Dzisiaj będzie brutalnie szczerze, ze śladowymi ilościami empatii i bardzo egoistycznie. Zupełnie jakbym nie ja to pisała. Jakbym w wyniku szoku pękła na pół i wylazła ze mnie ta moja zła bliźniaczka, która zamierza zrobić porządek. Wykrzyczeć, że nie jestem – metaforycznie – cholernym dawcą organów, z którego można sobie wyciąć myśli, frazy, zdania a nawet całe akapity.

Wczoraj znów nie mogłam spać. Tuż przed świtem odkryłam, że jedna z moich recenzji, z czasów gdy blog raczkował, została splagiatowana. Link do artykułu nieznanej mi blogerki znalazłam na facebookowym profilu wydawnictwa, które opublikowało recenzowany tytuł. Chciałam sprawdzić, co o tej nietuzinkowej książce sądzi inna miłośniczka książek, a znalazłam tam… moje własne słowa. Ogarnęło mnie uczucie niesamowitości, coś jak déjà vu, które przecież zdarza mi się często. Ale nie takie.

Początkowo udostępniłam tylko na instastories zrzuty ekranu mojej i potencjalnie skopiowanej recenzji, i poprosiłam czytelników o konsultację. Naprawdę nie umiałam obiektywnie ocenić, czy w grę wchodzi plagiat, czy uruchomiła mi się paranoja. W końcu mimo analogicznej kompozycji, kilku identycznych zdań, obecności tych samych literackich nawiązań a nawet słów kluczowych, oba teksty trochę się jednak różnią. Dostałam wiadomości, że zostałam okradziona; nie mogę tego tak zostawić; trzeba zrobić dym; mam nie odpuszczać. Dowiedziałam się też, że jest wielu blogerów, których spotkała taka sama wątpliwa przyjemność i byli zmuszeni walczyć z tymi, których zainspirowali. Tyle tylko, że ja jestem mięczakiem i nadwrażliwcem, całe życie tak było. Unikałam konfrontacji, bo wiedziałam, że strasznie to odchoruję, a druga strona zapewne zleje i będzie spała spokojnie. Jak pewnie niejedna z ambitnych i kreatywnych osób nie raz dałam się wykorzystać. Robiłam coś z oddaniem, a kiedy praca została wykonana, zostałam potraktowana jak powietrze. Znacie to? Ktoś przypisał sobie wasze pomysły, zebrał oklaski za to, nad czym ciężko pracowaliście, a z was – jak z przebitego cieniutką szpilką balonu – powoli uchodziło powietrze… Całe życie akceptowałam takie sytuacje i nic z nimi nie robiłam, ale nie tym razem.

Są ludzie, którzy niewiele mają do powiedzenia, nie błyszczą inteligencją i pomysłowością, a jednak wydaje im się że są kimś. To osoby które na swoich profilach społecznościowych definiują się słowem artysta (bo lubią sztukę, byli kilka razy w muzeum, namalowali jakiś bohomaz, albo ulepili z plasteliny ludzika lub zrobili trzy artystyczne fotografie na krzyż), pisarz (bo wydali na własny koszt jedną, góra dwie, książki, których nie chciało żadne wydawnictwo), recenzent (bo chcą dostać darmową książkę, ale nie chcą jej czytać, albo nie umieją zrozumieć, więc udają się na internetowe łowy, gdzie bezkarnie zżynają z cudzych blogów i portali te najbłyskotliwsze frazy). Kiedy patrzę na coś takiego, odruchowo prycham z pogardą. 

W przypadku mojego bloga, a także pozablogowych, okołoliterackich i pisarskich aktywności, nie można mówić o żadnej karierze, raczej o kosztownym hobby, które pochłania czas, pieniądze, a w zamian daje czasem satysfakcję i radość, czasem frustrację i gniew – na marginesie, bardzo się identyfikuję z tym, co napisała niedawno Ania/Naia z Literackich skarbów świata całego. Jednak mimo wielu zwątpień, wierzę, że mam kompetencje, by pisać o książkach – i szerzej o kulturze – oraz, że robię to przyzwoicie. Chyba można mnie czytać bez zgrzytania zębami? Mam ogromne problemy z samooceną i wiarą w siebie. Monstrualne. Paradoksalnie właśnie pisanie jest tym, co daje mi poczucie bezpieczeństwa. W nic tak nie wierzę, jak w to, że mam jakiś zalążek talentu, powinnam nadal pisać i starać się to robić coraz lepiej. Chyba dlatego tak bardzo zabolała mnie ta sytuacja.

Ukończyłam filologię polską ze specjalnością nauczycielską na dobrym uniwersytecie, a mimo to nie nazywam siebie polonistką. Już nie. Minęło prawie sześć lat, a ja przez ten czas się nie dokształcałam, moja wiedza mocno się zdezaktualizowała, nie znam nowej podstawy programowej, założeń (anty)reformy oświaty, etc. Nie ma prawa nazywać siebie polonistką i tego nie robię.

Przez ostatnie cztery lata pisałam i… pisałam. Moje artykuły na temat filmów, książek, sobowtórów, sztuki i biografii artystów liczą tysiące stron i ważą więcej niż moje oba psy – ponad jedenaście kilogramów (jakiś czas temu coś mnie tknęło i postanowiłam zarchiwizować moje wypociny, wydrukowałam i popakowałam w pudełka wszystkie opublikowane artykuły), a przecież są też rzeczy nieopublikowane. Powieść o bliźniaczkach, która ciągle się rozrasta i zmienia, ukończone i nieukończone opowiadania oraz wiersze, wszystkie te zeszyty, notesiki, karteczki, dzienniki, w których notuję wszystko, co zaświta mi w głowie i domaga się zapisania. A mimo to nigdy nie ośmieliłam się nazwać siebie pisarką. Co najwyżej autorką. Przez małe a.

Jestem nikim. Dwaplusnikim. Kim w takim razie jest osoba, która mnie okradła?

*

Ikona wpisu przedstawia detal obrazu Krzyk Edvarda Muncha.

A tutaj wersja uwspółcześniona, która chyba lepiej oddaje mój obecny stan. Rozumiemy się z Phoebe bez słów, w końcu dzielimy datę urodzenia.