Rozmowy z pisarzami pojawiają się na moim blogu niezwykle rzadko, jednak przeczytana – i obejrzana – ostatnio powieść graficzna, Kwaśne jabłko, skłoniła mnie do tego, by zadać kilka pytań jej twórcy. Jerzy Szyłak jest wykładowcą akademickim, autorytetem w dziedzinie wiedzy o komiksie, autorem licznych opracowań na temat filmu i komiksu właśnie. Jest też scenarzystą komiksowym. W krótkim wywiadzie opowiada o swojej pracy, fascynacji komiksem, a także poleca, na co warto zwrócić uwagę w literaturze, kinie i komiksie. Nie przegapcie.

Przyczynkiem do naszej rozmowy jest Pańska najnowsza – stworzona we współpracy z Joanną Karpowicz – powieść graficzna, Kwaśne jabłko, ale zanim do niej przejdziemy, chciałabym prosić o kilka słów na temat komiksu (używam określeń komiks i powieść graficzna zamiennie, proszę mnie poprawić, jeśli to błąd) w ogóle. Skąd zamiłowanie do tego specyficznego gatunku? Kiedy stworzył Pan swój pierwszy komiks i ile podobnych projektów ma Pan na koncie?

Jerzy Szyłak: Komiksy czytam od dziecka i odkąd pamiętam oglądanie narysowanego świata pobudzało moją wyobraźnię, fascynowało mnie i bawiło. Pierwszy komiks narysowałem mając pięć lat (myślę, że wiele osób ma podobne doświadczenia). W czasie studiów próbowałem zarabiać rysując komiksowe żarty rysunkowe (trochę udało mi się sprzedać). Potem jednak skupiłem się na teorii komiksu i pisanie scenariuszy zostawiłem tym, którzy potrafią lepiej rysować. Pierwszym albumem komiksowym z moim scenariuszem była adaptacja Alicji w Krainie Czarów narysowana przez Sławomira Jezierskiego, opublikowana w 1992 roku. Do tej pory opublikowałem około trzydziestu albumów oraz pewną ilość prac w antologiach. Dokładnej liczby nie podam.

Pana najnowszy komiks, Kwaśne jabłko, właściwie trudno nazwać nowym. Scenariusz, który powstał wiele lat temu, napotkał na pewne wydawnicze bariery. W sieci natkniemy się na następującą anegdotę: kilkanaście lat temu redaktor znanego wydawnictwa specjalizującego się w komiksach odrzucił scenariusz Kwaśnego jabłka. Miał pokazać go pracującym w wydawnictwie kobietom, które orzekły, iż nie chciałyby przeczytać tej historii w formie komiksowej. Ile jest w tym prawdy i jakie argumenty towarzyszyły odmowie? Może istniały obawy, że historia maltretowanej kobiety podana w formie komiksowej zostanie odebrana jako trywializowanie przemocy, czy chodziło o coś zupełnie innego?

Jerzy Szyłak: Anegdota jest jak najbardziej prawdziwa, ale przytoczona przez Panią anegdota zawiera wszystko, co wiem na ten temat. Scenariusz złożyłem w wydawnictwie i z wydawnictwa dostałem taką właśnie odpowiedź. Bez dodatkowych uzasadnień. Składałem go także w innych wydawnictwach. W jednym zrobiono próbną kalkulację i stwierdzono, że komiks nie przyniesie spodziewanych zysków. W drugim rzecz się rozbiła o niemożność znalezienia odpowiedniej osoby do narysowania tej historii. Jeśli chodzi o przypuszczenie, że mogła pojawić się wówczas obawa, iż komiks strywializuje tę opowieść, to raczej tak nie było. W Polsce opublikowano już wtedy tak poważne komiksy, jak Maus i Niebieskie pigułki, i wydawcy zdawali sobie sprawę z tego, że jest to medium zdolne unieść trudne tematy.

Pewnie zabrzmi to banalnie i słyszał Pan podobne pytanie dziesiątki razy, ale muszę je zadać. Skąd pomysł na Kwaśne jabłko? Co Pana zainspirowało do napisania tego scenariusza i jaka intencja przyświecała Panu oraz ilustratorce, Joannie Karpowicz, podczas pracy nad tym tytułem?

