Na świecie są dwa rodzaje ludzi: ci, którzy opuszczają swój dom rodziny, i ci, którzy tego nie robią. Brzmi (grzmi) pierwsze zdanie Naszego małżeństwa. Czy jest to powieść o bezdomności? W pewnym sensie. Na pewno jest o wykorzenieniu.

Tayari Jones snuje opowieść o małżeństwie z niewielkim stażem, które zostaje rozdzielone. Kilkanaście miesięcy po ślubie Roy pada ofiarą niesłusznego oskarżenia o gwałt i trafia do więzienia. Wyrok – dwanaście lat. Jego ukochana Celestial nie czeka, układa sobie życie na nowo. Związuje się z innym mężczyzną, robi karierę, jej ręcznie wykonywane lalki – owoc artystycznych aspiracji, ale też egzorcyzmowania wewnętrznych demonów – są cenione i dobrze się sprzedają. Pozornie ma wszystko, nie potrafi jednak zamknąć poprzedniego rozdziału życia. Skazuje męża na trwanie w zawieszeniu i niepewności. Stopniowo usuwa go poza margines swojego obecnego życia. Sprawia, że mężczyzna nie ma do czego ani kogo wracać.

Amerykańska pisarka w skondensowanej formie oddaje dynamikę miłosnego trójkąta. Powieść ma troje narratorów, konwencja znana chociażby z Dziewczyny z pociagu. Bohaterowie kolejno przedstawiają swój punkt widzenia. Dodatkowo niemała część Naszego małżeństwa jest minipowieścią epistolarną. Listy miłosne. Z czasem coraz rzadsze i mniej wylewne. Chwilami gorzkie, pełne wzajemnego obwiniania, gróźb, zazdrości. W końcu agresywne listy antymiłosne, w których kobieta i mężczyzna ostrzeliwują się oskarżeniami. Zaimek my coraz częściej zastępuje ja, moje Wreszcie można tu znaleźć elementy powieści szkatułkowej, kiedy pojawiają się retrospekcje, epizodyczni bohaterowie zdradzają zaskakujące historie ze swojego życia.

Jones ukazuje, jak w wyniku rozłąki i upływu czasu bliscy ludzie stają się sobie obcy. Korespondencyjne małżeństwo nie zastąpi prawdziwej bliskości, wspólnego budowania teraźniejszości i przyszłości.

Małżeństwo to sprawa pomiędzy dwojgiem ludzi. Publiczność jest zbędna – pisze Jones. A jednak pozwala nam zajrzeć za kulisy związku, podobnie jak zrobiła to wcześniej Lauren Groff w poruszającej i kompletnej powieści Fatum i Furia . Jones także czerpie z motywu antycznego fatum. Dramat bohaterów zaczyna się od nieszczęśliwego przypadku. Pewnej nocy dzieje się coś złego. Niespodziewanego, ale też wywróżonego. Gdzieś na poziomie podświadomości, kiedy padają słowa: Mam złe przeczucie. Wracajmy do domu. Oprócz przeczuć pojawiają się znaki, których przesądny człowiek nigdy by nie zignorował. Na koniec kłótnia, trzaśnięcie drzwiami i nieszczęście wkradające się przez dziurkę od klucza. Niesamowite zrządzenia losu jeszcze nie raz pojawią się w tej powieści. Jak wtedy, gdy Roy spotyka swojego biologicznego ojca oraz zostaje nieoczekiwanie uniewinniony i wychodzi na wolność. Pojawia się bez uprzedzenia w swoim dawnym domu i brutalnie upomina o swoje. Teraz jego kolej, by rozdawać karty.

Kocha ją, czy tylko czuje potrzebę kontrolowania i posiadania na własność? Może chce ukarać za zdradę? Pierwsze zbliżenie po wieloletniej rozłące do pewnego momentu nosi znamiona gwałtu. Mężczyzna próbuje uwodzić, ale też manipuluje Celestial, domaga się przewagi i posłuszeństwa, które „należą się” mężowi. Kobieta jest tchórzliwa, boi się powiedzieć wprost: to koniec.

Punkt kulminacyjny powieści to scena zmontowana z dreszczowców Hitchcocka i dramatów psychologicznych Bergmana. Gwałtowne połączenie przemocy z rozpaczą, symboliczna próba przełamania klątwy, wyrwania się przeznaczeniu.

