację. Przez chwilę nawet przyszło mi do głowy, że taką książkę mógłby napisać Michael Haneke, gdyby zamiast austriackim reżyserem, był norweskim pisarzem.

Do końca życia w pamięci zostanie mi szczególnie rozdział trzydziesty Niewidzialnych, którego obszerne fragmenty przytaczam poniżej. Opowieść o tajemniczym przybyszu. Intruzie, który dokonuje metaforycznego gwałtu na wyspie i jej mieszkańcach. Podobna sytuacja przydarzyła się wiele lat temu w moim domu – chyba nawet byłam w podobnym wieku jak bohaterka powieści, Ingrid – dlatego ta historia tak mnie poruszyła. Było bardzo podobnie, tyle, że do naszego domu weszło troje ludzi. Rozsiedli się jak u siebie, zażądali jedzenia (na początek) i oświadczyli, że nie wyjdą, dopóki nie dostaną tego, czego chcą Mój ojciec wyszedł do ogrodu – było lato, mieszkaliśmy na wsi, uprawialiśmy wiele warzyw – i zaczął ładować do worka ziemniaki. Dokładnie tak jak w książce. Wiele razy zastanawiałam się, jak musiał się wtedy czuć. Jak próbował walczyć z bezradnością, układać w umyśle plan, jak daleko może się posunąć, gdyby nasi nieproszeni goście posunęli się za daleko. Na szczęście nie mieszkaliśmy na wyspie. Były wczesne lata dziewięćdziesiąte, bez internetu i telefonów, ale mieliśmy sąsiadów, którzy – jak to w małej miejscowości – prędko zauważyli, że coś jest inaczej niż zwykle…

Zdarza się, że odwiedza ich ktoś z innych wysp. Goście dostają wtedy poczęstunek i kawę, a mówią jeden przez drugiego, bo w wyspiarzach słowa się gromadzą i kiedyś muszą się wydostać. Kiedy już się wyczerpią, goście wracają do siebie i od nowa zaczynają zbierać zdania. Nigdy jednak nikt obcy nie przybywa z przypadkową wizytą.

Więc co to ma znaczyć? Zaczyna się od szarego cienia, który odróżnia się od połyskliwych fal na wschodzie i z czasem przybiera kształt łodzi. (…) Łódź bez żagla, z jednym tylko człowiekiem na pokładzie, wciąż tak daleko, że mają dużo czasu na dowiedzenie się o nim wszystkiego, zanim przybędzie. Przede wszystkim płynie po nieznanych sobie wodach, co do tego nie ma żadnych wątpliwości, a wiosłowanie idzie mu niezbyt sprawnie, może pochodzi z głębi lądu?

Ale w jego ruchach widać pewne zdecydowanie, jakby płynął właśnie tu, na Barrøy, muszą więc zadać sobie pytanie, czy słyszał o nich coś, co zrodziło w nim pomysł przybycia tu, albo czy ich zna – może to jakiś daleki krewny?

Tylko że oni nie mają znajomych ani krewnych w głębi lądu.

Może będzie chciał im coś sprzedać? Wprawdzie nigdy wcześniej się to nie zdarzyło, ale nie da się tego wykluczyć. Albo może wiezie jakąś wiadomość, którą trzeba im przekazać. Takie rzeczy załatwia jednak zwykle Thomas ze Strangholmen lub któryś z wioślarzy ze składu. Nawet jeśli miałoby chodzić o wiadomość, to o jaką? Czyżby wieść o czyjejś śmierci? Hans zaczyna wyliczać tych spośród najbliższych, którzy mogli umrzeć, i dochodzi do wniosku, że nikt nie przysłałby z taką informacją obcego. No ale bywają chyba też i inne wieści…

Na przykład?

