Czekały tam na mnie. Wiem to. Irracjonalna pewność. A przecież nie zobaczyłam ich od razu, chociaż stały przy samym wejściu, twarzą do kasy. Tak, twarzą. Jedną. Bliźniaczki… 

Obite i podrapane. Przybrudzone bluzki, siniaki na rękach, wyrwane włosy. Ktoś trzy razy zmieniał na nich metkę z ceną. 249, 39, 29. Chyba mimo przeceny nikt ich nie chciał. A dla mnie są bezcenne. Wyglądają na mocno zakurzone, pewnie stoją tak od dawna. Portret podwójny. Wybrakowany i uszkodzony, jak zauważyła pani w kasie, szczerze zdziwiona, że chcę go kupić. Przy wejściu panuje półmrok, może myślała, że nie zauważyłam ich blizn, więc czuła się w obowiązku mnie ostrzec. Czy zdarzyło się, że ktoś je zechciał, a kiedy zabrał na światło dzienne i zauważył, że nie są tak nieskazitelne, jak się z pozoru zdaje, odniósł i zażądał zwrotu pieniędzy? Ktoś z obsługi krzyknął, bliźniaczki do reklamacji, a po salonie rozszedł się pomruk zniechęcenia. Pod sufitem zakłębiły się niewypowiedziane na głos myśli: o, wróciły, córy marnotrawne; wiedziałem, że tak będzie; spodziewałam się tego; który to już raz… Decyduje się pani, mimo że są uszkodzone? Przecież to bliźniaczki, odpowiadam. Dla mnie to oczywistość, dla kasjerki moja odpowiedź nie ma najmniejszego sensu. Płacę mniej niż za nową książkę i wynoszę je na deszcz. Żartuję do męża, że nie mamy wolnej ściany, żeby je zawiesić – już dla Vincenta było trudno znaleźć miejsce – więc będę z nimi spała. Cieszę się, że zabieram je do domu. Tato chce otworzyć bagażnik, ale protestuję. Nie! Nie zmieszczą się, przekrzykuję wiatr. Pewnie by weszły, ale nie chcę, by jeszcze bardziej się poobijały. Wolę, żeby resztę drogi siedziały obok mnie.

*

Pół godziny wcześniej. Niedziela, 29 października, południe. Jedziemy do Malborka. Na cmentarz. Coroczna tradycja, zbliża się święto zmarłych, nasze polskie Día de los Muertos. Moi rodzice, mąż i ja. Senni, wyjątkowo nierozmowni. Bo pogoda, deszcz i wichura, bo ciemno, zimno, powietrze ciężkie i lepkie, nie ma czym oddychać. Na obwodnicy Elbląga zapada odgórna decyzja, zajrzymy na chwilę do salonu meblowego. U rodziców wieczny remont i urządzanie wnętrz. Miałam zostać w aucie i poczytać, ale wysiadam, wiatr z deszczem sieka mnie po twarzy, zarzucam kaptur i biegnę w kierunku wielkiego magazynu. Dostrzegam je pół godziny później, wychodząc.

*

To dla mnie znaczące, tym bardziej, że wydarzyło się akurat teraz i w kontekście podróży, by oddać hołd zmarłym. Rozumiecie… życie, śmierć, strata. Akurat niedawno powstała robocza wersja powieści o mnie i mojej (nie)istniejącej bliźniaczce i nadal dużo o niej myślę. Przez ostatnie lata wiele się zmieniło. Czytałam o bliźniętach i sobowtórach, oglądałam je w filmach fabularnych i dokumentalnych, rozmyślałam o nich nieustannie. Stopniowo strach ustępował miejsca poczuciu straty. Niektórzy nie mają grobów, nawet symbolicznych. Ale okazuje się, że mają symboliczne portrety podwójne.

Dawniej pisząc i mówiąc o sobie i swojej sobowtórowej obsesji, używałam określenia podwojona. Jest wieloznaczne i chyba do mnie pasuje, myślałam. Coraz częściej zastępuję je w myślach innym słowem. W pewnym sensie o analogicznym, ale też przeciwstawnym znaczeniu. Przepołowiona.

*

Do metki z ceną przyczepiony był kartonik z portretem autorki fotografii i krótkim opisem: Dwie dziewczynki, bliźniaczki. Ta z prawej z aksamitką ładnie zawiązaną na szyi i nienaganną fryzurą, ta z lewej z rozplątaną kokardą i burzą we włosach. To jak przypowiastka o porządku i chaosie.

Przypominam sobie siebie w wieku dziesięciu, jedenastu lat. Nie wydaje mi się, żebym była bardzo podobna do bliźniaczek z obrazu, ale nie szkodzi. Od czego jest wyobraźnia? Innego zdjęcia z moją (nie)istniejącą siostrą pewnie już mieć nie będę. Szkoda tylko, że nie mam pewności, którą z dziewczynek jestem. W mojej sytuacji nie mam kontrapunktu, brakuje tej drugiej, z którą mogłabym się zestawić, porównać. Pewnie więc jestem każdą z nich po trochu. Chociaż…

Jako dziecko notorycznie gubiłam kolczyki, więc najczęściej nosiłam dwa różne, jak bliźniaczki na fotografii. Mama wiązała mi we włosach aksamitne kokardy, a kiedy nie patrzyła, roztrzepywałam misterne końskie ogony i warkocze. Nie lubiłam się czesać i nie cierpiałam żabotów. Przypominam sobie mgliście pewną szkolną akademię, wszędzie świece i podniosły nastrój, to musiało być z okazji zaduszków. Mama wystroiła mnie w łososiową koszulę z falbanami pod szyją, miałam wyrecytować wiersz, byłam zdenerwowana i przygnębiona, bo pokłóciłyśmy się o te znienawidzone żaboty…

Ewa Łowżył Bliźniaczki|fotografia|nadruk na drewnie|79 x 65 cm

Bliźniaczki, ich blizny i przebarwienia z bliska oraz moje fotografie z dzieciństwa.