Skoruń, wiejski mikrokosmos zamknięty w szklanej kuli. Ilekroć usłyszę – jeszcze do niedawna tak obco brzmiące – słowo skoruń, wyobrażę sobie właśnie ją. Kulę, której wnętrze wypełnia drewniana chata i kilka drzew. Przed domem będzie stał wysoki mężczyzna, mimo że miniaturowy i niewyraźny, na jego szarej twarzy dostrzegę wyraz gniewu i zaciętości. W mikroskopijnym okienku zobaczę też twarz kobiety. Zatroskaną, może trochę zlęknioną. Nigdzie nie będzie chłopca. Nazywanego skoruniem, leniem, podmieńcem, łobuzem… Nie ma go w szklanej kuli. W mojej wyobraźni on jeden wyrwał się z tego świata. Jest już poza nim.

Każda szklana kula wypełniona jest płynem i drobinkami czegoś, co mieni się i odbija światło, nie inaczej jest z literacką szklaną kulą Macieja Płazy. Jego kieszonkowy glob wypełnia gęsta woda. Woda, która nie raz sprowadzała na mieszkańców tego świata widmo powodzi. I tylko jedno jest w niej niezwykłe, jeden szczegół różni ją od szklanych kul, które widziałam w filmach i na sklepowych wystawach. Kiedy nią potrząsam, zamiast konfetti i brokatu widzę jabłka. Różnej wielkości, wszystkich kolorów i kształtów. Owoce, które zawisają na chwilę jak w próżni, a potem bardzo powoli spływają w dół, by osadzić się na dachu domu, na gałęziach drzew i wilgotnej ziemi.

Książka Płazy jednocześnie mitologizuje i demitologizuje wieś. Surowy świat. Szara codzienność. Zimno, brud, praca ponad siły, zmęczenie. Przemoc. Fizyczna i werbalna. Niszcząca siła żywiołów. Na drugim biegunie magia tej dzikiej, nieokiełznanej krainy. Zapachy, smaki, odczucia. Ten zwyczajny i zarazem niezwykły obraz świata jest dostępny czytelnikowi dzięki mięsistemu, żywemu i żywiołowemu językowi. Językowi, który niepospolicie oddaje wszelkie doznania i co za tym idzie, silnie oddziałuje na zmysły odbiorcy. Pobudza pragnienie i głód, wywołuje dreszcze, nakazuje poddać się popędom, każe spuścić wzrok, poczuć wstyd, strach…

Tłusta ziemia i wrośnięty w nią dom widmo, który miał zostać zburzony, ale nadal trwa. Z piecem, meblami, monidłem na ścianie, tylko czeka na przybysza, który w nim zamieszka. Nieco dalej drugi, nowy dom, a w nim Skoruń – i jego nasrożona myśl, sprawiająca, że buzuje w nim gniew, usta wypowiadają słowa, których potem żałują – matka (Matkę pamiętasz brzuchem. Matkę masz w brzuchu. Rozumiesz? Nie? Pewnie, że nie rozumiesz. Zapamiętaj to albo i nie, jak sobie chcesz. Ojca masz w głowie, matkę w brzuchu) i ojciec, który grasuje po gospodarstwie jak niewidzialny, ale hałaśliwy duch. Plantacja, a na niej truskawki maliny i czereśnie, krwawiące sokami i miodnym smakiem, oraz wszelkich odmian jabłka, które mają w sobie długą opowieść o nie zawsze szczęśliwym czekaniu. Jabłka są tu jak piąty żywioł, który czasem daje, a czasem odbiera. Ziemia rodzi nadobficie, brakuje rąk do zrywania. Część plonów się zmarnuje, zgnije, reszta podaruje słodki sok spływający po wargach i brodzie, ale i ból krzyża, poranione dłonie.

