W błogosławieństwie burz na morzu się ocknąłem
Dziesięć nocy jak korek tańczyłem na fali
Którą zowią odwiecznym ludzkich ofiar kołem
I nie dbałem czy głupia latarnia się pali!

Arthur Rimbaud, Statek pijany

Psy ras drobnych – zbiór miniopowiadań, albo powieść w odcinkach. Miejsce akcji – krakowski szpital psychiatryczny. Czas akcji – współczesność, ale okoliczności są na tyle uniwersalne, że może to być kiedykolwiek. Narratorka – skażona prozą Nałkowskiej młoda dziewczyna, która po raz kolejny trafia na oddział. Znajome miejsce, przed laty odwiedzała tu matkę. Felerne geny.

Książki o domach wariatów kojarzą mi się z okrucieństwem (treść) i patosem (forma). Oczywiście są wyjątki, ale historia taka jak ta opowiadana przez Olgę Hund nie zdarza się często. Notatki dające pozór zapisywanych na bieżąco, dialogi pacjentek, reminiscencje i zabawne anegdoty, składają się na kolaż – czy raczej skomponowaną w przemyślany sposób trójwymiarową dioramę – tego świata na opak. Instrukcja obsługi wariatkowa. W humorystyczny sposób wyłożone zasady, rytuały i prawa, te martwe, których nikt nie przestrzega i te, które są bezwzględnie respektowane. Hund nie diagnozuje rzeczywistości, ani się nie mądrzy, ona oswaja. Wstyd i strach. Rejestrując migawki codzienności podmiejskiego psychiatryka, który jest jak wyjęte z orbity odrębne uniwersum, ale też miniatura świata „na zewnątrz”. Oddając cały cykl pobytu w izolacji w kilku prostych zdaniach.

Nowymi trzeba najpierw gardzić, potem ich przyzwyczajać i opalić z ostatniej fajki. Potem można zacząć lubić, ale na chwilę, do pierwszej kłótni. Potem się ich obgaduje. Można też krytykować ich rodzinę, która odwiedza, że patologiczna. I zapewnić, że i tak tu wrócisz, jesteś tylko podleczona, a rozpacz trzyma się ciebie mocno, jak firanka na dobrych żabkach. Jak wychodzą, to można im powiedzieć: się specjalnie nie ciesz, zobaczysz, że ci ZUS zabierze rentę. Ktoś po ciebie przyjedzie? A jakim autem? I śmiać się jak starym. A jak taksówką, to mówić, że nikomu się po ciebie nawet nie chciało przyjechać. A na końcu im zazdrościć, że wyszli, i tęsknić.

Na tym oddziale to więcej zoo niż szpital, pisał Wharton w Ptaśku, u Hund jest podobnie. Jaszczurka, pingwin, wiewiórka, etc. Narratorka porównuje pacjentów i osoby z zewnątrz do zwierząt, w każdej twarzy dostrzega coś swoistego, dzieląc ludzi na (pod)gatunki.

Właściwie książka Hund ma zbiorowego bohatera. Kobiety. Autorka sprawnie kreśli poszczególne profile – wystarczy kilka zdań, by odsłonić charakterystyczną, ale nieprzerysowaną postać – podkreślając jednocześnie podobieństwa ich losów i fakt, że wszystkie jadą na jednym wozie: upchane i ciągnięte przez Wielką Niedźwiedzicę.

Ludzie myślą, że mężczyźni na oddziałach psychiatrycznych piszą poezję i traktaty filozoficzne albo siedzą za wywrotowe myślenie i działalność opozycyjną. Myślą też, że na oddziałach psychiatrycznych znajdują się tylko seryjne morderczynie, wiedźmy, mówiące językami szeptuchy, chore na pląsawicę i wściekliznę potomkinie zwierząt urodzone z zębami i szóstym palcem. To też. Ale większość dziewczyn na oddziale nie jest aż tak szalona i pamięta, co robili im ojcowie, wujkowie, mężowie, matki, co robił im Kościół, ZUS i rynek pracy.

Aż się prosi o zestawienie z Zapiskami z domu wariatów Lavant, która napisała: Nocna siostra mnie nie cierpi. Pierwszej nocy na serio się mną przejmowała i widać było, że mnie żałuje. Ale zadawała tyle pytań. Czy byłam nieszczęśliwie zakochana… „A co, to już nie ma innych powodów?”, odparłam z przesadną kpiną, a powinnam była się powstrzymać. „Więc czemu chciała się pani zastrzelić?”, spytała już lekko dotknięta, a kiedy powiedziałam: „Ależ droga siostro, ja tylko wzięłam proszki”, wyniosła się całkiem obrażona.

Tresowane jak zwierzątka, podobnie jak u Lavant izolowane nie po to, żeby je leczyć, ale wymazać z pola widzenia tych zdrowych, „normalnych”. Zwyczajne kobiety. Od młodych dziewcząt po staruszki. Takie, które udają przed światem, że ich tu nie ma, które mają zwidy, ale i mają też długi i eksmisje, a w brzuchu zamiast dzieci, kilogramy pigułek. Które dzielą oddział z mężczyznami, bo w szpitalu brakuje miejsca, brakuje wszystkiego. Ich zajęcia to omamy, fobie i smutki. I kombinowanie fajek. Różne transakcje. A także fantazjowanie, makabryczne sny na jawie, wymyślanie nowych życiorysów, albo szczere opowiadanie jak było i jest. Pobyt w szpitalu to walka z nudą, wywołanymi przez leki chronicznymi zaparciami i sobą nawzajem. Konflikty, prowokowanie, sabotaże, antypatie i niby-przyjaźnie, wszechobecna schadenfreude.

