Przechodzę żałobę. Kolejny raz. Naszła mnie myśl, że powracająca fantomowa żałoba nawiedza mnie dlatego, że nigdy nie miałam okazji przeżyć tej właściwej, realnej. Nie jestem pewna kogo tym razem opłakuję. Jennifer Gibbons, swoją nieistniejącą bliźniaczkę, wszystkie rozdzielone albo zmarłe bliźnięta, siebie?

Płakałam, czytając inspirowaną autentycznymi wydarzeniami powieść Mischling, czyli kundel, płakałam nad Trzynastą opowieścią i nad Tą, którą nigdy nie byłam. Wszystkie historie o bliźniętach to dla mnie huśtawka emocjonalna. Od niedowierzania do identyfikacji. Od przerażenia do rozpaczy. Od olśnienia do żałoby.

Bardzo trudno było mi przebrnąć przez ostatnie strony The Silent Twins autorstwa Marjorie Wallace. Nie dlatego, że czekały tam na mnie wielkie zaskoczenia i dramaty, przeciwnie. Zamykające książkę dwa krótkie rozdziały to summa losu bliźniąt. Konkretnych sióstr, Jennifer i June Gibbons, ale też każdej innej pary bliźniąt. To podsumowanie jest jak przegląd emocji, niepokojów i zaburzeń osobowościowych, dotykających człowieka, któremu towarzyszy „bliźniak”, „sobowtór”, „lustrzane odbicie”, „cień”, „wróg”. Wątpię, by któremukolwiek z bliźniąt udało się ich uniknąć. Prędzej czy później wystąpi któryś z objawów choroby sobowtórowej.

Nie umiem traktować tej książki inaczej jak swojej alternatywnej biografii. Za dużo jest tu podobieństw. Identycznych marzeń i fantazji. Zbieżnych wydarzeń, mrocznych doświadczeń granicznych. Jednakowych uczuć, urojeń, nawet snów. Czy wszystkie bliźnięta, które żyją razem, boją się tego samego? Czy wszystkie bliźnięta, które zostały rozdzielone, czują obecność widma swojej drugiej połowy?

W latach sześćdziesiątych na świat przyszły identyczne bliźnięta. Dwie ciemnoskóre dziewczynki, które były nierozłączne, walczyły o dominację, a równocześnie o odrębność, własną tożsamość. Ich życie było grą sprzeczności. Bały się na przemian dwóch rzeczy. Że jedna z nich umrze i zostawi drugą. Że jedna z nich zabije drugą, by zyskać upragnioną wolność i niezależność…

Jennifer i June Gibbons urodziły się w Walii w rodzinie emigrantów z Barbados. June była starsza od Jennifer o dziesięć minut. Dziewczynki od najmłodszych lat miały trudności w kontaktach z ludźmi.  Nie rozmawiały z nikim poza sobą. Wykształciły charakterystyczny język, porozumiewały się też gestami, które bezbłędnie nawzajem interpretowały. Chodziły do publicznej szkoły podstawowej, następnie do szkoły specjalnej. Po jej ukończeniu zamknęły się w swojej sypialni, której przez trzy lata prawie nie opuszczały. Nie utrzymywały kontaktu z członkami rodziny, poza najmłodszą kilkuletnią siostrą, której pozwalały na wizyty w swojej sypialni. Rola matki dziewczynek ograniczała się do zostawiania im pod drzwiami tac z jedzeniem i zabierania stamtąd toreb ze śmieciami. Przedziwne hikikomori z sobowtórem w parze.

Nikt się o nie nie upominał. Jakby nie istniały. Jedynym dowodem, że ciągle tam są – żywe – był dźwięk uderzania w klawiaturę maszyny do pisania. Tworzyły opowiadania, powieści, ilustrowane historie, amatorskie komiksy. Pisały wiersze i regularnie prowadziły dzienniki. Przez kilka lat żyły z zasiłku dla bezrobotnych. Rozsyłały swoje teksty do wydawnictw i marzyły o karierach poczytnych autorek.

June i Jennifer nie chciały dorosnąć. Jako szesnastolatki obwiązywały ciasno bandażem piersi, żeby nikt, nawet one same, nie widział, że dojrzewają. Ale dorastania nie da się powstrzymać. Stopniowo budziła się w nich tęsknota za światem i… chłopcami. Latem 1981 uwikłały się w niebezpieczną relację z kilkoma amerykańskimi nastolatkami. Jeden z nich Carl, wykorzystał naiwność nastolatek. Pokazał im czym są alkohol, narkotyki i seks. Obie bliźniaczki straciły dziewictwo z tym samym, młodszym od siebie, chłopakiem. Miały wtedy po dziewiętnaście lat.

Porzucone i zapomniane rzuciły się w wir autodestrukcyjnych zachowań, które paradoksalnie dawały im poczucie że żyją. Dokonały kilku włamań, kradzieży, wreszcie podpaleń. Po kilku tygodniach trafiły do aresztu, a ostatecznie do najpilniej strzeżonego szpitala psychiatrycznego w Anglii, Broadmoor. Spędziły tam ponad dekadę.

Zawiązały tajemnicze przymierze. Obiecały sobie nawzajem, że nie będą mówić. Poza tym były zwyczajnymi dziewczynami. Miały te same przyziemne, czasem infantylne fantazje i pragnienia, co każda nastolatka. Tyle, że pociągał je też mrok. Chciały zakosztować ognia. Kosztowało je to młodość.

Podczas pobytu w zamknięciu relacja sióstr była oparta na ciągłej rywalizacji. Fanatycznie trzymały się zasad, które same sobie narzuciły. Nie mówić! Nie jeść! Nie ruszać się! Dziwne gry, w których każda chciała udowodnić swoją siłę. Obie chciały być tą pierwsza, lepszą, piękniejszą, szczuplejszą. Coraz częściej dochodziło między nimi do aktów przemocy. Mieszkały razem, walczyły na śmierć i życie, były rozdzielane, tęskniły, prosiły by pozwolono im znów być razem. Nie mogły żyć bez siebie i nie umiały żyć ze sobą. Kochały się i nienawidziły. Według obserwacji ludzi z zewnątrz June miała być tą słabszą, Jennifer dominującą, ale czy rzeczywiście tak było? Cechy, które je odróżniały, zdawały się rozpływać, znajdować wcielenie raz w jednej, raz w drugiej z bliźniaczek.

W dniu kiedy opuszczały mury szpitala psychiatrycznego były już dorosłymi kobietami. Tylko jedna z nich odzyskała wolność. Kilka dni wcześniej Jennifer uprzedziła siostrę, że czuje, iż niedługo umrze. Przekonywała June, że jest silniejsza niż myśli i po jej śmierci da sobie radę, ma nie poddawać się rozpaczy, tylko cieszyć życiem. Zmarła nagle na zapalenie mięśnia sercowego, w dniu w którym siostry opuściły Broadmoor.

Jak mam nie płakać, kiedy czytam wiersz żyjącej bliźniaczki dedykowany zmarłej siostrze?

Like the closing of an autumn door,
                another door opens.
Somewhere in the deep dark room,
                an old wound reopened.
Somewhere in this muddled world,
                a tiny child is crying,
                reaching out to hold its heart.
The wind dies, then it starts.
When I look up to the sky.
I see the aftermath within your eye.
You left me stone-cold and broken
                and I never asked you why.

Są dni, kiedy chodzę wewnętrznie poobijana. Jestem jak jeden wielki siniak. Dziś był kolejny taki dzień.

Dorota Kuźnik, bez tytułu, olej na płótnie, około 2016