Przez cały ten czas nie mówiłam o tym, ale dzisiaj powiem. Trzy tygodnie temu, umarł jeden z moich psów. Płakałam tylko pół dnia, a później kupiłam ciastka kokosowe i poszłam z przyjaciółką do kina. Gdyby to się wydarzyło rok temu, podeszłabym do najbliższej kanapy lub fotela i przyrosła do niego na tydzień, dwa. W tych samych łachach, płacząc i śpiąc na zmianę. Przerabiałam to nie raz. Udało mi się przeżyć trzydzieści dwa lata i cztery miesiące bez wizyty u psychiatry, ale to już nieaktualne.

Od ostatniego postu na blogu minęło dokładnie pięć miesięcy. Przez ten czas napisałam tylko cztery artykuły (wszystkie dla Niezłej Sztuki) i ani jednej recenzji książki czy filmu, ani pół opowiadania. A kiedyś pisałam prawie codziennie, całymi dniami… W tym czasie kilku autorów przysłało mi swoje książki, różne wydawnictwa proponowały współpracę, na większość z wiadomości nawet nie odpowiedziałam, świadomie ignorowałam rzeczywistość albo było mi wszystko jedno. Bo najważniejsze i tak się skończyło. Rozpadł się klub literacki, który prowadziłam, umarło filmorgowanie, moja proza jest do niczego, cała jestem do niczego. Bloga też nie ma po co pisać.

W drugim i trzecim tygodniu czerwca było już tak źle, że albo „umrzeć”, albo „może być już tylko lepiej”.

Potem rozmowa z Panią Ordynator. Znudzony zwalisty sanitariusz siedzi w kącie na maluśkim stołeczku. Nie chcę przy nim mówić, więc na moją prośbę wychodzi, a ja od razu zaczynam płakać, jakby mnie ktoś oszwabił z tego ochronnego płaszcza, którym okryłam się w karetce. 

Miałam więcej szczęścia. Zamiast szpitala, prywatna wizyta u „najlepszego w mieście” psychiatry. Nie wiem jak długo siedziałam w poczekalni, ale wtedy wydawało się, że wieki. W głowie miałam na przemian dwie myśli: żeby się nie rozpłakać – chociaż ostatnio więcej czasu płaczę, niż nie płaczę – i żeby stamtąd wyjść, wymknąć się chyłkiem, zrezygnować z wizyty. Znam siebie, wiem, że bym uciekła, gdyby mąż mnie nie pilnował. Reszta się zgadza. Jak tylko usiadłam na plastikowym krześle w gabinecie lekarza, zaczęłam histerycznie płakać i nie mogłam wydusić słowa. 

Pacjentka lat 28, przyjęta na Oddział Psychiatrii z SOR z powodu pogarszania stanu psychicznego. Postępująca apatia, spadek energii z zaleganiem w łóżku, utrata zainteresowań, gorsze skupienie i koncentracja uwagi, unikanie ludzi, płaczliwość z myślami i tendencjami samobójczymi. Kilka dni przed przyjściem do szpitala pacjentka nadużyła leków – bez interwencji lekarskiej. Pacjentka depresyjna, bezczynna, zalegająca w łóżku, wycofana z relacji towarzyskich. Nasilające się stany niepokoju i lękowe.

Dobra wiadomość – nie próbowałam się zabić. Może nawet na to nie miałam siły, a może to dlatego, że pamiętam jak zrobiła to moja młodsza siostra. Może mimo wszystko nie myślałam tylko o sobie i swoim cierpieniu, ale też o rodzicach, że na to nie zasłużyli. Zła wiadomość – diagnoza psychiatry. Depresja, podejrzenie choroby afektywnej dwubiegunowej.

Po długiej rozmowie z lekarzem dostałam na próbę tabletki. Po tygodniu byłam jak nowo narodzona.

Odkąd byłam nastolatką, myślałam – jak wielu ludzi – że pójść do psychiatry to wstyd. Przecież w zasadzie nic mi nie jest. Mam swoją nadwrażliwość i nieudolność zwalać na jakieś zaburzenia psychiczne? Coś takiego jak depresja pewnie nawet nie istnieje, zwykła fanaberia, wymówka dla ludzi, którzy sobie nie radzą.