Skoruń to w pewnej mierze proza inicjacyjna. Pierwsze zetknięcie ze śmiercią, granicząca z obsesją fascynacja, ale i strach przed lęgnącym się w człowieku umieraniem, codzienne obserwowanie w niepokoju jak śmierć, tchórzliwa menda, zamieszkuje w domu starej tracącej rozum sąsiadki i cierpliwie czeka ukryta w cieniu. Pierwsze zakochanie w trąconej dziewczynce, która nie mówi i podobnie jak Skoruń nie ma imienia, tylko przydomek Lipcówka (W milczeniu Lipcówki skrywał się krzyk kolorowej ryby wyrzuconej na brzeg).

Płaza utkał nadspodziewanie liryczną opowieść o dorastającym chłopcu, jego relacji z ojcem majstrem-klepką, który byłby zdolny zmajstrować nawet windę do piekła; o cudach na opak; o nieletnim uciekinierze z miasta, który pojawia się pewnego dnia i tak już zostaje, razem z torbą wnosząc za próg domu pytanie, czy ojciec z matką otworzą zamknięty pokój obok mojego, który od wybudowania domu stał pusty, i powiedzą jak ksiądz na ślubie: Ogłaszam was bratem i bratem; o rodzinnych sekretach (Spytaj kiedy ojca. Tylko stań daleko i patrz, czy nie ma młotka w rękach. Niech ci się wyspowiada); o powodzi i domach, których strychy wyglądały jak arka Noego; o końcu dzieciństwa dotąd uchowanego, mimo łyczków bimbru, tajemnie wypalanych papierosów, drżących palców dziewczyn; o rozmowach z rzeką i z bogiem.

Bóg. Własny. Taki, który zawsze jest, podpatruje i podsłuchuje, więc, Skoruń zwraca się do niego nieustannie, natchniony niczym twórca poezji naiwnej, obsypując najbardziej niedorzecznymi epitetami i sprzecznymi prośbami: Boże mój nielitościwy, wielka święta psujo, coś ty z nią porobił (…) Boże mój, boże polny, drzewny, Boże obolałych skrzynkonoszy daj mi siłę do dźwigania i zbaw od deszczu, co w październikowe ranki leje się z jabłoni w rękawy, Boże robaczywych, pokłębionych myśli, mnóż w oczach skrzynki i przyspieszaj zegary, by przy robocie szybciej mijały godziny (….) Boże świętych matek, daj im rozum, żeby nie chciały wyświęcać wszystkich dokoła, Boże wałkoni i skoruniów, spraw, by Wisła zawsze była ciepła, gościnna i bez wirów, a wikliny gęste, bym mógł z przyczajenia podglądać kąpiące się dziewuchy (…) Boże owocowy, Boże lipcowej spiekoty, zawieś nad nami chociaż jedną chmurkę (…) Boże mściwy, Boże pusty, pozłacana beczko do wlewania skarg, czemuś mi nie podpowiedział…

Literacka uczta. Proza z pozoru zwyczajna, monotonna, bo o monotonii życia traktująca, ale dojrzała, oryginalna, hipnotyzująca. Ascetyczna a jednocześnie malownicza, jak obraz Andrew Wyetha zdobiący okładkę. W pewnym sensie też usypiająca czujność. Nie spodziewałam się tak mocnego zakończenia skoruniowej opowieści, którą można traktować jako zbiór opowiadań albo też achronologiczną powieść zszytą z kawałków codzienności. Nie byłam gotowa na dramat, ale też wielką wewnętrzną przemianę. Na to, że chłopiec bez imienia, bez wieku i bez brata, może kochać kogoś bezgranicznie, w jednej chwili stać się meżczyzną, znaleźć w sobie odwagę, walczyć aż do – dosłownie – utraty tchu.

Autor: Maciej Płaza
Tytuł: Skoruń
Wydawnictwo: W.A.B.
Seria wydawnicza: Archipelagi
Liczba stron: 349
Wydanie: I (2015)
Oprawa: Twarda
Format: 13 x 19.5 cm
ISBN: 978-83-280-2136-5