Co przychodzi ci do głowy, kiedy spoglądasz na okładkę książki Ostatni czytelnik? Mnie jedno nazwisko. René Magritte. A konkretnie pewna fotografia, na której malarz ubrany w elegancki garnitur i czarny melonik zasłania twarz prawą dłonią. Anonimowy pan w kapeluszu, którego oblicza nie można dojrzeć, jest także bohaterem wielu obrazów artysty, takich jak chociażby Syn człowieczy, Spacer samotnego marzyciela, Bukiet ready-made. To, że projektant okładki polskiego wydania książki Davida Toscany zainspirował się postacią i twórczością belgijskiego surrealisty, aż bije po oczach. Zapożyczył o Magritte’a nie tylko wizerunek, ale i jego główne przesłanie – tajemniczość.

Zapewne większość ludzi zna parafrazę słynnej wypowiedzi Alfreda Hitchcocka, która jest często umieszczania w artykułach na temat filmów i książek. Na początku trzęsienie ziemi, a potem napięcie już tylko rośnie. No cóż, zdanie to nijak się ma do książki meksykańskiego autora. Ostatni czytelnik to coś na kształt antykryminału. Fabuła rozpoczyna się od znalezienia w studni ciała dziewczynki, a później… napięcie już tylko spada. Jest trup, jest zagadkowa zbrodnia, ale wydaje się, że nikomu – nawet matce dziecka – nie zależy na odkryciu prawdy i ukaraniu sprawcy. Policja co prawda aresztuje miejscowego mężczyznę, ale czy nie jest on jedynie kozłem ofiarnym?

Po niepokojącym wstępie na scenę powieści wkracza jej protagonista. Lucio jest ojcem Remigia, w którego studni leżało ciało Anamari. Mężczyzna opiekuje się biblioteką, której nikt nie odwiedza. Dba o książki, których nikt nie wypożycza. Niczym Latarnik z Małego Księcia z oddaniem wykonuje nikomu niepotrzebną pracę. Luciowi obce są troski przeciętnego bibliotekarza. Nie musi się martwić, że ktoś zniszczy jego zbiory, obawiał się kurzu i upływu czasu a nie swoich nieistniejących czytelników. Biblioteka Lucia jest ułomna. Świadczy o tym nawet napis nad wejściem. Bibliote bez ostatnich liter, jak i bez czytelników, jest niekompletna.

Niemłody już, żyjący w osamotnieniu bibliotekarz, to prawdziwy oryginał. Stwierdza, że niezły typ z tego autora biblii, po czym zabiera się za korektę tekstu słynnej księgi. Bez żalu usuwa przesadnie patetyczne zwroty, zbędne powtórzenia oraz nieudolne, w jego ocenie, metafory i porównania. Robi też ranking ewangelii, i tylko jednej z nich przyznaje ostatecznie prawo istnienia. Podobnie postępuje z całą szeroko pojętą literaturą. Bierze do ręki książkę, odczytuje kilka, kilkanaście stron, po czym arbitralnie decyduje, czy książka przedstawia jakąś wartość – jeśli tak, odstawia ją na półkę – czy powinna pochłonąć ją otchłań, w postaci pustej izby nazwanej wymownie piekłem.

Lucio jest surowym cenzorem. W literaturze nie akceptuje pretensjonalności, banalności, miałkości przemyśleń i szczęśliwych zakończeń. Książka pozbawiona tajemnic też jest nic nie warta, bo siła tkwi w niedopowiedzeniach. Bohater ostro krytykuje narracje, które nie płyną z empirii. Nie do końca ufa wyobraźni, mówiąc na przykład: pisanie o czyjejś śmierci  niesie ze sobą coś więcej niż naszpikowanie tekstu synonimami przerażenia, udręki i bólu. Chociaż kocha książki, jest zdania, że „pisanie to nie życie, czytanie też nie”. Lektura nie może być substytutem prawdziwych przeżyć, nie zastąpi realnych doświadczeń.