W końcu rozpoznają łódź – to faering Adolfa z Malvika, spod gór, a Adolf nie pożycza swoich łodzi na prawo i lewo, zwłaszcza ludziom, którzy nie potrafią wiosłować i nie wiedzą, gdzie są. Innymi słowy, przybysza poprzedza fala niepewności, a na domiar złego, kiedy ten człowiek staje wyprostowany w rozkołysanej łodzi, zauważają, że wygląda przerażająco, ma długie czarne włosy, brodę i oczy, które nie patrzą prosto.

Ich pierwszym odruchem jest przegonienie go z powrotem na morze. Ponieważ jednak są uprzejmi i ciekawi, stoją nieruchomo, przyglądają się, jak wychodzi na brzeg, i słuchają, jak mówi szybko i głośno w dialekcie, którego nie znają. Rozumieją, gdy wyjaśnia, że skądś uciekł przed jakąś karą, i prosi, żeby się nad nim zmiłowali

– Widzę, że jesteście prostymi ludźmi, nienawykłymi do takich jak ja. Mógłbym tu sobie poczynać, jak mi się podoba, ale tego nie chcę, pragnąłbym za to skorzystać z waszej gościnności…

Hansa uspokaja to, że przybysz sprawia wrażenie człowieka obytego, a jego głos budzi zaufanie, może dlatego, że milczenie w parze z brutalnym wyglądem byłoby gorsze. Hans uspokajająco kiwa głową rodzinie, a do obcego mówi:

– Nie możesz tutaj zostać.

Wtedy wszystko się odwraca.

– Powiedziałem przecież, że właśnie to zamierzałem – odpowiada z prychnięciem przybysz, małpując ich dialekt, po czym zarzuca węzełek na ramię, wysiada z łodzi, nie cumując jej, i rusza w stronę domu, a oni zostają z otwartymi ustami jako obserwatorzy inwazji na ich własne królestwo.

Martin wchodzi do wody, chwytając cumę, wyciągają łódź i patrzą na siebie, robią nią pół obrotu, tak aby pomalowana szeroka burta była widoczna od strony morza. Faering Adolfa na suchym lądzie, tam gdzie nie jego miejsce, ma być sygnałem, wołaniem o pomoc, w którą sami nie wierzą.

Idą pod górę po śladach stóp więźnia, spojrzenia wszystkich kierują się na Hansa, który to czuje i w momencie gdy widzą, jak obcy wchodzi do domu, zupełnie jakby tam mieszkał, Hans już wie, co musi zrobić: musi zabić tego człowieka.

Pod drzwiami odbywa się coś w rodzaju zgromadzenia, będącego właściwie jednym wahaniem. W końcu Hans wchodzi jako pierwszy, za nim Maria, Ingrid i Barbro z Larsem na ręku, chociaż chłopiec ma już cztery lata, wyrywa się i chce zejść na ziemię. Martin zostaje na zewnątrz, przez okno widzi rodzinę stojącą w środku pod ścianami, jak żebracy we własnej kuchni, podczas gdy intruz zajął miejsce Hansa i przygląda im się po kolei, zastanawiając się, jakie rozkazy wydać służbie.

– Kto ty jesteś? – zwraca się do Ingrid, a oni nie rozumieją, czy z nich drwi, czy nie.

Ingrid puszcza rękę matki, występuje na przód i wypowiada swoje imię, obcy kiwa głową, ale najwyraźniej nie przychodzi mu na myśl nic ciekawego, o co mógłby ją prosić, bo przenosi spojrzenie na Barbro i powtarza pytanie. Barbro nie odpowiada.

– Nie macie nic do jedzenia?

Rozumieją te słowa, ale dalej stoją, jakby nie widzieli, gdzie co jest, drzwi do spiżarni, piec, komin, młynek do kawy i pojemnik z solą, cukrem… wiadra na ławie przy zlewie, który Hans wiosną przywiózł z lofotów, jakby nigdy wcześniej nie widzieli tych rzeczy, a intruz sprawia wrażenie nie tylko jakby tu mieszkał, lecz również jakby dobrze się czuł w swoim domu. Powtarza słowo „jedzenie”, drgają przestraszeni i tylko Ingrid potrafi się przemóc na tyle, żeby spytać, co by chciał.

