Pierwszy września w tym roku wypadł w sobotę, wakacje przedłużyły się o dodatkowe dwa dni. Ale, ale… zaczęło się. Jako osoba pochodząca z rodziny z nauczycielskimi tradycjami, nie mogłam sobie darować, musiałam podzielić się tym makabrycznym opowiadaniem. W ramach ciekawostki, jego autor, Roland Topor, wytrzymał w zawodzie nauczyciela jeden dzień (więcej na temat Topora przeczytacie niebawem na portalu Niezła Sztuka; jeśli jesteście zainteresowani biografią artysty i pisarza, wypatrujcie za około tydzień mojego artykułu). Ja miałam mniej rozumu, męczyłam się przez prawie dwa miesiące…

Dziś bez zbędnych przydługich wstępów. Przekazuję głos mojemu idolowi, Rolandowi Toporowi. Historia tylko dla ludzi o mocnych nerwach i elastycznym poczuciu humoru.

*

(Autokar wiozący szkolną wycieczkę spadł na dno wąwozu. Kilkoro dzieci zginęło, inne są ciężko ranne. Szofer leży na kierownicy ze zmiażdżoną klatką piersiową. Nauczyciel, pan Laurent, oczekując na pomoc, usiłuje prowadzić lekcję.)

– Dzieci! Dzieci! Proszę o spokój! Cisza, cisza, psyt!… Proszę o spokój. Dziękuję. Porozmawiamy sobie. Rozmowa dobrze nam zrobi. To świetny sposób na wzbogacenie słownictwa i ukojenie nerwów. Zgoda? Nie chcę słyszeć żadnych skarg ani jęków. W przeciwnym razie będę musiał was ukarać. Nie zmuszajcie mnie do tego. Nie byłoby to przyjemne ani dla was, ani dla mnie.

Uwaga, zaczynam. Nie odpowiadajcie wszyscy na raz. Jeśli ktoś chce coś powiedzieć, niech podniesie rękę. Zaczynamy. Gdzie jesteśmy? Wewnątrz czy na zewnątrz?

(Chłopiec, którego głowa przebiła przednią szybę, krzyczy: „Nie wiem!”)

Jesteśmy wewnątrz. Wewnątrz czego? Autokaru. Co to takiego autokar? To pojazd. Czy siedzisz, czy stoisz, mój zuchu?

– Prze pana, kawałek tej bezpiecznej szyby, której właściwości niedawno nam pan objaśniał, uciął mi nogi na wysokości kolan.

– Dobrze. W takim razie ani siedzisz, ani stoisz. W jakiej więc jesteś pozycji? Mów śmiało, bez obaw.

– Czy można powiedzieć, że klęczę, psze pana?

– W istocie, można tak powiedzieć. W jakich okolicznościach zwykle klęczymy?

– Kiedy się modlimy, psze pana.

– Świetnie. A do kogo się modlimy, mój zuchu?

– Do Boga.

– Znakomicie. Dlaczego klękamy, modląc się do Boga?

– Bo jest mały, psze pana. Trzeba mu szeptać na ucho.

– Nie, nie i jeszcze raz nie! Przestań błaznować! Wstawaj!

(W tyle autokaru dziecko przygniecione siedzeniem popłakuje cicho: „Mamo… Boli…”. Pan Laurent przeszywa je wzrokiem.)

– A cóż to za mazgaj chce do mamusi! Myślisz, że boli cię bardziej niż innych? Pomyśl raczej o ojcu. Postaraj się być godnym jego miłości. Daj dobry przykład.

(Coś uderza pana Laurenta w twarz, zostawiając krwawy ślad. Schyla się, by to coś podnieść. Jest to palec.)

– Kto rzucił palcem? No, słucham. Będę czekał do skutku.

(Z głębi autokaru dochodzi jęk: „Aaa… Pić…”.)

– Poznaję cię, Georges. Jeśli nikt się nie przyzna, ty zostaniesz ukarany. Uprzedzałem, że nie życzę sobie żadnych jęków. Nikt się nie przyznaje? Świetnie. Georges poniesie karę. Po pierwsze, nie dostaniesz nic do picia. Poza tym dopilnuję osobiście, żeby opatrzono cię na samym końcu. Uważam sprawę za zamkniętą. Ale żeby mi się nic podobnego nie powtórzyło.

(Pokazuje palec.)

– Oto palec. Spójrzcie na moje palce. Mam ich pięć: palec wskazujący, środkowy, serdeczny, mały i kciuk. Kto ma tylko cztery palce?

(Chłopiec, którego twarz jest istną miazgą, podnosi prawą rękę za pomocą lewej, bo prawa jest obcięta. „Ja” – mówi.)

– Świetnie. Possijmy sobie palce. To miłe zajęcie, które powstrzymuje upływ krwi. Jeden, dwa, trzy, cztery, pięć, sześć, siedem, osiem, dziewięć, dziesięć. Ssijmy sobie dziesięć palców. Ile palców ma Georges?

