Zaczyna się od morderstwa. Młody chłopak zostaje zlinczowany w tramwaju przez współpasażerów. Tłumem rządzi strach. W ruch idą pałki i inne ciężkie przedmioty, które mogą posłużyć jako broń. W morderczym szale napastnicy zapominają o podstawowej zasadzie: nie dotykać! Kopią, biją… rozszarpują gołymi rękami. W pierwszej części powieści scenariusz ten powtarza się wielokrotnie.

Wszyscy przyłączyli się do pogromu. Otoczyli starą szczelnym kołem i zaczęli metodycznie zadawać ciosy nogami. Tłukli ze dwie minuty. W końcu jeden z mężczyzn zwyczajnie wskoczył na leżącą nieruchomo kobietę i podnosząc wysoko nogi w kolanach zaczął mocno deptać obcasem jej szyję, głowę i pierś. Reszta stała dookoła, ciężko dysząc.

Czy właśnie tak będzie wyglądał początek końca naszej cywilizacji? Od tajemniczej choroby, która atakuje bez ostrzeżenia. Od frenetycznego szału zabijania urojonych wrogów, ciosów zadawanych przez tych, którzy panicznie bojąc się rozprzestrzenienia zarazy, w majestacie prawa mordują potencjalnie zainfekowanych, zanim zdąży obejrzeć ich lekarz.

Pierwszy objaw, który wyróżnia chorych, to czerwone, okrągłe plamki na powiekach. Widać je wtedy, gdy chory mruga albo zamyka oczy. Medycyna nazywa to chorobą Libenkrafta, w terminologii naukowej Morbus dormatorius adversus (…) Nie wiemy nawet, jaką drogą się przenosi. Dlatego właśnie ta infekcja jest bardzo, ale to bardzo niebezpieczna.

Co jest w niej najstraszniejsze? Nieświadomość. Jeśli akurat nie stoisz przed lustrem, nie możesz wiedzieć, że (już) jesteś zarażony. Tylko inni to widzą. Nie masz żadnych szans. Czasu na reakcję, obronę ani ucieczkę. Ta choroba najprawdopodobniej nie jest nawet śmiertelna, ale już jesteś martwy.

W zasadzie epidemia wiele nie zmieniła w stosunkach między mieszkańcami, co najwyżej odsłoniła nieco i unaoczniła to, co już i tak każdemu było od dawna znane.

Choroba Libenkrafta to powieść paraboliczna – czy raczej pół paraboliczna, bo pod koniec autor obnaża swoje intencje, rezygnuje z metafory i mówi wprost – która pod płaszczykiem relacji z apokalipsy skrywa krytykę totalitaryzmu. Ukraiński pisarz Ołeksandr Irwaneć pokazuje świat, w którym ludzie dzielą się na robotników i zdrajców narodu. Główny bohater, Igor, należy do tej drugiej grupy. Jako artysta – a konkretnie trzeciorzędny aktor teatralny – czyli nie robotnik, jest inny, obcy. Na domiar złego, wkrótce okaże się, że dotknął go tajemniczy wirus. Stanie się wyklęty na dwóch płaszczyznach, jako obywatel i jako człowiek. Od tego momentu Choroba Libenkrafta zamienia się w drobiazgowy zapis walki o przetrwanie. Staje się makabryczną opowieścią o tym, do czego jest zdolny człowiek, by uratować własne życie. Fabularnie dość przewidywalną – z wątkiem romansowym i zbrodnią w tle – podporządkowaną obnażeniu fałszu, zerwaniu zasłony świata.

A jest to krajobraz iście orwellowski, tyle że w scenerii postsowieckiej. Odizolowane od reszty świata totalitarne państwo-miasto, którego nie ma na mapach. Tysiące identycznych wykorzenionych, pozbawionych tradycji i historii ludzi. Monotonne życie, które sprowadza się do pokonywania w kółko trasy: dom-tramwaj-praca-tramwaj-dom. A gdzieś w oddali wyspa, o której krążą legendy. Mają być na niej izolowani zarażeni, nikt stamtąd nie wraca. Kiedy główny bohater trafia na mityczną wyspę, okazuje się, że jej topografia do złudzenia przypomina obóz koncentracyjny…

Ponury teatr absurdu.

Z dnia na dzień i niemal z minuty na minutę uaktualniano przeszłość. Tak preparowana dokumentacja potwierdzała słuszność każdej partyjnej prognozy; pilnowano, by nie ostało się choć jedno zdanie sprzeczne z potrzebą chwili. Całą historię przemieniono w palimpsest, zeskrobywany i zapisywany tak często, jak to uważano za konieczne. Gdy już raz dokonano zmian, nie sposób było udowodnić, że nastąpiła najmniejsza falsyfikacja.

Powyższy fragment pochodzi z  Roku 1984 Orwella. Identyczne zdanie moglibyśmy znaleźć w Chorobie Libenkrafta, jednak ukraiński autor decyduje się na dużo bardziej ironiczne i groteskowe ukazanie dokładnie tych samych mechanizmów cenzury i propagandy. Komiczne przygotowania do wystawienia zgodnego z linią partyjną spektaklu teatralnego jest odbiciem równie groteskowej codziennej rzeczywistości.

Powieść Irwaneća można śmiało nazwać eksperymentalną. Literacka parabola, antyutopia, a do tego pełna dygresji autobiografia zwyczajnego człowieka skonfrontowanego z nadzwyczajnymi okolicznościami.

Powieść zamyka szydercza oda do Państwa. Ostateczne rozpoznanie choroby i niepozostawiająca złudzeń diagnoza.

Państwo! Moje Państwo! Dziękuję ci, Państwo, że jesteś! Kiedyś, dawno temu, w niepamiętnych czasach wymyślili cię ludzie. Obmyślili i przemyśleli. A potem przez wieki ulepszali i doskonalili. Chronili cię i pielęgnowali (…) Państwo wszystko zrobi. Państwo zdecyduje. Państwo rozwiąże każdy problem. Państwo rozdzieli i rozda. Państwo zapewni, zagwarantuje, ochroni. Państwo ukarze. Państwo nagrodzi. Państwo nie zapomni. Państwo przypomni. Państwo… Państwo. Państwo. Państwo…

Państwo jest mu potrzebne tak samo, jak wielu innym, takim jak on ludziom (…)  Nawet tym, którzy myślą, że go nie potrzebują – oni też nie są wcale od niego wolni. Państwo jest bowiem w powietrzu. Jak mikrob, jak wirus chorobotwórczy.

Autor: Ołeksandr Irwaneć
Tytuł: Choroba Libenkrafta
Wydawca: Biuro Literackie

Przekład: Anna Radwan-Żbikowska
Liczba stron: 140
Wydanie: I (2013)
Oprawa: Miękka ze skrzydełkami
Format: 15.5 x 22 cm
ISBN: 978-83-63129-41-5