Z jednej strony w Psach ras drobnych nie ma nic, czego już byśmy nie czytali, z drugiej od prozy autorki ukrywającej się pod pseudonimem Olga Hund trudno się oderwać. Bardzo przekonująco odmalowuje tę krainę absurdu, w której jedyny rodzaj buntu, na jaki zdobywają się pacjentki, to pokazanie pielęgniarce środkowego palca schowanego w kieszeni. Pisarka zuchwale kpi z przestarzałych metod diagnozowania, groteskowo kurtuazyjnej otoczki terapii grupowej, zabobonnego zachowania i myślenia magicznego personelu. Ironicznie demonstruje, że normalność nie istnieje, nie ma nawet skali jej pomiaru. W Psach ras drobnych komizm płynnie łączy się z pesymizmem. Uwagę zwraca również skondensowana, ale też niejednorodna forma, w której Hund przeplata ostre, dosadne słownictwo z elementami językowego kiczu i fragmentami o iście poetyckim charakterze.

Liryczne (A więc kolejny poranek. Wychodzę na korytarz, do tego naszego koryta z tlenem. Po chłodnej podłodze przechadzają się już pierwsi wybudzeni pacjenci, tak krusi, jakby przypłynęli tu na liściach nenufarów) zderza się z wulgarnym i prostackim (Bo co to jest szaleństwo? Ta psychiczność? To my przysz na wolności wszyscy tak samo popierdoleni, prawda, jesteśmy, tylko tu się, pani Olgo, rozchodzi o to, jak se ktoś radzi z tym, no, rozczarowaniem. Czyli wtedy, jak ni chuja nie dostaje tego, czego chce. I jak się spokojnie rozczaruje, to zdrowy, a jak pokaże, że jest rozczarowany, przykładowo, wyjebie we wiatę przystanku, a akurat patrol będzie jechał, to już psychiczność), które z kolei jest intertekstualnym nawiązaniem do literackich poprzedników (echo słów z Ptaśka: Każdy ma jakąś swoją prywatną szajbę. Jak z nią włazi w paradę zbyt wielu ludziom, mówią na niego wariat). Czy tylko mnie wszystko się kojarzy, czy autorka rzeczywiście nawiązuje subtelną grę z klasykami gatunku powieści o „wariatach”?

Kolejny przykład, Lot nad kukułczym gniazdem Keseya. Bywało, że po elektrowstrząsach chodziłem otępiały nawet przez dwa tygodnie, żyjąc niby na krawędzi snu w zamglonym, pogmatwanym, niewyraźnym świecie, w szarej strefie między światłem i ciemnością, snem i jawą, życiem i śmiercią. Wiedziałem, że jestem już przytomny, ale nie miałem pojęcia, który to dzień tygodnia, kim jestem, czy warto mi wracać do rzeczywistości. W literackim świecie Hund nie ma elektrowstrząsów, ale są tabletki o adekwatnym otępiającym działaniu. To dziwne, ale najgrubszej, najgłośniejszej i najmilszej pacjentki na oddziale nie zauważam od razu, ale dopiero po dwóch tygodniach, kiedy przestaję przesypiać całe dni, wybudzana ze śpiączki jedynie na śniadanie, obiad i kolację (…) Od dziesiątej wydają nam leki na spanie, po których zaczynamy zataczać coraz węższe kręgi wokół własnych łózek. Nieprzytomność na zmianę z bezsennością.

A gdzie w tym wszystkim są psy? W paranoi narratorki i sennych koszmarach innych pacjentek; na reklamówce, którą jedna z nich rozkłada na poduszce i czule głaszcze; są metaforą ich wewnętrznych demonów; wreszcie, psy ras drobnych to one same, porzucone, bezpańskie mieszańce, które lądują w schronisku, bo są brzydsze i słabsze od innych ras. Skazane na utonięcie.

Ten nasz szpital przypomina nabity ludźmi statek, kiwający się na wzburzonym oceanie. To taka antyarka załadowana smutnymi i samotnymi kobietami, kobietami o fatalnej kombinacji genów, kobietami przeznaczonymi do wyginięcia. Antyarka nikogo nie ratuje i donikąd nie zmierza. Ona tylko wypływa na sam środek oceanu, gdzie być może wymrą w nas, jej pasażerkach, te wirusy świńskiej melancholii, co atakują dusze, mózgi i serca. Tu gdzieś jest na pewno dziurka, przez którą na pokład dostaje się woda i ona tę naszą antyarkę podtapia.

Autor: Olga Hund
Tytuł: Psy ras drobnych
Wydawnictwo: Korporacja ha!art

Liczba stron: 120
Wydanie: I (2018)
Oprawa: Miękka ze skrzydełkami
Format:  20 x 12.5 cm
Cena z okładki: 33.90

Za nadesłaną książkę dziękuję Korporacji ha!art.