– Georges wcale nie ma palców psze pana. Rąk też zresztą nie ma.

– Pytam o liczbę. Proszę podać liczbę.

– Zero, psze pana.

– Świetnie, mój zuchu. Ale to nieładnie podpowiadać. Niech Georges sam odpowie. Proszę bardzo, nie wstydź się. Ha, Georges nie chce mówić. A przed chwilą tak mu było pilno wołać o wodę! Trudno! Obejdziemy się bez niego. Jakie są narządy wzroku? Czy zwierzęta widzą? Czy sowa widzi? Czy lepiej widzi o zmierzchu, czy o świcie? A puszczyk? A lelek kozodój? A twoja koza, młodzieńcze? Czy kret coś widzi? Czy ma psa? A laskę? Czy lubicie cichociemnych? A kretynów? Czy ryś ma dobry wzrok?

A jak jest z orłem? Czy Napoleon miał orle wejrzenie? A kardynał Richelieu? A hrabia Cavour? Jaka jest różnica między kimś, kto ma orle wejrzenie, a kimś kto ma wzrok rysia? Komu bardziej zazdrościcie?

(Jęki dzieci narastają crescendo. Pan Lurent musiał ostatnie pytanie wykrzyczeć, by go usłyszano. Wściekły, rusza przejściem między siedzeniami, aby ukarać winnych. Nachylenie autokaru utrudnia marsz. Potyka się o sterczącą nogę. Wymierza uczniowi policzek. Głowa odrywa się i turla w tył autokaru. Pan Laurent, zatroskany, z trudem wraca na miejsce. Po drodze chwyta coś, co jeden z chłopców usiłuje włożyć sobie do ust. „Skonfiskowane” – mówi. Przygląda się temu czemuś, po czym wyrzuca. To język. Na zewnątrz natura wraca do życia. Słychać śpiew ptaka, ryk krowy. Muchy, które wleciały przez zbite szyby, ochoczo przelatują z ucznia na ucznia.)

– Wróćmy do rzeczy. Czy starcowi przystoi mówienie o swoim wieku i zbliżającej się śmierci? Czy wypada, byśmy mu o niej przypominali? Czy nie zachmurzyłoby mu to ostatnich dni życia? Czyż nie krzepiący to widok, gdy osiemdziesięciolatek sadzi drzewo? Jakie myśli i uczucia w was budzi? Czy nadzieja i szeroko zakrojone plany przystoją starcom? A młodzieńcom? Komu przystoją? Czy możemy zakładać, że jedna chwila pociągnie za sobą następną? Czy jesteśmy pewni jutra? Czy młodzieńcy żyją dłużej niż starcy? Jak umierają? Jaką myśl ich śmierć wywołuje u osiemdziesięciolatków? Czy jutro należy do ciebie, mój zuchu? Czy krótka przeszłość dwunastu lat daje ci prawo do nieograniczonej przyszłości?

(Dziecko, do którego skierował to pytanie, podnosi krwawy kikut. Na znak nauczyciela pyta: ” Czy mogę wyjść, proszę pana?”. Pan Laurent wyraża zgodę. Chłopczyk pełznie do na wpół wyrwanych drzwi i wypada na zewnątrz. Krzyki są teraz rzadsze. Dzięki temu słychać z oddali syreny nadjeżdżających karetek. Wkrótce lekarze i sanitariusze zaczynają wynosić dzieci. Jeden z sanitariuszy podchodzi do pana Laurenta, który rozpoznaje w nim dawnego ucznia.)

– Co za widok, proszę pana!

– Tak, najsłodszy na świecie! Zawsze, gdy patrzę na wasze ciche wsie, rozpostarte pod szerokim niebem pozbawionym śpiewu ptaków, myślę o skowronku.

– Naprawdę?

– Powinniście sprowadzić skowronka z Europy. Czy nie sprowadziliście wróbla, by bronił waszych drzew przed szkodnikami? Czyż poezja nie jest nam równie przydatna jak przydatki?

– Owszem, proszę pana.

– Macie najpiękniejsze pola na ziemi i błękitne niebo, na którym lśni wspaniałe słońce. Wasza kraina powinna być ojczyzną skowronka.

– Mam nadzieję, że kiedyś będzie.

– Nie sposób o tym wątpić. Doczekaliśmy się Madame Butterfly w miastach, doczekacie się i skowronka na polach.

(Kładą pana Laurenta na nosze. Bezwolnie opadają mu powieki. Nim straci przytomność, znajduje dość sił, by stwierdzić: „To dzielne dzieciaki. Z wyjątkiem Georges’a. Trzeba mu będzie spuścić manto”.)

Roland Topor, Klasa w przepaści, w przekładzie Agnieszki Taborskiej.

Ikona wpisu przedstawia rysunek Alicja i lizaki Rolanda Topora.