CZEPIAM SIĘ KSIĄŻEK

"Książki często występują w moich snach erotycznych"

Kapela M. Others, kopia mistrza i wehikuł czasu. Jak to jest być sobowtórem Kurta Cobaina?

W tym tygodniu podróże w czasie sponsorowali Kurt Vonnegut i Kurt Cobain. W środę byłam na niecodziennym koncercie. Mam na myśli występ ukraińskiego zespołu M. Others, który gra covery Nirvany. No, może niezupełnie. A raczej, nie tylko. Właściwie to trzyosobowa kapela jest namiastką nieistniejącej już legendy amerykańskiej sceny grunge’owej.

Kiedy Kurt Cobain wypisał się z tego świata, miałam osiem lat. Rzecz jasna nie słuchałam jeszcze wtedy Nirvany, ale dokładnie pamiętam szum wokół samobójstwa muzyka. Szczególnie zapadła mi w pamięć rozmowa moich starszych kuzynek. Po kolejnej wzmiance w prasie, dyskutowały na temat teorii spiskowych, które pojawiały się lawinowo. Bliscy nie mogli uwierzyć w samobójstwo Cobaina. Fani nie mogli uwierzyć w jego śmierć. Tacy ludzie są przecież nieśmiertelni.

Nie chcę się tu rozpisywać na temat mojej młodzieńczej fascynacji Nirvaną. Wystarczy jeśli powiem, że jako licealistka zasłuchiwałam się w ich płytach, szczególnie lubiłam – jak oryginalnie – Nevermind i album Unplugged, zarejestrowany podczas akustycznego koncertu w Nowym Yorku. Przez drugą połowę swojego życia, nie słuchałam Nirvany regularnie, ale co jakiś czas zdarzały się chwile, kiedy zaczynałam nucić ich kawałki, odpalałam płytę i godzinami słuchałam zachrypniętego głosu Kurta. Nie raz przyszła mi do głowy myśl: szkoda, że nigdy nie pójdę na ich koncert, Kurt nie żyje, zostały po nim tylko te płyty.

Nagle tydzień temu widzę gdzieś plakat z jego podobizną i hasło „Nirvana Tribute Show”. Nie zastanawiałam się ani chwili, nie zaczęłam szukać w sieci informacji o zespole ani filmów/nagrań z ich wykonaniami. Chciałam mieć niespodziankę i w ogóle nie myślałam o tym, że zespół M. Others może mnie rozczarować. Pojedziemy, zobaczymy, jak będzie. Było nieziemsko!

Kilkadziesiąt osób, które tego dnia powiedziały sobie: jeśli Elvis żyje, to Kurt Cobain tym bardziej, idę go zobaczyć! Symboliczna podróż w czasie, wehikułem – muzyka. Nie potrzebujemy innych narkotyków, bo już od pierwszej nuty, od pierwszego wychrypianego słowa i przeszywającego kręgosłup dreszczu, czujemy się jak na koncercie artysty, który powrócił z zaświatów.

Alexey Tuchinski, wokalista i gitarzysta M. Others. Kurt Cobain po drugiej stronie lustra

Alexy Tuchinski brzmi jak Kurt Cobain, wygląda jak Kurt Cobain, ma podobny sweter, identycznie tupie nogą, jest tego samego wzrostu i nie odgarnia z twarzy mokrych od potu włosów. Może dlatego, że Kurt też lubił się za nimi chować, może po to, by ukryć wypisane na twarzy drobne różnice, dowody na to, że jednak nie jest stuprocentowym sobowtórem Cobaina.

Po koncercie, kiedy już trochę ochłonęłam, zaczęłam się zastanawiać, jak to jest być kopią legendy? W opowiadaniu Grzegorza Bogdała o sobowtórze Freddiego Mercury’ego pada zdanie:

Po tym występie w Mam Talent zmieniłem fryzurę, zgoliłem wąsy i skończyłem z Freddiem. To tak, jakbym samego siebie wsadził do trumny, spuścił do dołu i przysypał ziemią. Byłem sobie trupem, grobem i zniczem.

