Nie zapominając, że psychopata już dawno przestał być utożsamiany z seryjnym mordercą, a psychopatię definiuje się jako zaburzenia osobowości, które charakteryzuje brak empatii i trudność w nawiązywaniu „zdrowych” relacji międzyludzkich, można śmiało powiedzieć, że w filmach Michaela Hanekego roi się od psychopatów.

Benny’s Video, check. Ukryte, check. 71 fragmentów, check. Funny Games, check and check. Obrazy, które nie epatują już tak silnie przemocą i brutalnością, ale nadal traktują o okrucieństwie: Siódmy kontynent, Pianistka, Biała wstążka, check, check, check. Wreszcie najnowszy film reżysera, Happy End. Idąc do kina, spodziewałam się kolejnego filmowego psychopaty, ale nie byłam przygotowana na to, że okaże się nim dwunastoletnia dziewczynka. 

Ona jako pierwsza, ale chyba niejedyna. Jest jeszcze jej biologiczny ojciec, który po śmierci byłej żony przejmuje trudne rodzicielskie obowiązki. Jest też dziadek, który dostrzega ten dziwny błysk w oku wnuczki i opowiada jej, jak udusił nieuleczalnie chorą żonę poduszką i nie ma z tego powodu wyrzutów sumienia, bo wie, że właśnie tego by chciała (brzmi znajomo, szczególnie biorąc pod uwagę fakt, że w tę rolę wciela się znany z Miłości Jean-Louis Trintignant, a jego filmową córką ponownie jest Isabelle Huppert; poza tym smaczkiem między Miłością a Happy Endem nie zachodzi jednak bliższy związek). Jest siostra taty, przerażająco zimna kobieta… I chyba tylko jeden w tej rodzinie – ten agresywny, który wdaje się w bójki, wpada w niekontrolowany gniew, klnie, zawsze mówi, to co naprawdę myśli i prowokacyjnie przyprowadza na elegancki bankiet zabiedzonych imigrantów – jest „normalny”. 

Film otwiera kilka krótkich scen nagranych smartfonem. Nie jest to szczególnie zaskakujące, do podobnych zabiegów uciekał się chociażby Xavier Dolan, ale obrazy, które podglądamy trudno nazwać inaczej niż szokującymi. Właśnie takie jest kino Hanekego. Prowokacyjne i wstrząsające. Mało który z jego filmów chce się obejrzeć ponownie. Bo to prawdziwa psychiczna tortura. I naprawę nie wiem jak austriacki reżyser to robi. Jego filmy nie mają porywającej fabuły, więcej dzieje się wewnątrz bohaterów niż na zewnątrz, dialogi są zwykle oszczędne. A mimo to mamy do czynienia z filmami, które budzą autentyczny niepokój. Nie wiem jak wy, ale ja podczas seansów filmów Hanekego czuje fizyczny dyskomfort. Ten denerwujący ucisk w dole brzucha, przejęcie i lekką dezorientację. Jedyne czego jestem pewna, to że powinnam się spodziewać najgorszego. Parafrazując wielkiego poetę, innego happy endu nie będzie… 

Czy Haneke robi filmy o psychopatach, czy o  skomplikowanych międzyludzkich relacjach i erozji uczuć? A może o umieraniu, jedynej pewnej rzeczy w życiu – śmierci? O czym są jego filmy według was? Czy słowa: oto my, banda wspierających się wzajemnie psychopatów pasują do obrazów Hanekego? Dajcie znać w komentarzach. Ja tymczasem lecę oglądać film dokumentalny Michael Haneke. Zawód: reżyser.