Kilka dni temu na blogu Kronika kota nakręcacza, pojawiła się recenzja Domu z dwiema wieżami. I choć nie miałam jeszcze w dłoniach książki Macieja Zaremby Bielawskiego, czytając jej recenzję, odniosłam wrażenie, że właśnie poznałam jeden z wariantów tej samej historii. Jedną z opowieści o Żydach, Niemcach i Polakach, o Holocauście, obozach zagłady, tych, którzy zginęli i tych, którzy przetrwali dźwigając ciężar pamięci. O żydowskiej rodzinie, która po swojemu zmagała się z wojenną i powojenną rzeczywistością.

Proza Włodka Goldkorna ma strukturę strumienia myśli. To literacka introspekcja, dialog z samym sobą. Tym, co jest charakterystyczne dla Dziecka w śniegu to płynność i niepewność. Anegdotyczność i fragmentaryczność kontra szeroki kontekst. Ambiwalencja, którą czuć nawet na poziomie języka. Pytania i próba – często nieudana – znalezienia na nie odpowiedzi. Filozoficzne i ontologiczne rozważania, zaprzeczanie samemu sobie, odrzucanie wcześniejszych tez i zmiana stanowisk, wreszcie pulsujący gdzieś pod tkanką słów nihilistyczny ton. Holocaustu nie da się uporządkować ani wysłowić, zrozumieć ani opisać, można tylko o nim pamiętać.

Autor tego eseju o historii i pamięci nie rości sobie prawa do prawdy. Jego głos to tylko jeden z wielu głosów, a prawda o Zagładzie – co wielokrotnie podkreśla – leży w wielości narracji. Robi więc tyle ile może, sprzęga to, co minione z teraźniejszością. Wyrusza w podróż po kolejnych obozach pracy i obozach zagłady, którą krok po kroku relacjonuje. Po drodze zanurza się we wspomnieniach i snuje przypuszczenia. Tka opowieść z tego, co obecne i tego, co nieodwracalnie spustoszone.

Obnaża hipokryzję współczesnego świata, który nadal pochyla się nad popiołami Żydów, ale jest głuchy na umierających z głodu, wszędzie odrzucanych uchodźców. Bezwzględnie krytykuje Muzeum Auschwitz-Birkenau zarówno jako miejsce (komercyjne, upolitycznione), jak i ideę (nie pokazuje prawdy o życiu i umieraniu w obozie, jest krzywym zwierciadłem epatującym makabrą, przesadzoną symboliką, jarmarcznością wesołego miasteczka z horroru). Dziecko w śniegu to książka paradoks, indywidualny głos w zbiorowej sprawie i prawdziwy wstrząs dla czytelnika, który wirtualnie towarzyszy autorowi

Goldkorn i jego rodzice opuścili Polskę w latach sześćdziesiątych, chyba nie trzeba pisać, że była to emigracja przymusowa. Zdecydowałem, że jestem Polakiem, kilka lat po tym, jak władze tego kraju odebrały mi obywatelstwo. A jednak książka ta powstała kilka lat temu w języku włoskim, została przełożona i opublikowana przez Wydawnictwo Czarne.

Być może Goldkorn odbył tę podróż i napisał Dziecko w śniegu w nadziei, że doświadczy katharsis i ukojenia. Wątpię, by je odnalazł.

Zamiast podsumowania, cytat. W obozie/muzeum Auschwitz-Birkenau pojawia się dramatyczne wyznanie wiary połączone z – pojawiającą się kilkakrotnie w innych miejscach książki – litanią imion zamordowanych w obozach członków rodziny autora:

A z resztą tylko Bóg, który nie istnieje, gdyby istniał, nie byłby godny, żebym zamienił z nim słowo, a na pewno nie zasługiwałby, żeby rozmawiali z nim Nachcia i Taube, Rut i Uszerek pierwszy i drugi, Jachweta i Srulik, i Hela, i Tola, i Róźka, i Berek, i Szlojme, tylko ten Bóg, który nie chciał widzieć, a więc gdyby istniał, byłby winny zaniechania, tylko ten Bóg wie, ile razy śniło mi się to miejsce i jak bardzo za każdym razem ten koszmar odbierał mi chęć do życia.

*

I pomyśleć, że mogłabym przegapić tę książkę gdyby nie Mniej niż 100 słów.

Autor: Włodek Goldkorn
Tytuł: Dziecko w śniegu
Przekład: J. Malawska
Wydawnictwo: Czarne
Liczba stron: 256
Wydanie: I (2018)
Oprawa: Twarda
Format: 12.5 x 20 cm