A ja zastanawiam się czy w przypadku Alexeya nie było podobnie a zarazem odwrotnie. Na ile jest „sam z siebie” podobny do Kurta, a na ile celowo się do niego upodobnił? Nauczył charakterystycznych ruchów, gestów, etc. Czy to nie sprawiło, że stał się kimś innym? Że wcielając się całym ciałem i duszą w legendarnego wokalistę zatracił własną tożsamość? Zamknął się metaforycznie w trumnie i pogrzebał żywcem.

Może być jeszcze gorzej. Ludzie widzą w nim tylko Kurta, interesują się tylko Kurtem, są tak zafascynowani, że ich wyobraźnia wyolbrzymia podobieństwo, tworzy symulakr nieżyjącego już Kurta Cobaina. W ogóle nie widzą Alexeya, w tym wymiarze to Alexey (już) nie istnieje.

Życie sobowtóra musi być smutne. Jak życie niejednej gwiazdy rocka, która pozornie ma wszytko, a często czuje pustkę i decyduje się skoczyć w otchłań.

Kurt Cobain (1967 – 1994)

Postscriptum: Bardzo czekałam na Smells Like Teen Spirit. Bałam się, że M. Others już nie zagrają tego utworu, ale zaserwowali nam mocny finał występu. To był prawdziwy muzyczny orgazm. Jeśli M. Others pojawi się w waszym mieście, musicie ich zobaczyć i posłuchać! Internety tego nie oddają, ale na żywo brzmią niesamowicie.

*

Koncert odbył się w olsztyńskim klubie Nowy Andergrant. Ostatnim przeżyciem tego kalibru był dla mnie występ Grabaża i Pidżamy Porno sprzed trzech lat. W tym samym miejscu. À propos Pidżamy Porno:

Twoje kolejne kłamstwo 
Masz koszulkę z Kurtem 
I nawet ci do twarzy 
Nawet ci do twarzy z trupem 
Poproś go niech ci dziś powie chociaż słowo…

2 Comments

  1. Ja nigdy fanem Nirvany nie zostałem. Uważam, że był to bardzo dobry zespół, ale jakoś nigdy nie wpadłem w dłuższych zachwyt. Mam jednak pewną anegdotę – kuzyn mój, o rok ode mnie starszy, Nirvany też nie słuchał, ale z jakiegoś powodu miał przez jakiś czas w pokoju plakat Cobaina. Pewnie był w Bravo czy innym pisemku. Było to już po samobójstwie muzyka i pamiętam, że zawsze czułem się bardzo nieswojo spoglądając na ten plakat. Miałem niemal wrażenie, że patrzy na mnie.

    A co do person scenicznych i osobowości, to mocno polecam poszukać niedawnych wypowiedzi Jim Carreya. Zacytuję po angielsku: „When you create yourself to make it you’re going to have to either let that creation go and take a chance on being loved or hated for who you really are… or you’re gonna have to kill who you really are and fall into your grave grasping onto a character that you never were”. Bardzo mocne słowa.

    • O tym plakacie kiedyś mi wspominałeś, chyba przy okazji wpisu, gdzie mówiłam, że miałam wrażenie, że obraz ze ściany na mnie patrzy, dokładnie nie pamiętam. Chyba też miałam ten sam plakat, taki w monochromatycznych szaro niebieskich kolorach…

      Co do cytatu, idealnie pasuje. Jim Carrey – nie podejrzewałabym go o takie mroczne przemyślenia, ale to tylko dowodzi, że miałam intuicję, na scenie ogień, a po powrocie „do siebie” swojego ja… to musi być druzgocące egzystencjalne doświadczenie, nie wiadomo jak i gdzie postawić granicę. Sława to jednak przekleństwo :/

      P.S. Słucham nie tylko Nirvany, o dziwo lubię też Hole kapelę wdowy po Cobainie, Courtney Love. Właściwie u mnie z głośników własnie słychać Northern Star. Jeśli chodzi o muzykę, żyję przeszłością, najbardziej lubię tę z minionej epoki ;)

Dodaj komentarz