Mężczyzna odpowiada głośnio, jakby byli głusi, że muszą chyba mieś chleb, masło, mięso. „Widziałem przecież krowy, cielęta…”

Maria otwiera drzwi do spiżarki, nieznajomy coś za nią woła, Maria zatrzymuje się i ogląda przez ramię. I wtedy Hans nie może już dłużej wytrzymać, zostawia swoje trzy kobiety i siostrzeńca, wychodzi, nie zważając na słowa wykrzykiwane przez nowego właściciela, ale brzmią mu one w uszach:

– Gdzie ty się do cholery wybierasz?!

Hans idzie na pole ziemniaków, na którym przerwali prace, gdy łódź pojawiła się na horyzoncie, i siada zwrócony plecami w stronę domu. Ingrid widzi go przez okno, dziadek dołącza do ojca i siada obok. Rozmawiają. Zaczyna padać deszcz. Barbro zajmuje bujany fotel, trzymając za duże już na to dziecko na kolanach, i przygląda się nieznajomemu, który odpowiada jej drwiącym spojrzeniem. Barbro kołysze się w przód i w tył, szczypie Larsa, żeby siedział spokojnie, a obcy wygląda tak, jakby zaraz miał eksplodować, kiedy Maria wystawia jedzenie na stół. Wtedy Ingrid też nie może już dłużej tam być. Patrzy na swoje dłonie, czarne od ziemi, ale nie potrafi wyjść bez pytania o pozwolenie. I nie pyta o to matki, tylko obcego, który dostał chleb, zimną rybę i masło, pyta go, czy może wyjść. Przybysz odpowiada, że ona może robić, co chce. Ingrid dyga, idzie na pole ziemniaków i staje przed ojcem, który klęczy między rzędami i wściekły wrzuca kartofle do skrzynki, czego nigdy nie robi. Hans Barrøy nie jest mężczyzną, który klęka. To kobiety wykopują ziemniaki, a on wozi skrzynki do domu. Teraz wygląda, jakby się modlił. Ingrid stoi, dopóki ojciec nie pyta, na co się tak gapi. Hans powtarza pytanie. Ingrid widzi, że dziadek siedzi za nimi z rękami na kolanach. Martin kręci głową. Ojciec wstaje i podnosi rękę, wygląda to tak, jakby miał zamiar ją uderzyć. Ingrid nie czuje lęku. Hans opuszcza rękę i zerka na ojca, który się podnosi i staje obok niego. Mówią coś do siebie. Ingrid mruga. Ramię w ramię wychodzą z Ogrodu Edenu, idą w stronę kei i znikają w Szopie Lofockiej, wyłaniają się z niej ze strzelbą i harpunem, którym zwykle strzelają do morświnów, dziadek ma jeszcze trzonek młota, podchodzą do domu i znikają w środku. Ingrid chce ich zatrzymać, ale nie jest w stanie wydobyć z siebie żadnego dźwięku. Biegnie za nimi i staje przy kuchennym oknie, zagląda przez mokrą od deszczu szybę, jednak nic nie widzi. Podchodzi do ganku w momencie, kiedy drzwi się otwierają i obcy wycofuje się, idzie tyłem, nagle wydaje się mniejszy.