Jerzy Szyłak: Napisałem wtedy sporo różnych scenariuszy, w większości utrzymanych w różnych konwencjach gatunkowych i miałem ochotę na zrobienie dla przeciwwagi czegoś poważnego. A że sporo wówczas się zajmowałem krytyką feministyczną i miałem w pamięci akcję społeczną pod hasłem „Powstrzymać przemoc domową”, to jakoś tak wyszło. Jeśli chodzi o Joannę, to wtedy, przed laty, nie chciała robić tego komiksu. Mieliśmy na koncie zrobioną wspólnie Szminkę (do dziś określaną jako najbrutalniejszy polski komiks). Joanna odchorowała robienie tamtego komiksu i chciała zająć się czymś innym. Ala jak po latach spotkaliśmy się na promocji książki Polski komiks kobiecy, to pamiętała tamten scenariusz i chciała do niego wrócić. A że ochotę na wydanie komiksu wyraził Paweł Timofiejuk (wydawnictwo Timof i Cisi Wspólnicy), to zabraliśmy się do pracy.

Część recenzentów zarzuca Kwaśnemu jabłku brak aktualności. Tak jakby temat przemocy w jakiejkolwiek formie mógł się kiedykolwiek zdezaktualizować… Odniesie się Pan do tych opinii? Czy żałuje Pan, że Kwaśne jabłko nie ukazało się te kilkanaście lat temu, czy też jest Pan zdania, że moment właściwie nie ma tu znaczenia, ważne jest pobudzani do dyskusji o przemocy, która wciąż się dzieje?

Jerzy Szyłak: Nie spotkałem się z takimi zarzutami. Publicysta z „Gazety Wyborczej” wprost zapytał mnie, czy to historia zainspirowana wydarzeniami z Bydgoszczy. Osobiście bardzo bym chciał, żeby nadszedł czas, w którym tematyka tego komiksu się zdezaktualizuje.

Przy okazji, nie mogę nie zapytać, na ile pierwowzór Kwaśnego jabłka sprzed lat różni się od efektu końcowego. Czy między pierwotnym zamysłem a ostatecznym kształtem albumu, który pojawił się w księgarniach we wrześniu minionego roku, zaszły jakieś diametralne scenariuszowe zmiany? Zrezygnował Pan z jakichś wątków, a może przeciwnie, wprowadził nowe? W swojej niedawnej recenzji nazwałam Kwaśne jabłko niedokonanym rape and revenge (popełniłam też freudowską pomyłkę pisząc krwawe jabłko zamiast kwaśne). Czy nie kusiło Pana, żeby zakończyć historię właśnie w miejscu makabrycznej zemsty? Na ile zmieniłoby to wymowę komiksu jako całości?

Jerzy Szyłak: Joanna dodała scenę z podkładem stosowanym, żeby zatuszować siniaki. Zdecydowaliśmy się też dodać planszę z wizytą w kościele (bo ilość stron nam się nie zgadzała) i to właściwie wszystko. To był bardzo precyzyjnie napisany scenariusz. Nawet miejsce umieszczenia ramek na komentarze było w nim zaplanowane i został narysowany tak, jak został zaplanowany.

Jak już Pan wspomniał, współpracowaliście z Joanną Karpowicz przy okazji zaskakującej finałem Szminki, jak pracowało się Wam po latach? Czytelnicy bloga – nie ukrywam, że ja sama również – z pewnością są ciekawi jak wygląda tworzenie komiksu od strony technicznej. Może powie Pan kilka słów na ten temat.

Jerzy Szyłak: Chyba musi mi Pani zadać bardziej szczegółowe pytanie, bo nie wiem, jak odpowiedzieć. Przy pracy nad Szminką spotkaliśmy się z Joanną kilkakrotnie (ona mieszkała wtedy i nadal mieszka w Krakowie, ja w Elblągu). Teraz wszystko załatwialiśmy mailowo, zaledwie kilka razy zadzwoniliśmy do siebie, żeby coś uzgodnić. Ona rysowała i przysyłała kolejne plansze. Ja odpowiadałem, że jest bardzo dobrze, bo było bardzo dobrze. Tylko przy okładce było więcej sporów i pojawiły się też inne koncepcje.

