Jeden umierający mężczyzna. Trzy kobiety, dwie żywe, jedna martwa. Trzy straumatyzowane pokolenia i trzy rodzaje przemocy: psychiczna, fizyczna i seksualna. Jeden monolog. Zafałszowane wspomnienia, urojone krzywdy, jadowite ataki, werbalne tortury… Potok trujących słów. Zwyrodniała litania. Jeden dom, który jest jak czyściec. Skoro już trafiłem do tego przedsionka piekła i nie ma drogi powrotnej – myśli starzec – przynajmniej po raz ostatni się zabawię.

Narratorem Zielonego sari jest (niepotrzebne skreślić): mąż, ojciec, doktor, rasista, mizogin, megaloman, tyran, paranoik, psychopata, as schadenfreude, inspirator mrocznej gry, demiurg, potwór, błazen. Starzec zatopiony we wspomnieniach i sadystycznych fantazjach. Człowiek w agonii, któremu nienawiść pozwala poczuć, że jeszcze żyje. Umysł zatruł ciało? Umiera na nieuleczalną chorobę. O ironio, rak zaatakował jego atrybut męskości.

Był lekarzem, ale nigdy nie wierzył we własną śmiertelność. Miał się za boga, sycił bałwochwalczym uwielbieniem pacjentów, którym pomógł. O tych, których skrzywdził, woli nie mówić, choć z mroków pamięci co jakiś czas wyłania się ich widmowy obraz. W tej historii żywi i umarli zdają się istnieć na tym samym planie.

Głównym bohaterem jego opowieści jest on sam, bohaterkami pobocznymi, żona, córka i wnuczka, którym kolejno zatruwał życie. Szanował tylko jedną kobietę – nieżyjącą już matkę, dawniej ciężko pracującą, by dać mu wykształcenie i możliwość awansu społecznego. Niczym nie różniła się od pozostałych poświęcających się matek, jednak w jego oczach była inna.

Reszta kobiet nadaje się tylko na służące. Trzeba je trzymać na smyczy (…) trzeba je trzymać spętane. Są jak pałace o nieskończonych obietnicach, w których po sforsowaniu drzwi odkrywa się tylko zmurszałość i pustkę (…) Są naszymi wrogami, są naszymi dzikimi i zwyrodniałymi sobowtórami, uosabiają niewiedzę, głupotę, obskurantyzm, złudzenie i – owszem – są tym, co w nas zwierzęce.

Ma wiele wyszukanych epitetów na określenie kobiety. Ludzki łachman, taplająca się w bagnie wstydliwych pragnień bezużyteczna lalka. Pijawka, pasożyt, samica kruka, suka w rui, krowa. Patologiczne stworzenie, umysłowo ograniczona i bezużyteczna istota. Rzecz. Z drugiej strony jego wizję kobiecości można przyrównać do findesieclowego archetypu femme fatale. Lolity, wiedźmy, wampirzycy. Przebiegłej uwodzicielki, która niszczy mężczyznę, knuje intrygi, by mimo wysiłków niczego w życiu nie osiągnął, a na koniec odbiera mu godność i metaforycznie pożera.

Dlaczego więc się ożenił? Ponieważ w swej pysze, uważał że ma prawo i umiejętności, by uformować kobietę na miarę swoich wyobrażeń oraz potrzeb. Dziewczyna, którą wybrał, okazała się jednak zbyt niepokorna. Była jeszcze dzieckiem, sam to przyznał. Piętnaście lat w chwili zaślubin, dwadzieścia w chwili śmierci. Dorastała już jako żona i matka, stopniowo budził się w niej eros, nie ukrywała tego, naruszyła tabu. Zniesmaczony mąż musiał ją ukarać.

Odtąd podąża za mną jej obraz rozwalonej na łóżku, bezład członków z porozrzucanymi tu i ówdzie ciemniejszymi miejscami (…) to jak się całą sobą oddawała w czasie stosunków seksualnych, to wszystko ujawniało mi z niezaprzeczalną jasnością jej prawdziwą naturę: poślubiłem czarownicę, daïne.

Długa lista jej uchybień jest dla niego pretekstem do samousprawiedliwiania, przecież go prowokowała. Znów zaczęła przypalać posiłki, dodawała soli zamiast cukru, prasowała moje koszule, pozostawiając wszędzie zagniecenia, nie cerowała mojej bielizny, nie przyszywała jak należy oderwanych guzików, zostawiała dziury w moich skarpetkach, robiąc porządki, gubiła moje książki, przygotowywała mi zbyt gorącą kąpiel w czasie przerw w dostawach wody – była jak zły chochlik domowy (…) Jej zachowanie to także była przemoc (…) Miała już siedemnaście lat, a jeszcze nie dotarło do niej, że życie we wspólnym stadle nie ma w sobie nic zabawnego. Musiałem ją tego nauczyć pięścią. Kiedy po raz pierwszy jej warga pękła z innego powodu niż uśmiech, wreszcie zaczęła rozumieć.

