Czytając pół roku temu Guguły Wioletty Grzegorzewskiej, odbyłam sentymentalną podróż do świata mojego dzieciństwa. Dokładnie pamiętam, jak leżałam w maju na trawie z tomikiem wydawnictwa Czarne w dłoni. Co chwilę przerywałam lekturę, by zatopić się we wspomnieniach, skonfrontować to, o czym czytam, z własnymi doświadczeniami, z nostalgią przenieść się myślami do okresu dzieciństwa i wczesnego dojrzewania. Życie na wsi, blisko natury. Życie, któremu czasem bliżej było do dzikości, niż cywilizacji. Choć dwanaście lat ode mnie starsza, Grzegorzewska odmalowała przede mną świat, który znałam, przywróciła mi obraz, który już lekko zacierał się w pamięci. Stworzyła też niezapomniany literacki autoportret. Może nieco przerysowany i nie całkiem wolny od zabiegów autokreacyjnych, ale mimo wszystko szczery, a na pewno charakterystyczny. Ze Stancjami jest niestety tak, że ani nie umiem się utożsamiać z ich bohaterką/narratorką, ani też nie znalazłam w nowej powieści Grzegorzewskiej dziewczyny z Guguł. O kilka, kilkanaście lat starszej, ale wciąż tej samej. Przesiąkniętej wiejską tradycją, ukształtowanej przez atmosferę życia w wielopokoleniowej rodzinie, blisko ludzi, zwierząt, przyrody… Chociaż Stancje narracyjnie są kontynuacją tej wcześniejszej opowieści, próżno jej tu szukać. 

Grzegorzewska od pierwszego akapitu bombarduje czytelnika barokowymi metaforami i porównaniami. A ja wolałaby, żeby po prostu to wszystko nazwała. Nakreśliła topografię przedmieść, które właśnie stają się jej tymczasowym domem, powiedziała jakie uczucia jej towarzyszą. Tak po prostu. Żebym mogła to sobie wyobrazić, zamiast z wysiłkiem  p r ó b o w a ć  wyobrazić, nie nadążając za oceaniczną metaforyką pisarki.

Rozbudowane metafory i porównania to coś charakterystycznego dla Grzegorzewskiej, która przecież jest poetką. Prozę wydaje od niedawna, odniosła za to międzynarodowy sukces jako autorka wierszy. Problem w tym, że proza i poezja to dwa literackie bieguny i tylko nieliczni potrafią je ze sobą połączyć w tak naturalny sposób, że nie widać żadnych nacięć, szwów. Autorka Stancji nie umie się zatrzymać. Nie zna umiaru. Dlatego jej indywidualny styl i poetycka wyobraźnia w przekładzie na język prozy momentami ocierają się o karykaturę.

Niemal każdy mini-rozdział zamyka soczyste porównanie. Nic tu nie jest zwyczajne, każde źdźbło trawy, podmuch wiatru czy cień, zyskuje poetyckie oblicze. Grzegorzewskiej nie można odmówić jednego, stylu. Posiada własny charakterystyczny głos, jednak momentami przechodzi on w manierę, która zamiast zaskakiwać oryginalnością, nuży. Na pewno jednym z problemów Stancji jest bardzo nierówny poziom. Książka niedopracowana, pisania w pośpiechu? Momentami mam wrażenie, że autorka doskonale wie, dokąd zmierza, opanowała literackie rzemiosło do perfekcji, by już po chwili zarzucać jej w myślach warsztatową nieudolność. Plastyczne opisy i fragmenty pełnokrwistej, dynamicznej narracji – które czytelnik doceni – sąsiadują z pustosłowiem. Grzegorzewska ma tendencję do gromadzenia wymienianych po przecinku rzeczowników, przymiotników, etc., zapominając najwyraźniej, że porzucone, wyrwane z kontekstu pojęcia nie tworzą historii. Wyliczenia to nie literatura. A jednak autorka próbuje z nich zbudować scenografię i właśnie kontekst – historyczny, społeczny – opisywanych wspomnień. Ale to tylko ersatz. Dekoracja z kartonu. Każde rzucone słowo, które ma pełnić rolę symbolu, oddać ducha epoki, jest jak opadająca powoli drobinka kurzu. Co z tego, że każdy z nas ją widział i zna? U Grzegorzewskiej nie ma się do czego przykleić, faluje w próżni. Ostatecznie to tylko pył, który osadza się na dnie tej niewykończonej opowieści.

Wspomniałam już o tym, że nie odnajduję w Stancjach siebie. Mimo że świat opisywany przez Grzegorzewską jest mi aż za dobrze znany, mimo że jako studentka – jak zapewne niemal każdy – błąkałam się po wynajmowanych stancjach i znienawidzonych brudnych akademikach, wysiadywałam długie godziny na dworcach, również studiowałam filologię polską, zasypiałam na gramatyce historycznej, a nocami śniła mi się deklinacja łacińskich rzeczowników, miałam nawet oswojonego szczurka. Przez moment byłam jak Grzegorzewska/ bohaterka Grzegorzewskiej, jednak czytając Stancje w ogóle tego nie czułam. Powiecie, że przecież celem pisarza – i szerzej literatury – nie jest wyłącznie budowanie wspólnoty doświadczeń, czasem wręcz przeciwnie. Zgoda. Ale przyznacie, że to niedorzeczne i potworne, kiedy niewymyślona – bo przecież wyraźnie autobiograficzna – postać jest bardziej papierowa, niż niejeden fikcyjny bohater literacki. Ze Stancji można się uczyć jak i czego nie pisać, by nie zepsuć własnej historii.

Grzegorzewska usiłuje zagęszczać rzeczywistość, przemyca do opowieści anegdotki i mikroskopijne historie zasłyszane od napotkanych podczas podróży w dorosłość ludzi. Stancje stają się zatem powieścią szkatułkową, tyle że te poboczne historie – odpryski życia – niewiele wnoszą do życiorysu samej Loletki/ Wiolki/ Wioletty. Pochłaniają tylko kolejne akapity i strony, sprawiając, że właśnie pierwszoplanowej bohaterki jest tu naprawdę niewiele. Mimo dość śmiało zobrazowanych scen erotycznych (paradoksalnie stan zakochania i tęsknoty opisany jest w wyjątkowo beznamiętny sposób), autorka się nie odsłania. Tylko pozornie stoi przed czytelnikiem naga. Nie pokazuje prawdziwej siebie, a jedynie kolejne maski i „przejścia”, które wydają się sztuczne, zbyt dramatyczne i baśniowe jednocześnie.

Zamiast suchego podsumowania, pozwolę sobie na dziwną metaforę. U Grzegorzewskiej jest ich tak dużo, że jeszcze jedna nie zrobi wielkiej różnicy. Stancje są jak żyła, z której powoli, ale konsekwentnie wytacza się krew. Coraz bardziej zimna i pusta. Obkurcza się i wysycha… Literatura bez tlenu i bez życia. 

*

Na marginesie, pierwszy raz od zmiany szablonu bloga i dodania pudełka z fragmentem książki, miałam problem z cytatem na główną.  Zazwyczaj znajduję w książkach co najmniej kilka charakterystycznych fraz, a tu… Słowa wybrane pod presją. Nie tak mocne i zapadające w pamięć jak zazwyczaj.

Autor: Wioletta Grzegorzewska
Tytuł: Stancje
Wydawnictwo: W.A.B.
Liczba stron: 190
Wydanie: I (2017)
Oprawa: Twarda
Format: 12 x 19 cm
ISBN: 978-83-280-4596-5