Wszystko to zdarzyło się mniej więcej naprawdę. Tymi słowami rozpoczyna się najsłynniejsza powieść Kurta Vonneguta. Nie chcę tu opowiadać, ile pieniędzy, czasu i nerwów kosztowała mnie ta cholerna książka. Kiedy dwadzieścia trzy lata temu wróciłem do domu z drugiej wojny światowej, wydawało mi się, że nic łatwiejszego, jak napisać o zniszczeniu Drezna – czytamy na kolejnej stronie. Ta książka była obsesją i przekleństwem autora. Powstawała latami, rodziła się w bólach, ale musiała ujrzeć światło dzienne. Tak to już jest z obsesjami, że prędzej czy później trzeba je wyegzorcyzmować. Na papier, taśmę filmową… Albo człowiek oszaleje. Zdarza się.

Autor Rzeźni numer pięć jest dojrzałym mężczyzną, który rozmawia ze swoim psem, pali zbyt dużo papierosów oraz tworzy niezgodne z kanonami gatunkowymi opowiadania i powieści. Nie wierzy, by udało mu się skończyć tę konkretną książkę. Napisałem już chyba z pięć tysięcy stron i wszystko wyrzuciłem – wyznaje. Kurt Vonnegut nie umie opowiedzieć o tym, co przeżył. Nie jest łatwo zdać relację z apokalipsy. Decyduje się więc na prosty chwyt – tworzy fikcyjnego bohatera, Billy’ego Pilgrima, który jest i jednocześnie nie jest jego alter ego. Billy jest żołnierzem. Jednym z wielu. Zwyczajnym, a jednocześnie na tyle charakterystycznym – momentami wręcz komicznym i karykaturalnym – że może stać się bohaterem powieści, która zaabsorbuje czytelnika.

Kiedy na scenę wchodzi Billy, Kurt znika. Kurt mówi bezpośrednio w pierwszym i ostatnim rozdziale, posługując się formą pierwszoosobową, reszta narracji to opowieść o Billym i tym jak przetrwał wojnę. Jednak co jakiś czas Kurt ujawnia swoją obecność. W nieoczekiwanym momencie wtrąca: stałem obok, to był autor tej powieści, to byłem ja, ja też tam byłem, etc., dając znak, że wcale nie dystansuje się od opowieści, po prostu łatwiej mu posłużyć się wyimaginowanym porte-parole.

Ustaliliśmy już, że Vonnegut częściowo jest Billym. Ale kim jest Billy? Człowiekiem, który podróżuje w czasie. A raczej po czasie.

Posłuchajcie. Billy Pilgrim wypadł z czasu. Zasnął jako podstarzały wdowiec, a obudził się w dniu swego ślubu. Wszedł w drzwi w roku 1955, a wyszedł innymi drzwiami w roku 1941. Wrócił przez te same drzwi, aby znaleźć się w roku 1963. Powiada, że wielokrotnie widział swoje narodziny i śmierć i że przenosi się w zupełnie przypadkowej kolejności do różnych momentów dzielących te dwa wydarzenia (…) Mówi, że dręczy go nieustannie trema, gdyż nigdy nie wie, który fragment swojego życia będzie musiał za chwilę odegrać.

Billy to pechowiec i szczęściarz. Miał pecha, bo żył w czasach wojny. Miał szczęście, bo jako jeden z niewielu wyszedł cało z bombardowania Drezna, a po latach jako jedyny przeżył katastrofę cywilnego samolotu. Miał pecha, bo był żołnierzem i jako jeniec wojenny trafił do obozu zagłady, a koszmar wojny wciąż powracał, wywołując depresję i łzy bezsilności. Miał szczęście, bo po wojnie założył rodzinę, miał pracę i dom, był szczęśliwy. Miał pecha, bo został wdowcem, został też porwany przez latający talerz, o czym – ku rozpaczy córki – opowiedział publicznie w całonocnej audycji radiowej. Miał szczęście, bo na obcej planecie nie było tak źle. Nie został krojonym i rozbieranym na czynniki pierwsze królikiem doświadczalnym, ale miał pecha, bo na Tralfamadorii zamknięto go nagiego w zoo, gdzie codziennie obserwowały go tłumy mieszkańców tej planety. Miał szczęście, bo niebawem w tej samej klatce wylądowała piękna kobieta, znana aktorka, była gwiazda porno. Miał pecha, bo byli tam tylko we dwoje, na planecie odległej od Ziemi o 446 120 000 000 000 000 mil.

Mój ulubiony foto portret pisarza. Kurt Vonnegut wygląda na nim jak sobowtór mojego zmarłego wujka. Albo raczej mój wujek wyglądał jak sobowtór Vonneguta

Billy miał szczęście i pecha żyć wiele razy. Nie tylko wiódł dwa alternatywne żywoty na Ziemi i Tralfamadorii, ale też wielokrotnie przeżywał wojnę, śmierć żony, wszystkie tragedie, które go spotkały. Przekonał się że, przeszłość, teraźniejszość i przyszłość trwają jednocześnie i są nieskończone. Pewne wydarzenia powracają cyklicznie. Wojny nie są wyjątkiem.

Wojna to trauma. Szli gęsiego. Jedli śnieg. Billy – mimo że dopiero dwudziestojednoletni – miał już siwe włosy i sine od zimna stopy. Nie miał za to niezbędnego żołnierskiego wyposażenia ani broni. Tylko dwie nogi, by uciekać i dwie ręce, by się osłonić. Mówili o nim połamany latawiec. Wcale nie wyglądał na żołnierza, przypominał raczej złachanego flaminga. Po wojnie, na szpitalnym łóżku, chował się pod kołdrą jak małe przerażone dziecko. Nie chciał już żyć, a dodatkowo czuł wstyd i winę, że przeżył wojnę, a teraz chce umrzeć.