Mam tylko jeden zarzut. Uwierały mnie mało subtelne dygresje na temat statusu czarnoskórych. Zarówno autorka jak i jej bohaterowie są Afroamerykanami, a w powieści eksponuje się nierówności społeczne i nieuczciwe traktowanie czarnoskórych obywateli. Osobiście – w przypadku tego typu literatury – nie ma dla mnie znaczenia jakiego koloru skóry są bohaterowie, których losy śledzę. Każda rasa i płeć spotyka się z dyskryminacją i niesprawiedliwością. Natomiast bohaterowie Naszego małżeństwa przy każdej okazji podkreślają swoją „czarność”, jakby  było to podszyte jakimś kompleksem. Ofiary systemu, męczennicy, niewinnie ukrzyżowani. W książce pojawia się słownictwo, które sugeruje wręcz wojnę ras. Clou w tym, że pisarka z jednej strony chce się wstawić za czarnoskórymi, z drugiej traktuje temat na tyle pobieżnie, że brakuje w tym autentyczności. Manifest zamienia się tym samym w stereotypowe i pozbawione szerszego kontekstu skargi oraz roszczenia.

To niedopasowanie zrekompensował mi natomiast poetycki fragment o drzewie. Powieść Jones już wcześniej przywodziła mi na myśl modernistyczne dramaty o miłosnych trójkątach. Współczesna książka nie jest oczywiście tak melodramatyczna i przerysowana jak tamte historie, ale płynie z niej podobny wniosek. Nie istnieją związki, których nie trzeba stale pielęgnować.

Wiesz, w Australii czy w Indiach rosną podobno drzewa, bliźnie drzewa, ha, ha, bliźnie drzewa – nie! Kochające się drzewa… I wiesz, jak to wygląda? Otóż rośnie sobie taki smukły, silny pień, energiczny, mocny… ot – taki wielki pan! A tuż obok niego wyrasta drugi, smukły, wiotki, tuli się do niego, przyciska, przygarnia, omal że nie wrasta w niego. Ale cóż się dzieje? Otóż temu słabemu, wiotkiemu pniowi wyrastają gałęzie – nie! Ramiona, chciwe, szatańskie ramiona. Obejmują go, wżerają się w ten silny, energiczny pień – przytulają się coraz mocniej, namiętniej, wcinają się w skórę, przerastają ją, przeżynają korę i żyły – i ten pierwszy, ten silny i mocny pień usycha. Ha, ha – wystaw sobie! Taki martwy, uschły pień w objęciach bliźniego, słabego drzewa. Widzisz, widzisz – to jest symbol miłości – to stosunek mężczyzny do kobiety. 

[Stanisław Przybyszewski, Złote runo]

Małżeństwo przypomina umieszczanie szczepki na pniu drzewa. Jest gałązka, dopiero co odcięta, kapiąca życiodajnymi sokami, pachnąca wiosną, i jest pień, odarty z kory zapewniającej mu ochronę, wyżłobiony, gotowy na przyjęcie nowego organizmu. Przed kilkoma laty mój ojciec przeprowadził podobną operację na dereniu rosnącym z boku podwórka. Przytwierdził przyniesioną z lasu gałązkę oblepioną różowymi kwiatami do kwitnącego na biało drzewka kupionego w szkółce ogrodniczej. Trzeba było mnóstwo juty i sznurka oraz dwóch lat oczekiwania, żeby się ze sobą zrosły. Nawet dzisiaj, po tylu latach, ten dereń ma w sobie coś nienaturalnego, chociaż zachwyca swoich dwubarwnym kwieciem.

[Tayari Jones, Nasze małżeństwo]

Podobna metaforyka, a jednak zupełnie inna wizja kobiecego, męskiego i połączenia obu tych pierwiastków. Sami zdecydujcie, w którą z alegorii małżeństwa wolicie wierzyć.

*

O książce przeczytacie także na blogu Bałwochwalnia.

Autor: Tayari Jones
Tytuł: Nasze małżeństwo
Wydawnictwo: Otwarte

Przekład: A. Wolnicka
Liczba stron: 366

Wydanie: I (2019)
Oprawa: Miękka ze skrzydełkami
Format: 13 x 20 cm
Cena z okładki: 39.90
ISBN: 978-83-7515-523-5

Za nadesłaną książkę dziękuję wydawnictwu Otwarte.