Dziwnie układa mi się ostatnio życie czytelnicze. To nie jest żaden wielki plan – prędzej bezplan, kompulsywne czytanie, mniej więcej pół na pół, nowości wydawniczych i książek, które od dawna czekają na półkach – ale sięgałam przez ostatnie tygodnie niemal wyłącznie po tytuły napisane przez kobiety. Tajemna historia Tartt, Zapiski z domu wariatów Lavant, Kazirodztwo Angot, Purezento Bator, Macocha Hůlovej, Tajemnica Brokeback Mountain Proulx, Rok magicznego myślenia Didion, Chłopcy, których kocham Ciarkowskiej, Świat w płomieniach Hustvedt. Do tego wyimki z poezji w wydaniu kobiecym. Aż tu nagle przyciąga mnie Sońka Ignacego Karpowicza. 

Czytałam ją w bezpośrednim sąsiedztwie Świata w płomieniach Siri Hustvedt i zaskoczyło mnie, że pomiędzy tymi dwoma powieściami istnieje symboliczny pomost. Dwie zupełnie różne książki. Z pozoru nie mogą mieć wiele wspólnego… A jednak mają.

Główna bohaterka i jedna z narratorek Świata w płomieniach, Harriet [Harry] Burden. Niegłówna postać i niejedyny narrator Sońki, Igor/Ignacy. Artyści i ekscentrycy. Oboje rozszczepieni. Chowają się za maskami, tworzą alternatywne osobowości, ukrywają swoje prawdziwe ja, karmiąc widownię wyhodowanymi w sterylnych warunkach personami. Ona próbuje opowiedzieć o swoim życiu i metamorfozach, którym uległa przez lata, on zrekonstruować życie poznanej przypadkowo starej kobiety, przekładając jej opowieść na własny język, przefiltrowując przez osobistą wrażliwość, w efekcie niejako zawłaszczając jej biografię. Harriet i Igor, oboje mają skłonność do teatralizowania życia. Własnego i cudzego. 

Jest jeszcze coś, co łączy obie książki. Namysł nad istotą, tworzywem i odbiorem sztuki. Karpowicz stworzył na papierze quasi spektakl teatralny, Hustvedt wyimaginowane muzeum pełne ekspozycji sztuki współczesnej. Opisane tak żywo, jakby naprawdę istniały.

Świat w płomieniach i Sońka. Dwie fascynujące literackie opowieści wykraczające daleko poza literaturę.