Może podróże w czasie i przestrzeni były ucieczką, strategią przetrwania? Wyobraźnia, pół obłęd zamiast całkowitego obłędu, jak w Ptaśku Williama Whartona. Uśmiech Billy’ego, w chwili kiedy wychodził z krzaków, nie ustępował dziwnością uśmiechowi Mony Lisy, gdyż równocześnie szedł pieszo przez Niemcy w roku 1944 i jechał swoim cadillaciem w roku 1967. Przecież przejażdżka ulubionym autem, jest o niebo lepsza niż taki widok:

Żołnierz zameldował swemu przełożonemu, który stał nad otworem, że tam w dole są dziesiątki trupów. Siedzą na ławkach i nie mają żadnych śladów obrażeń (…) W ten sposób uruchomiono w Dreźnie pierwszą kopalnię trupów. Stopniowo powstały setki podobnych kopalń. Początkowo nie było smrodu, ciała wyglądały jak manekiny z gabinetu figur woskowych. Potem jednak trupy zaczęły się rozkładać, wydzielając woń gazu musztardowego i róż.

Nawet nieoczekiwany liryzm narracji, nie sprawia, że obraz ten jest łatwiej zaakceptować. A najgorsza jest świadomość, że człowiek, który podróżuje w czasie, wie, co się wydarzy – wie też, że to złamie go psychicznie – nawet nie próbuje temu zapobiec, po prostu czeka aż nastąpi wojenna apokalipsa. Wszystkie wydarzenia, w których bierze udział Billy, pozostają niezmienne. I nie wiadomo, czy winna jest ludzka niemoc i bezradność, czy ciążące nad wszystkim antyczne fatum. W tym kontekście scena nalotu na Drezno przedstawiona przez Vonneguta à rebours jest jeszcze bardziej symboliczna.

Bombowce nadleciały tyłem nad płonące niemieckie miasto. Tam otworzyły swoje luki bombowe i wysłały jakieś cudowne promieniowanie magnetyczne, które stłumiło pożary, zebrało je do stalowych pojemników i wciągnęło te pojemniki do brzuchów samolotów (…) Amerykańscy lotnicy oddali swoje mundury i zmienili się w zwykłych uczniaków.

Vonnegut łączy epizody z dziejów z całkowicie fantastycznymi elementami. Jego powieść zasiedlają fikcyjne postaci, które płynnie wtapiają się w narrację i wydają się autentyczne. Prawda historyczna miesza się ze zmyśleniem, ale nie widać szpecących szwów. Nie bez powodu wielu nazywa Vonneguta mistrzem.

Rzeźnia numer pięć jest z kolei nazywana powieścią antywojenną, ponieważ ukazuje bezsens wojny i niezgodę na nią. Podtytuł książki brzmi Krucjata dziecięcia, czyli obowiązkowy taniec ze śmiercią, narrator nieustannie podkreśla, że ludzie którzy walczyli na frontach byli na to albo za młodzi, albo za starzy. Takich nie powinni w ogóle brać do wojska. Wojna to noszenie butów po trupach. Butów, które nie pasują i ranią stopy do żywego. Szczególnie kiedy jesteś nastolatkiem, dopiero stawiającym pierwsze kroki w świcie dorosłych i ich wojen.

*

Fakt: Nalot dywanowy na Drezno – największa masakra w historii Europy, w której według różnych szacunków zginęło od dwudziestu pięciu do stu trzydziestu tysięcy ludzi – był sprawą, której nie nadawano rozgłosu, i o której przeciętny Amerykanin wiedział niewiele albo nic. Dopiero dwadzieścia trzy lata po wojnie zrobiło się o nim głośno. Drezno było miastem otwartym, bez przemysłu zbrojeniowego, ani dużej koncentracji wojsk. Miasto cywili. Z zabytkową architekturą, rozwiniętą turystyką i życiem kulturalnym. Vonnegut zestawił bombardowanie Drezna z atakiem na Hiroszimę. Bomby zapalające zniszczyły Drezno i jego mieszkańców skuteczniej niż bomba atomowa.

Znak zapytania: Czy fikcyjny pisarz Kilgore Trout, którego książki są krzywozwierciadlanym odbiciem a zarazem komentarzem do fabuły Rzeźni numer pięć jest kolejnym alter ego Kurta Vonneguta? Czy Tralfamadoria jest alegorią obozu zagłady? A może przeciwnie, arkadyjskim miejscem wolnym od wojen? Czy cała opowieść Vonneguta jest literacką metaforą? Satyrą na wojnę i naród Amerykański? Powieścią paraboliczną? Antyutopią o poszukiwaniu recepty na życie w pokoju? Może wszystkim po trochu? Przecież się zdarza.

Epitafium: Ja, Billy Pilgrim, umrę, umarłem i zawsze będę umierał trzynastego lutego 1980 roku.

Autor: Kurt Vonnegut
Tytuł: Rzeźnia numer pięć
Przekład: L. Jęczmyk, J. Jęczmyk
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Liczba stron: 240
Wydanie: I w tej edycji (2018)
Oprawa: Twarda z obwolutą
Format: 14.5 x 21 cm
ISBN: 978-83-8116-492-4

zysk

Książka trafiła do mnie dzięki uprzejmości Wydawnictwa Zysk i S-ka.