Trochę wody upłynęło od ostatniego wpisu… Nie ma co udawać, pisze mi się ostatnio ciężko, czyta też nielekko. Napotykam na lekturowe rozczarowania i autorskie blokady, ale pojawiła się na horyzoncie pewna książka, o której muszę opowiedzieć, i której nie mam za złe, że wykradła mi tydzień z życia.

Ostatnia notka na blogu dotyczyła prozy Siri Hustvedt, dziś o monumentalnej książce jej męża, cenionego amerykańskiego powieściopisarza, Paula Austera.

Znacie to uczucie, kiedy bezpośrednio po przeczytaniu książki albo obejrzeniu filmu, macie ochotę zrobić powtórkę? Teraz, od razu. Zdarza się, jak mawiał osobliwy pisarz. Albo coś za mną chodzi, jak zauważył pewien oryginalny reżyser. Auster i jego 4321 chyba jeszcze długo będą za mną chodzić. I na pewno zdarzy mi się wrócić do tej niecodziennej powieści. A kiedy już to zrobię, posłużę się – być może wbrew intencji autora – pewnym kluczem. Postąpię tak, jak z jedną z najoryginalniejszych powieści jakie czytałam, postmodernistyczną Grą w klasy Julio Cortázara. Książką, którą można czytać na dwa sposoby: od deski do deski, strona po stronie albo według stworzonego przez pisarza szyfru. Kluczem do ponownej lektury 4321 będzie właśnie ta numeracja, tyle że odwrócona. Najpierw przeczytam wszystkie rozdziały z życia Fergusona pierwszego, późnej Fergusona drugiego, następnie trzeciego i czwartego. Może wtedy uda mi się złamać kod Austera, upewnić się, czy wewnątrz poszczególnych rozdziałów wprowadził pewne sprzeczności i alternatywy, na które – zdaje mi się – natrafiłam, ale złożona natura tej książki nie pozwala mieć pewności po jednorazowej lekturze.

Najnowsza powieść Austera to właściwie cztery powieści w jednym tomie. Przeplatające się cztery alternatywne biografie Archibalda Isaaca Fergusona, potomka imigrantów z rożnych części świata, nowojorczyka, jedynaka, który dorasta w bardzo burzliwych czasach, po drugiej wojnie światowej, w trakcie kryzysu ekonomicznego, wojny w Wietnamie, zamieszek na tle rasowym, protestów studenckich. Wielka amerykańska powieść? Zdecydowanie. Auster bardzo przekonująca i z dbałością o historyczne fakty nakreślił konteksty polityczny, społeczny, ekonomiczny, etc. Odtworzył realia epoki i wplótł w nie elementy fikcji, które w tym otoczeniu nabierają cech absolutnego realizmu. Nie można, nie wierzyć w ani jedno słowo Austera. Fikcja stała się hiperrealizmem. 

Świat wewnątrz świata, który jest wewnątrz innego świata, a ten wewnątrz następnego świata, a ten wewnątrz następnego, aż świat zostaje zredukowany do wymiaru pojedynczego atomu, ale nadal jeszcze może się kurczyć

4321 jest przy tym powieścią szkatułkową. Każdy z czterech głównych bohaterów opowiada, każdy próbuje pisać. Hiperboliczne opowiadania, reportaże i artykuły prasowe, przekłady poezji… Fergusonowie rzeźbią w języku, a efekty tych potyczek ze słowem są integralną częścią ich biografii, a zatem tej książki.

Jacy są ci czterej Fergusonowie? Podobni, ale jednak różni. Każdy z nich jest podwojony, rozdarty, każdy ma alter ego i jakiś sekret. Na pewnym etapie życia, czują się ze sobą obco, ulegają metamorfozom, zaczynają wątpić we własną tożsamość, toczą wewnętrzną walkę z „ja” i „nieja”. Kim są? Sami nie raz zadają sobie to pytanie. My jako czytelnicy, możemy snuć różne teorie. Na przykład, że trzy nadprogramowe biografie, to ci trzej nienarodzeni bracia pierwszego Fergusona, rodzeństwo, które miał i jednocześnie nigdy nie miał, bo matka trzykrotnie poroniła. Ale dochodzą to tego jeszcze wyimaginowany brat imieniem John oraz przyjaciel prawie sobowtór imieniem Artie… Na koniec nasuwa się pytanie, ilu właściwie było Fergusonów? Czterech? Sześciu? A może – wraz z autorem, który poobdzielał każdego z nich faktami z własnego życia – pięciu (siedmiu)? Albo tylko jeden? Pisarz między sześćdziesiątym a siedemdziesiątym rokiem życia, który z tych wszystkich faktycznych, symbolicznych i urojonych zdarzeń oraz podróży w głąb siebie próbuje utkać własną biografię. I nagle uświadamia sobie, że owszem pisze o sobie, ale nie wyłącznie o sobie. Tworzy uniwersalny życiorys, matrycę, w którą można wpisać szereg zmiennych cech i wariantów. Szkielet pozostanie ten sam. Wszyscy próbujemy opowiedzieć tę samą historię, tyle że na różne sposoby.

