Jakiś czas temu zachłysnęłam się pewnym specyficznym gatunkiem polskiej literatury współczesnej. Zachwycił mnie jej pozorny autentyzm, to że bez trudu odnajduję w niej odbicie własnych doświadczeń, że przeglądam się w tych historiach jak w przyprószonych kurzem lustrach. Książki te i ich autorów zaczęto – początkowo nieśmiało, z czasem coraz odważniej i częściej – nazywać świadectwami i głosami pokolenia. Naszego pokolenia. Mojego.

Tyle że z każdą kolejną lekturą tego typu mój entuzjazm słabnie. Niby identyfikuję się z bohaterami, ich przeżyciami, fascynacjami, upadkami, ale… Zaczynam dostrzegać, że temu światu brakuje głębi. Jego każdy kolejny portret jest coraz bardziej banalny i płytki. Próbuję sobie przypomnieć, czy rzeczywiście tak to było. Transformacja, względny dobrobyt, poszerzające się granice wolności, zero dramatów, nawet nad tragediami i traumami szybko przechodzi się do porządku dziennego, nad wszystkim unosi się cynizm i sarkastyczne komentarze. Może jestem nadwrażliwa, ale inaczej to pamiętam. 

Czy naszym doświadczeniem pokoleniowym naprawdę były rozmowy na gadu-gadu, pokątne palenie trawki, ściąganie z sieci pirackiej muzyki i samobójcza śmierć Magika? Jeśli tak, to współczuję mojej generacji. Sobie, moim rówieśnikom i naszemu rodzeństwu. Wolę jednak myśleć, że nasze młodzieńcze życie – zewnętrzne i wewnętrzne – wkraczanie w metrykalną dorosłość, dobijanie do dwudziestki, a potem trzydziestki, nie było tak potwornie miałkie.

A może byliśmy dziećmi dekady, której zbiorowe doświadczenie pokoleniowe już nie dotyczy i nie ma sensu udawać, że jest inaczej. Zamiast uniwersalizować, powinniśmy skupić się na indywidualnych przeżyciach. 

Lubię współczesne polskie powieści o dorastaniu, klaustrofobicznych blokowiskach, brudnych pegeerach, ucieczkach z domu i powrotach, ale coraz częściej odnoszę wrażenie, że ktoś tu chce mnie nabrać. Pod płaszczykiem prawdy i autentyzmu sprzedać bardzo uproszczoną i zhomogenizowaną wizję mijającego i trwającego świata. Pocieszam się, że są jeszcze twórcy, którzy potrafią odrzucić tę poszewkę – a raczej patchworkową narzutę nieodmiennie utkaną z opatrzonych rekwizytów lat dziewięćdziesiątych oraz nowego wspaniałego milenium – i zajrzeć głębiej, napisać o czymś więcej niż tylko o scenografii lat naszego dorastania i wkraczania w dorosłość. Anna Cieplak w moim odczuciu tego nie potrafi.

Ponownie trafiłam na książkę o tematyce i formie analogicznej do twórczości Grzegorzewskiej, Gogoli czy Słowik. I chociaż powieści te dzielą się na dobre, gorsze i całkowicie nieudane, z każdą kolejną czuję się coraz bardziej znużona, rozczarowana, chwilami nawet zniesmaczona. I zachodzę w głowę, co tutaj nie wyszło? Nie autor zawinił, a czytelniczy przesyt? Dlaczego zatem powieści te wydają się dobre jedynie tak długo, jak długo trwa lektura? Lata powyżej zera to, ponownie, dobrze napisana – wyłączając fatalne i nadużywane niemniej jednak, ale uznaję to za świadomy zabieg, mający oddać pseudoelokwentną mowę nastolatków – płynna i spójna historia, która jednak nie wnosi niczego, ani do mojego życia, ani na dłuższą metę do literatury. Mówiąc nieładnie, jest to książka, która przeze mnie przeleciała, nic po sobie nie pozostawiając.

Jestem tylko dwa lata starsza od autorki i podzielam jej doświadczenia, nie rozumiem tylko doboru eksponowanych tematów i sposobu pisania o nich. Bo przecież ukształtowało nas coś więcej. Koniecznie. To jest książka o was, krzyczy na czytelnika z okładki, i jest to częściowo prawda, ale z widniejącym powyżej określeniem głośny pokoleniowy manifest nie mogę się zgodzić. 

Może zmęczyły mnie semiautobiograficzne opowieści. Te w założeniu szczere, autentyczne jednak wtłoczone w ramy literatury wysokiej autofikcje, tak naprawdę maskujące prawdę o człowieku, który przerażony sobą samym, ucieka od własnej historii, by opowiedzieć kolejną prawdziwą-zmyśloną opowieść o nas wszystkich.

Chyba tęsknię do książki, w której będzie jakaś myśl nadrzędna. Postać, motyw, stan emocjonalny, tęsknota, nieuleczalny ból, tworzący fundament dla nadbudowy w postaci mniej lub bardziej fascynującej fabuły. Czegoś, co zostanie we mnie i ze mną długo po tym, jak z mojej głowy wywietrzeje ostatnie zdanie i słowo lektury.

Ewolucja czytelnika. Kapryśna sinusoida. Z czasem zaczyna nienawidzić to, co kiedyś cenił, czasami jakieś miejsce nie podoba mu się tylko dlatego, że już tam był i nie chce kolejnego déjà vu. Może Lata powyżej zera wcale nie są takie złe, może złe są tylko dla mnie. Dlatego czytajcie, przekonajcie się sami, w którym miejscu na skali obecnie jesteście.

Autor: Anna Cieplak
Tytuł: Lata powyżej zera
Wydawnictwo: Znak Literanova

Liczba stron: 270
Wydanie: I (2017)
Oprawa: Twarda 
Format: 13 x 20 cm