Powszechnie przyjęte metody katalogowania odłożył Lucio do lamusa. Uważa, że literaturę warto dzielić tylko na dwie kategorie: książki dobre i książki złe. Te pierwsze, w nawiązaniu do platońskiego kanonu estetycznego i etycznego w sztuce, z zasady reprezentują prawdę i piękno. Wszystkie pozostałe należy zniszczyć.

Życie i książki. Książki i życie. W Ostatnim czytelniku nie istnieją między nimi granice. Świat „rzeczywisty” miesza się z fikcją literacką i obie płaszczyzny nieustannie się przenikają. Już nie wiadomo, co jest prawdą, a co wytworem fantazji. Losy martwej dziewczynki wydają się dziwnie zbieżne z historią opisaną w książce Śmierć Babette

I tutaj dochodzimy do sedna wyjątkowości utworu meksykańskiego pisarza. Narracja Ostatniego czytelnika, poprzez zatarcie granic między fabułą opowieści a fragmentami książek – fikcyjnych, trzeba zaznaczyć – które czyta jej główny bohater, odzwierciedla zatarcie granic między rzeczywistością a fikcją w życiu człowieka. Nieprzerwany potok słów – równie mocno dezorientujący jak w przypadku twórczości José Saramago i podobnie jak u portugalskiego autora pozbawiony podziału na dialogi i naszpikowany nietuzinkową interpunkcją – zmusza czytelnika do myślenia i skupienia uwagi, w innym przypadku nie ma szans odróżnić gdzie zaczyna się, a gdzie kończy jedna opowieść, kiedy wypowiada się ten, a kiedy inny bohater. Na początku na pewno niełatwo odnaleźć się w lekturze tak nietypowego zapisu, przy którym Joyce’owski strumień świadomości wydaje się czymś zwyczajnym.

Na odwrocie okładki widnieje imponująca lista nagród przyznanych Toscanie za Ostatniego czytelnika w Meksyku, natomiast na polskich portalach książkowych powieść ma bardzo niską notę. Myślę że przynajmniej częściowo wynika to z faktu naszej odmienności kulturowej i niedostatecznej wiedzy na temat historii, polityki czy socjologii tego kraju. Bo kto z nas słyszał o legendarnej bitwie pod Icamole – miejscowości, w której dzieje się akcja powieści? Mnie osobiście fascynuje historia i kultura Meksyku, ale czy potrafiłabym wyłapać i odpowiednio zinterpretować symbole i aluzje, które Toscana poukrywał w tekście? Nie! Wiem tylko, że na pewno tam są, że autor rozlicza się poprzez powieść z historią swojej ojczyzny, narodowymi mitami, stereotypami…

Książkę należy chyba rozpatrywać w kategorii eksperymentu literackiego i polecać tylko wytrwałym. Dziełu Toscany nie można odmówić oryginalności. Zastanawiam się, czy nie jest to świadomie zakamuflowany program artystyczny – albo raczej próba stworzenia takiego programu – autora, który poszukuje w literaturze świeżości i nieoczywistości. Myślę też, że w powieści pobrzmiewają echa bolączek współczesnego pisarza. Toscana pochylił się na przykład nad zagadnieniem translacji i jej wpływu na kształt dzieła. Czytając jedną z książek Lucio mówi: nie mogę ufać tłumaczowi. Nie trudno odgadnąć, że jest to uzasadniona obawa pisarza przed zdeformowaniem oryginalnego dzieła w procesie przekładu na inny język.

Ostatni czytelnik to literacki uroboros, wąż połykający własny ogon. Nie tylko dlatego, że zawarta w nim opowieść zatacza koło, ale też dlatego, że właściwie nie ma ona początku ani końca. Cała książka Toscany jest reprezentacją poglądu, który pisarz zawarł w jednym zdaniu: Każda historia ma swój dalszy ciąg, nawet jeśli nie został napisany.

img003

Autor: David Toscana
Tytuł: Ostatni czytelnik
Przekład: S. Kuźmicz

Wydawnictwo: Świat Książki
Wydanie: I (2010)
Oprawa: Miękka
Format: 12.5 x 20 cm
Cena z okładki: 24.90
ISBN: 978-83-247-1300-4