Pamiętacie, że rok temu napisałam książkę, której nikt nie wydał? Ja też prawie o niej zapomniałam. Jest tam taki fragment: „Może to było przeznaczeniem mojej siostry bliźniaczki, pomyślałam. Kiedy coś mi się nie udaje, zawsze mogę wymruczeć, najwyraźniej to było jej domeną. A jeśli wymyśliłam ją sobie, żeby mieć wytłumaczenie każdej swojej porażki. Tyle planów i działań porzuciłam w połowie. Czy po to istnieje? Żebym, kiedy czegoś nie wiem, mogła powiedzieć, to akurat wie moja siostra. Kiedy nie umiem, pomyśleć, ona by umiała, i poczuć się choć trochę lepiej. W końcu tylko w połowie jestem do niczego”. O mojej urojonej bliźniaczce i obsesji sobowtórowej powiedziałam lekarzowi dopiero na trzeciej wizycie. Nie wyglądał na zaskoczonego. 

Tymczasem po tygodniu łykania antydepresantów pomyślałam… Kurwa, dlaczego nie zrobiłam tego trzynaście, piętnaście lat temu? Po co się tak męczyłam, krzywdziłam sama siebie?  

W ciągu dziesięciu lat przeprowadzałam się siedem razy. Rzucałam pracę przy pierwszym niepowodzeniu. A potem… wracałam jak bumerang, do tego samego domu, tej samej pracy… znów odchodziłam… błędne koło. Pięć lat na uniwersytecie, żeby sześć tygodni popracować w szkole, a potem stać na kasie w sklepie zoologicznym, dokładnie tym samym, w którym pracowałam przed studiami. A gdybym przed laty pozwoliła sobie pomóc? Może miałabym dziś dobrą pracę, własny dom, może nawet dzieci. A tak znów jestem w punkcie wyjścia. Będę zaczynać wszystko od nowa. No, nie do końca wszystko, najważniejszą rzecz odnalazłam. Czasem zapominam to doceniać. Miłość. Brzmi ckliwie, ale bez niej i bez niego dawno by mnie nie było.

Oprócz troskliwego mężczyzny jedyną stałą w moim życiu było właśnie pisanie. Prawie cztery lata… pisałam, pisałam, pisałam. Choć to nie do końca praca, mogłabym żartować, że w żadnym zawodzie nie utrzymałam się tak długo. To znikanie, depresja, rozpacz, to tylko połowa mnie. Druga to sto pomysłów na godzinę. Będę pisać, projektować, malować, wymyślać hasła reklamowe, zostanę fotografką, zajmę się aranżacją wnętrz, założę własną firmę, wydawnictwo, otworzę kawiarnię… Jak się na coś rzucę, nie śpię po nocach, obmyślam, planuję. Zazwyczaj na planach się kończy, słomiany zapał, ale kilka razy próbowałam i poniosłam spektakularną porażkę. Czasem za bardzo wierzę w swoje możliwości, to znów nie wierzę w siebie wcale.

Dałam sobie czas, całe wakacje, na odbudowanie swojego poczucia wartości. Kupiłam rower i prawie codziennie zwiedzam okolicę. Przejechałam w to lato prawie sześćset kilometrów. Dzięki temu nie przytyłam, podobno od antydepresantów się tyje, a ja i tak nie należę do wagi piórkowej.

Patrzę na Czarną i mam wrażenie, że w tej chwili mogłaby raz na zawsze przed tą chorobą uciec. Ma na sobie nawet buty do biegania. Może choroba nie będzie jej gonić jakoś bardzo długo ani daleko. Może wystarczyłoby uciec przed nią tylko na dół, do ogrodu, albo pod łóżko (…) A może ta jej choroba nawet nie szukałaby właścicielki, tylko rozpłynęłaby się i zniknęła.

Nagle ktoś proponuje mi egzemplarz książki Psy ras drobnych, czytam opis (fragment przytoczony w piątym akapicie) i jest to kolejna pobudka. Dociera do mnie, że mogę i chcę nadal pisać, a ta historia – moja alternatywna historia – jest idealnym pretekstem do postawienia pierwszego kroku.

*

Fragmenty kursywą są dosłownymi cytatami z książki Psy ras drobnych autorstwa Olgi Hund. Mam nadzieję, że autorka nie obrazi się za tak instrumentalne użycie jej słów i myśli. Dobrze wiecie, że lubię wplatać książki w siebie i siebie w książki.

*

Ikona wpisu przedstawia fotografię Mai Flore.