Za nim jako pierwszy kroczy ojciec ze strzelbą przyłożoną do ramienia i z workiem, który rzuca tamtemu. Dalej Barbro z Larsem na ręku i dziadek. Martin potyka się o kamień, leci do przodu i uderza obcego trzonkiem młota w twarz, tak że tamten również upada z głośnym krzykiem. Ingrid widzi, że ojciec przyciska broń do barku i przymyka jedno oko. Maria kładzie mu rękę na ramieniu. Dziadek wstaje. Nieznajomy ma zakrwawioną twarz, przeklina, dopiero teraz nagle zwracają uwagę na jego strój: obcy jest elegancko ubrany, w drogi garnitur, ma kamizelkę z lśniącymi guzikami, spodnie zaprasowane w kant, z kieszeni zwisa mu złoty łańcuszek, człowiek idący tyłem na południe przez łąki to bogacz, a za nim postępuje cały orszak.

Przy łodzi zatrzymują się i patrzą na siebie. Obcy pociera ręką twarz i wzrusza ramionami. Obserwują, jak spuszcza łódź na wodę, a Hans ciągle celuje w niego z broni. Przyglądają się, jak obcy wchodzi na pokład, siada do wioseł i zaczyna wiosłować takimi samymi nieporadnymi ruchami, jak te, które przywiodły go tutaj, najpierw kieruje się ku Malvicka i górom, skąd przybył, potem na północ i na wschód w stronę składu. Znika w szarej zasłonie ulewy, znów się ukazuje i wreszcie przepada na dobre w kolejnej fali deszczu.

Są przemoczeni. Nic o nim nie wiedzą: ani jak się nazywa, ani skąd przybył, ani dokąd płynie. Wiedzą jedynie, że tu był. Ingrid patrzy na ojca, który się nie ogląda, tylko ramię w ramię z Marią wraca do domu, dzierżąc broń pod pachą. Martin wymachuje trzonkiem młota, a Barbro wreszcie puszcza Larsa na ziemię, żeby mógł pobiec tak jak zwykle. (…)

Ingrid nie może zrozumieć, dlaczego tak się zachowali. Nic nie zginęło z wyspy, nic nie zostało skradzione ani zniszczone. Mimo to obcy obrabował ich z najważniejszej rzeczy, jaką mieli, rzeczy, której już nigdy nie odzyskają. Ingrid sądzi, że ma to jakiś związek z podziałem, z tym, kto opuścił kuchnię, bo nie mógł tam dłużej wytrzymać, a kto został. Ingrid jest sentymentalnym dzieckiem.

Roy Jacobsen, Niewidzialni, Wydawnictwo Poznańskie, s. 139-146.

*

Polecam kartkę z Kroniki Kota Nakręcacza na temat tej powieści. To właśnie za sprawą  Natalii sięgnęłam po prozę Jacobsena.

Autor: Roy Jacobsen
Tytuł: Niewidzialni
Przekład: I. Zimnicka
Wydawnictwo: Poznańskie
Seria wydawnicza: Dzieła Pisarzy Skandynawskich
Liczba stron: 280
Wydanie: I (2018)
Oprawa: Twarda
Format: 14 x 21 cm

2 Comments

  1. Przepraszam, że nie zapytam o samą książkę, ale nie mogę się wstrzymać. Czy te trzy osoby to był ktoś obcy? Nieznajomy, ale znany? Czemu nie napisałaś o tym opowiadania? ;)

    • Obcy ludzie. Tacy… wędrowcy, bez domu. Totalnie anonimowi.

      A skąd wiesz, że nie napisałam ;) Mam dziesiątki, jeśli nie setki, rozgrzebanych autobiograficznych opowiadań. Nigdy nic nie kończę. Była jeszcze druga historia, nieco podobna, ale jednak inna. O chłopaku, którego moja siostra poznała w sieci, a kiedy wbił się nam do domu bardzo źle to się skończyło. Prawie śmiercią. Wszystkich okłamał. W ogóle nie wiemy kim był, bo słowa prawdy nie powiedział. To jest prawdziwa trauma, z którą też się próbowałam zmierzyć na papierze. A Tobie się przytrafiło jakieś zajście z intruzem? Widziałeś te filmy Hanekego. Np. „Funny Games”?

Dodaj komentarz