Narratorką najnowszej powieści Petry Hůlovej jest anonimowa kobieta, którą mieszkająca w sąsiedztwie ćpunka nazywa czule Julie, a własna córka złośliwie macochą. Z zawodu pisarka, z zamiłowania gawędziarka, której logorea (słowotok, jakoś niedostatecznie oddaje nasilenie jej chaotycznego monologu) stopniowo staje się coraz bardziej porażająca, upstrzona niepokojącymi szczegółami z życia intymnego, surrealistyczna, wreszcie całkowicie niewiarygodna…

Chciałabym scharakteryzować w kilku zdaniach tę nietuzinkową postać, ale ona sama zrobi to lepiej. Julie to zarozumiała baba na samozatrudnieniu, która woli zaharować się na śmierć dozgonnym unikaniem etatu niż choćby raz w życiu nastawić budzik, a dokładniej autorka poczytnych, szmirowatych romansideł. Dawniej miała ambicje, napisała nawet docenioną przez krytykę książkę, której żaden z jej aspirujących do miana literatów, artystów i głosów pokolenia, znajomych nawet nie raczył przeczytać, ponieważ – jak stwierdza z wrodzonym sobie poczuciem humoru Julie – Czech zainteresowany ambitną twórczością rówieśników to zjawisko tak samo rzadkie jak szafran w czeskiej kuchni. Dziś taśmowo produkuje harlequiny, a w jej życiu majaczą już tylko mocne postanowienia.

Jest chwiejną duszą z huśtawkami nastrojów, dlatego stara się unikać świata. Ma dwoje dzieci i pociąg do mocnych trunków, ale że większość czasu jest dziwna, wręcz bardzo dziwna, syn i córka nigdy nie byli w stanie pojąć, czy jest w stanie wskazującym. Dzieci nie chciała – a może chciała i nie chciała – ale przewidywała, że pewnego dnia ich zapragnie, a wtedy może być już za późno. Dlatego przezornie zdecydowała się na wczesne macierzyństwo, odhaczyła to, by mieć z głowy, i już do końca życia myśleć tylko o pisaniu. Większość czasu spędza na balkonie swojego dość komfortowego mieszkania na piętrze starej kamienicy, kwitnie tam nieraz całymi dniami, a poły jej szlafroka powiewają jak w scenie miłosnej z Titanica. Rzadko się uśmiecha, najczęściej kiedy jest sama i nikt jej nie widzi. Jest osobą dość samolubną, ale potrafi sobie wyobrazić, że inni są w podobnej sytuacji. Czasem rozumie mowę ptaków. Jest ascetyczną introwertyczką ze skłonnością do słownego ekshibicjonizmu. 

Punkty, które traci z powodu podłego charakteru, wetuje sobie punktami za szczerość. Choć utrzymuje, że jej potomstwo dorastało w napiętej, acz bogatej w wysublimowane związki frazeologiczne atmosferze, bo nawet w chwilach kryzysu bardzo rzadko używaliśmy brzydkich słów w obecności dzieci, w samej szeptanej nam do ucha opowieści nie stroni od potoczyzmów i wulgaryzmów. Na marginesie, jest też mistrzynią eufemizmów – szczególnie tych opisujących przemoc domową, jednak kamuflują one rzeczywistość tylko na jakiś czas, brutalna prawda i tak w końcu wychodzi na jaw – a także autorką licznych mniej lub bardziej kreatywnych sentencji o ludzkiej egzystencji, w stylu: i takie właśnie kontrasty, tak i nie, łatwo kontra trudno, są solą życia; a jeśli znajdziesz się w sytuacji, która ma nawet własne przysłowie, to już połowa sukcesu, bo pomału zaczynasz chwytać, o co chodzi w tym całym życiu; najlepiej rozmawia się na zielonej łące, od której deweloper trzyma się z daleka; czasem trudniej przedsięwziąć wycieczkę do kuchni niż wycieczkę w przeszłość; szkoda, że przejażdżka karuzelą życia jest taka smutnai nie wciskajcie mi kitu, że nie macie wrogówPonadto, rzadko, ale jednak, zdarza się jej samej ziewać nad tymi nudziarstwami, które serwuje nam w swojej oryginalnej opowieści.

Julie ma w sobie coś z Vonneguta, część z jej opowieści dotyczy bardziej lub mniej metaforycznych podróży w czasie, przestrzeni i kosmosie, a wiele z nich kwituje zdawkowym cóż, które natychmiast przywodzi na myśl vonnegutowskie zdarza się. Hipnotyzuje rytmem i chwilami brzmi jak Ginsberg, jej słowotok to współczesna karykaturalna proza poetycka, w której przełamuje tabu, rzuca mięsem, nie zostawia suchej nitki na ludziach z tak zwanego towarzystwa, krytykuje system i z zacięciem satyra wyśmiewa wszystkie warstwy współczesnego społeczeństwa (o proszę, już zaraziłam się tendencją Hůlovej do aliteracji), a do tego ma odwagę całkowicie się obnażyć, śmiać z samej siebie i swojego żałosnego położenia. Jest też – co akurat nie powinno dziwić, zważywszy na jej profesję – twórczynią radosnych, ociekających kiczem porównań oraz metafor (kiedy twoje ręce zadrżą na moim ciele, bez sprzeciwu poddam się i rozpuszczę niczym lody pod ciepłem twoich palców). Są one mistrzowskim ironicznym kontrapunktem dla tej nieprzeciętnej powieści. Podobnie jak odnosząca się – takie mam wrażenie – do literackich romansów, barokowa oprawa graficzna polskiego wydania książki i jej landrynkowo różowa okładka.

