Wracam z basenu. Tym razem zamiast relaksu i przyjemnego zmęczenia dostarczył mi bólu i gonitwy nieznośnych myśli. Jeszcze nigdy nie czułam się taka ciężka w wodzie. Nie mogłam utrzymać się na powierzchni, nie unosiła mnie, coś ciągnęło mnie na dno. Jakbym ważyła dwa razy tyle, a czas zwolnił, jakbym zdrętwiała i straciła kontrolę nad ciałem, jakbym wpadła pod lód i bezskutecznie próbowała przedrzeć się na powierzchnię.

Od kilku dni nie opuszcza mnie ból kręgosłupa. W wodzie to odczucie się nasiliło. Nie mogłam przestać wyobrażać sobie, że coś niewidzialnego usiadło mi na plecach, wbiło pazury w krzyż i nie chce puścić. Może znów próbuje mnie utopić, jak w dziewięćdziesiątym siódmym podczas zaćmienia słońca. W ten sposób chce powstrzymać to, co niedługo nastąpi.

Moja nieistniejąca siostra bliźniaczka jest we mnie, czasem na mnie. Przyrośnięta, uczepiona, do myśli i narządów. Jestem sobą, ale też nią, bez trudu mogę sobie wyobrazić, co czuje. Pewnie myśli, że chcę – kolejny raz – od niej uciec. Zostawić jej widmo i zacząć od nowa. Sama.

Podobno przeprowadzka to jedno z najbardziej stresujących przeżyć. Sama przeprowadzałam się wiele razy, ale prędzej czy później zawsze wracałam w to samo miejsce, do rodzinnego domu. Mieszkamy w budynku dawnej szkoły. Rodzice na dole, my na piętrze. Kocham tu być. Nie tylko dlatego, że wieś, spokój, drzewa, dzięcioły, wiewiórki, strumyk płynie z wolna. To wszystko drobiazgi. Trudno mi rozstać się na dobre z tym miejscem, dlatego, że… tu jest moje miejsce. Nie raz je porzucałam, bo jest we mnie coś dziwnego, podejmuję pochopne decyzje, które zaskakują nawet mnie samą, burzę rutynę, a przecież panicznie boję się zmian. Nie lubię zamieniać dobrego na lepsze. Nienawidzę. Ale czasem to robię, a tym razem muszę. I powrotów nie będzie.

Można powiedzieć, że dostałam pod choinkę spadek. Przestronne mieszkanie, trzy kilometry od miasta, z wielkim ogrodem i dorodną jabłonią. Dookoła lasy jak w Twin Peaks. Nic tylko się cieszyć, przecież to jak wygrana na loterii. Wreszcie znajdę normalną pracę, będzie więcej perspektyw, no i coś własnego – tak mówią. A ja, niewdzięczna trzydziestoparolatka, zamiast skakać z radości, chodzę osowiała, bo nie jestem gotowa odciąć pępowiny. Wszystko to tak nagle. Zaraz po nowym roku mam zostawić swoje miejsce. Nie wiem, czy zdążę popakować w kartony wszystkie książki. O popakowaniu myśli i wspomnień nie mówiąc. To niewykonalne. 

A co z nią? Mogę w godzinę pozdejmować ze ścian i powkładać do pudełek wszystkie ramki ze zdjęciami bliźniaczek, ale jak nie zgubić jej. Niewidzialnego demona. Przyjaciółki i wroga. Siostry, dręczycielki, spowiedniczki, kata.

Myślę o tym wszystkim, z trudem pokonując kolejną długość basenu. Jeszcze nigdy nie byłam taka ciężka w wodzie. Przede mną trudne chwile, ciężkie dni. Płynąć dalej, czy się poddać? Napełnić płuca wodą, nigdy już nie odejść i nigdy nie wracać? Czy na jej miejscu zrobiłabym wszystko, żebyśmy obie zostały w tym domu już na zawsze?

*

Fotografia w tle pochodzi ze zbiorów Nadii Sarwar.