Poniżana dziewczyna, którą okradł nawet z imienia, uciekła w milczenie, a po śmierci drugiego nowo narodzonego dziecka w głęboką depresję. Tamta nie protestowała, nie powiedziała nic, nie odwiedzała córki. Była blokiem obojętności. Nie zmieniała już ubrań, nie myła się, siedziała w całkowitym milczeniu, nieobecna na wszystko i na siebie samą.

Nawet po latach, z perspektywy czasu, mężczyzna wciąż nie ma sobie nic do zarzucenia. Prędzej uwierzy w to, że wszystkiemu winne jest fatum. To ono jest odpowiedzialne za tę niewiarygodną sekwencję zdarzeń, która poprzedziła jej śmierć. Ich los został przypieczętowany zanim jeszcze narodzili się w obecnych wcieleniach.

Tłem wydarzeń jest wyspa Mauritius, jej historyczne i społeczne uwarunkowania są tylko pobieżnie zarysowane. Wspomina się zamieszki na tle rasowym, widmo wojny domowej końca lat sześćdziesiątych i jeden szczególny epizod, który sprawił, że narrator stał się mimowolnie bohaterem. Wszystko to przeszłość. Teraz jest workiem pełnym gnijących wnętrzności. Może raz za razem przywoływać w pamięci okres, kiedy odrzucenie moralności poczytywał sobie za znak siły. Gdy uważał się za ideał mrocznej męskości, a serce i wrażliwość okazywał tylko cierpiącym zwierzętom, nigdy ludziom.

O współczesności prawie nie wspomina. Współczesność zamknięta jest w czterech ścianach domu-hospicjum.

Czy on się boi? Nawiedzają go duchy zmarłych i żywych. Naprawdę czytają mu w myślach, dłubią w mózgu, czy to fantasmagorie wywołane nieuświadomionym poczuciem winy? Widzę wbijające się w nią drzazgi moich słów, zagłębiające się w jej ciało, drut kolczasty, który odrywa mikroskopijne fragmenty jej godności – mówił. Czyżby dopadła go karma?

Zielone sari to bardzo ekspresyjna książka, w której pozornie nic się nie dzieje. Ta ekspresja wypływa z języka. Werbalne ataki narratora – oraz słowa wypowiadane wyłącznie w myślach, do wewnątrz – są  jak wulkan w stanie erupcji. Wybuch, chwila wyciszenia, kolejna eksplozja. Zanim dojdzie do uśpienia miną dni, miesiące, lata. Wypluwany wraz se słowami jad oblepia ciała adresatek i parzy jak lawa.

Pisząca po francusku maurytyjska autorka, Ananda Devi, zdobyła się na śmiały literacki chwyt. Jej krytyka androcentryzmu, różni się od klasycznego écriture féminine. Ze względu na perspektywę jest właściwie zaprzeczeniem kobiecego pisania, stojącego w opozycji do męskiego dyskursu. W Zielonym sari owszem  p i s z e  kobieta, ale  m ó w i  mężczyzna. Mężczyzna, który całkowicie zawłaszcza narrację. Pstrzy ją pseudofilozoficznymi wynurzeniami, opisami manipulacji i psychologicznej władzy nad słabszymi, z której jest tak dumny. Zwodzi czytelnika. Usuwa z opowieści niewygodne tematy i ludzi, sprowadzając niektórych członków rodziny do roli statystów w swoim teatrze cieni. Podwójnie martwych, najpierw przez śmierć, a potem przez zapomnienie.

To jego opowieść. Wyłącznie jego. A jednak pomimo pełnej kontroli nieświadomie obnaża własną obłudę i okrucieństwo. Coraz bardziej chaotyczny monolog, ujawnia to, co miało zostać ukryte. Nieoczekiwane wyznanie winy tonie w potoku słów, można go nie dostrzec. Ale na pewno nie przegapią go trzy kobiety, które są przy nim i czekają na koniec. Żona, córka i wnuczka. Jak mitologiczne mojry. Wnuczka przędzie nić życia, córka tej nici strzeże, a duch żony czeka na odpowiedni moment, by gwałtownie, bez wahania, ją przeciąć.

Autor: Ananda Devi
Tytuł: Zielone sari
Przekład: K. Jarosz
Wydawnictwo: W Podwórku
Liczba stron: 240
Wydanie: I (2018)
Oprawa: Miękka
Format: 14 x 20 cm
ISBN: 978-83-64134-25-8

Książka trafiła do mnie dzięki uprzejmości Wydawnictwa W Podwórku.