Wydaje się, że narratorka i główna bohaterka Macochy to całkiem sympatyczna, choć wyraźnie ekscentryczna, osóbka. Tylko co ma na myśli mówiąc/pisząc: moje dzieci dorastały w atmosferze, w której, kiedy męża nie było w domu, nie mieliśmy przed sobą tajemnic, a Tomášek i Justýna bardzo dobrze wiedzieli, o czym mogą, a o czym nie mogą powiedzieć ojcu. Jak bardzo złą matką była i co zgotowała swoim dzieciom? 

Czym właściwie jest ta kontrowersyjna czeska powieść, która doczekała się adaptacji teatralnej? Achronologiczną, skrajnie dygresyjną, miejscami histeryczną, quasi-autobiografią kobiety w średnim wieku. Kobiety, która została sama, opuszczona przez męża, odtrącona przez dzieci, siedzi z kieliszkiem w dłoni, albo wykrzykuje ze swojego prywatnego dachu świata (balkonu) artystyczne i polityczne manifesty, groźby i prośby.

Z biegiem opowieści coraz częściej sobie zaprzecza, widać, że kluczy, próbuje coś ukryć. Może to przez alkohol gubi się w wydarzeniach i czasie, odmładza o przynajmniej dwadzieścia lat. W końcu jej historia zamienia się w nieustające psychodeliczne party. Paradę widm, odwiedzających pisarkę, która zabarykadowała się w swoim mieszkaniu, od wielu miesięcy – a może lat – nie otworzyła drzwi i nie opuściła progu domu. Julie zdaje się nie dostrzegać, że te zjawy są jak wielki wyrzut sumienia. Może po prostu go nie posiada. Nie wiadomo, czy wszystko, co nam opowiedziała, to – połączony z wyprawami do krainy wspomnień – zapis jednego dnia z jej życia. Może wszystko trwało wiele dni, ale każdy dzień Julie jest jak dzień świstaka, identyczny z tylko drobnymi, ledwie dostrzegalnymi, zmianami i wariatami… tfu… wariantami.

Petra Hůlová stworzyła książkę nieprzeciętną. Pełną sprzeczności, niejednoznaczną w odbiorze, burzycielską w formie i treści. Sieć zaskakujących asocjacji, które niosą ją od tematu do – nieraz mocno oddalonego – tematu, są jak skomplikowana maszyna, w której mimo rozdrobnienia i pozornego chaosu trybiki bardzo sprawnie współdziałają. Wbrew pozorom Petra Hůlová syntetycznie ujmuje wiele kwestii, potrafi w kilku słowach streścić sedno zjawiska, dosadnie i ironicznie skomentować otaczającą ją rzeczywistość.

Macocha to książka, która wciąga w niewytłumaczalny sposób. Kuriozalna opowieść, czarny humor, autotematyzm i autoironia, komentarz do pisarstwa i szerzej tworzenia, gra z czytelnikiem, zamierzona karykaturalność formy i treści, łączenie różnych stylistyk, etc. Jeśli to nie jest literacki postmodernizm, to nie wiem, co nim jest.

Nie umiem określić ile w Julie jest samej autorki, która powołała tę postać do życia. W związku z tym nie jestem pewna, czy powinnam napisać, że Petra Hůlová uprawia literacki autokanibalizm, czy lepiej trzymać się bezpiecznego: narratorka powieści uprawia metaforyczny autokanibalizm… Właściwie robią to obie. Julie rozszarpuje, pożera, a później wyrzyguje samą siebie,  Hůlová pożera, trawi i wypluwa współczesną czeska literaturę, której jest częścią. Po Macosze ciężko jej będzie przebić samą siebie, lub stworzyć coś przynajmniej równie dobrego. Choć mam cichą nadzieję, że jednak się mylę. Czy to możliwe, by autorka dopiero się rozkręcała?

*

Żadna recenzja nie odda tego jak bogata w językowe eksperymenty i neologizmy jest Macocha. Nie można nie docenić słowotwórczego talentu tłumaczki i wydawczyni polskiego przekładu, Julii Różewicz. Bezbłędnie okiełznała ten językowy i artystyczny wybuch, przeniosła to co z czeskiego nieprzetłumaczalne w polskie realia.

Autor: Petra Hůlová
Tytuł: Macocha
Wydawca: Afera

Przekład: Julia Różewicz
Liczba stron: 192
Wydanie: I (2017)
Oprawa: Miękka ze skrzydełkami
Format: 12.5 x 18 cm
ISBN: 978-83-65707-11-6

Książka trafiła do mnie dzięki uprzejmości Wydawnictwa Afera.