Szczególnie zapadnie mi w pamięć wątek powrotu do domu z lat wczesnego dzieciństwa. Wrócił Archie, wróciłam ja. Jest w tym coś niesamowitego. W samym powrocie i czytaniu o nim. Jestem obecnie w domu, w którym mieszkałam od urodzenia do piątego roku życia. Później przez osiem lat dom stał pusty. Powrót to coś innego niż bycie tu przez wszystkie te lata. Często staje mi przed oczami sypialnia rodziców z wielkim regałem, który był jednocześnie zagłówkiem łóżka. Jak mogę to pamiętać, miałam tylko kilka lat? Coś mi podpowiada, że gdybym nie musiała nagle rozstać się z tym obrazem, spowszedniałby mi i zatarł się w pamięci. Ale stało się inaczej i ten pokój sprzed lat jest widmem, które istnieje obok mojego dzisiejszego pokoju, w którym siedziałam zaczytując się w 4321. W ogóle by mnie nie zdziwiło, gdyby druga ja od zawsze mieszkała w tym drugim pokoju, wiodąc takie lub inne życie.

Potężne wydarzenie, które uderza w podstawę wszystkiego i zmienia życie każdego, niezapomniany moment, kiedy coś się kończy i coś innego się zaczyna. Potężne wcale nie znaczy wielkie, czasem to drobiazg, który jednak sprawia, iż zaczynamy myśleć, że żyjemy w mocno zaburzonym wszechświecie, w którym istnieje nieskończona liczba odwracalnych możliwości .

Od początku własnego świadomego życia towarzyszyło mu uporczywe uczucie, że rozdroża i drogi równoległe, te wybrane i niewybrane, wszystkie są uczęszczane przez tych samych ludzi w tym samym czasie, widzialni ludzie i ludzie cienie, świat jako taki nie może być niczym więcej niż ułamkiem świata, gdyż na to, co rzeczywiste, składa się także to, co mogło się wydarzyć, ale się nie wydarzyło, że jedna droga nie jest ani lepsza, ani gorsza od żadnej innej drogi, lecz męka uwięzienia w jednym ciele polega na tym, że musisz tkwić tylko na jednej drodze, mimo że mógłbyś być na innej, zmierzając do całkiem innego miejsca.

*

Autorka przekładu udźwignęła ciężar. Z lekkością oddała bardzo długie, wielokrotnie złożone zdania Austera, nadała indywidualny charakter wielu mikroopowieściom poukrywanym w narracji głównej, w kilku miejscach popisała się dużą kreatywnością, tworząc z nieprzekładalnych angielskojęzycznych gier słów frazy zrozumiałe i zabawne dla polskiego czytelnika. Wspaniale się to czyta. Mam tylko jeden zarzut, a raczej słowo sprzeciwu, małe „nie”, które umknęło redaktorom. Konsekwentnie przez całą książkę, wszędzie, absolutnie wszędzie to rozłączne „nie”. O ile w przypadku imiesłowów przymiotnikowych z nie- akceptowane są obie pisownie, łączna i rozłączna, o tyle rozłączna pisownia nie z przymiotnikami strasznie mnie tu raziła. To jedyne, do czego można się przyczepić.

Dodam jeszcze tylko, że Auster mnie oczarował i zahipnotyzował. Nigdy nie interesowałam się szczególnie amerykańską historią czy polityką, dziś mam ochotę zgłębić wiele opisanych przez autora epizodów z dziejów. I jeszcze ten sport, głównie futbol amerykański i koszykówka, sporo go tutaj. Dopóki nie sięgnęłam po 4321 nie znałam nawet słowa inning. Każda wzmianka o sporcie – tak, nawet u Davida Fostera Wallace’a – śmiertelnie mnie nudziła. Ale to już nieaktualne. Przynajmniej w przypadku prozy Austera.

I jeszcze jedno. Dziwne uczucie autentycznej straty, kiedy w książce pojawiają się nagle puste kartki. Świetne posunięcie Panie Auster!

Postscriptum: Paul Auster podarował mi najpiękniejsze zdanie z sobowtórem w tle. Zdanie, które wydrukowałam i zrobiłam z niego coś na kształt talizmanu. Będę nosić w portfelu i nigdy się z nim nie rozstanę.

*

Przeczytajcie też, co na temat 4321 ma do powiedzenia Qbuś Pożeracz.

Autor: Paul Auster
Tytuł: 4321
Wydawnictwo: Znak

Przekład: M. Makuch
Liczba stron: 848
Wydanie: I (2018)
Oprawa: Twarda 
Format: 17 x 24 cm
Cena z okładki: 59.90

Za nadesłany egzemplarz dziękuję wydawnictwu Znak.