Najbardziej zafascynowały mnie Pańskie komiksy odwołujące się do baśniowego, surrealistycznego uniwersum stworzonego przez Lewisa Carrolla, Alicja oraz Alicja: po drugiej stronie lustra. Kwaśne jabłko mocno różni się tematyką i stylistyką od Pana wcześniejszych powieści graficznych. Czy zamierza Pan wrócić do podobnych komiksowych klimatów? Wziąć na warsztat jakąś znaną z (pop)kultury postać i stworzyć jej alternatywną historię. Domyślam się, że w przysłowiowej szufladzie znajdzie się kilka niezrealizowanych dotąd pomysłów, czy pracuje Pan obecnie nad czymś konkretnym? Niekoniecznie komiksowym, może kolejne opracowanie filmowe?

Jerzy Szyłak: Joanna Karpowicz wzięła ode mnie starą opowieść o pojedynku dwóch magów, z których jeden jest strasznie poważny, drugi natomiast jest kpiarzem. To taka historia, która zaczyna się jak baśń dla dzieci, ale kończy dość poważnie. Ktoś, gdzieś robi komiks o Benedykcie Dampcu (dużo czasu mu to zajmuje, nie wiem, czy zrobi). Mam do rozdania jeszcze kilka scenariuszy dość rozrywkowych, oraz kilka mrocznych (podobnych do Szminki), ale nie mam drugiego takiego jak Kwaśne jabłko i raczej już takiego nie napiszę.

Od strony teoretycznej zajmuję się teraz książką obrazkową dla dzieci. Pół roku temu zaczęliśmy pracę nad leksykonem takich książek i mam nadzieję, że w tym roku ukaże się jego pierwszy tom.

Na koniec trochę z innej beczki, może poleciłby Pan czytelnikom bloga kilka książek i filmów, które zrobiły na Panu w ostatnim czasie duże wrażenie, czymś się wyróżniły. Zawsze jestem ciekawa, co czytają i oglądają inni, poszukuję literackich i filmowych inspiracji u nietuzinkowych osobowości.

Jerzy Szyłak: Ogromnie podobał mi się Blade Runner 2049, podobnie zresztą jak i poprzedni film Denisa Villeneuve Nowy początek. Podobały mi się też Trzy billboardy za Ebbing, Missouri Martina McDonagha (uwielbiam każdy z jego filmów i żałuję, że zrobił ich tak mało). Z książek chciałbym polecić Krótkie wywiady z paskudnymi ludźmi Davida Fostera Wallace’a (podobno nakręcono na jej podstawie film, ale go nie widziałem) oraz opowiadania Etgara Kereta – właściwie każdy z dostępnych u nas zbiorów jego opowiadań. Chciałbym też polecić kilka komiksów. Właśnie ukazał się drugi tom serii Odrodzenie (Revival), z akcją osadzoną na amerykańskiej prowincji, gdzie nieoczekiwanie kilkadziesiąt osób powróciło do życia. Bardzo klimatyczne połączenie grozy, sensacji i obserwacji obyczajowych. Przeczytałem całość po angielsku i mogę zagwarantować, że będzie to znakomita rozrywka aż do ostatniej strony. Z poważniejszych rzeczy polecam Tylko spokojnie Henryka Glazy – komiks o walce ze śmiertelną chorobą, opowiadający autentyczną historię. I jeszcze serial Mindhunter dostępny na Netflixie: opowieść o narodzinach sekcji FBI zajmującej się ściganiem seryjnych morderców. Akcja toczy się na początku lat siedemdziesiątych XX wieku. Bohaterowie jeżdżą tam od więzienia do więzienia i przeprowadzają wywiady z osadzonymi zabójcami. Ich rozmówcy to postacie historyczne, przedstawione z dużą dbałością o realizm. Świetna rzecz, niepokojąca i znakomicie zagrana.

Przyłączam się i również polecam serial Mindhunter oraz film Trzy billboardy za Ebbing, Missouri, który oglądałam dosłownie wczoraj. Bardzo dziękuję za poświęcony czas i kibicuję Pańskim kolejnym książkowym projektom.