CZEPIAM SIĘ KSIĄŻEK

"Książki często występują w moich snach erotycznych"

Weronika Murek – „Uprawa roślin południowych metodą Miczurina” [recenzja]

Gdybym miała scharakteryzować debiutancką książkę Weroniki Murek jednym słowem, byłoby to słowo zaskoczenie. Bo oto mam przed sobą zbiór opowiadań, który nie jest tym czym się wydaje… Ten barokowy tytuł książki i równie wymyślnie zatytułowane kolejne opowiadania (przyznajcie się, kto – podobnie jak ja – przed ostatecznym zatopieniem się w lekturę, ogląda książkę ze wszystkich stron, zagląda do spisu treści i dyskretnie zerka na ostatnią stronę, żeby się upewnić, że tam jest), tych kilka słów, które widzimy na długo przed tym, nim zaczniemy naprawdę czytać… Te słowa są jak znaczone karty. Zapamiętujemy je. Zamieniają się w naszych umysłach w obrazy, i skojarzenia. Są jak obietnica. Weronika Murek swoimi obietnicami wyprowadza czytelnika w pole, bo żaden z tekstów nie jest tym, czego się spodziewamy. Błądzimy. Długo nie widać na horyzoncie znajomych miejsc i ludzi, wszystko jest dziwne, odrealnione, nieswoje, ale ostatecznie ta podróż wiele nas uczy. Nie tylko tego, by nie oceniać po pozorach.

Uprawa roślin południowych metodą Miczurina, kolejna książka od wydawnictwa Czarne, która ma pewną cechę charakterystyczną. Powierzchownie nie imponuje. Projekt okładki owszem świetny, ale objętościowo tomik wydaje się skromny. Sama już dawno przekonałam się, że krótkie nie znaczy złe, ale w wielu z nas moli książkowych nadal pokutuje przekonanie, że jeżeli książka jest obszerna, to znaczy, że autor się wysilił. Pisał ją długo, miał wiele do powiedzenia, latami starannie dobierał słowa. Nie! Trochę mi zajęło dojrzenie do tego, by docenić zwięzłość. Bo nie musi być ona oznaką ograniczenia i nie jest równoznaczna z brakiem pomysłów, czy słabym wykonaniem, przeciwnie. Przekazać bogactwo treści w ascetycznej, a do tego wyrafinowanej formie to dopiero sztuka.

Proza Weroniki Murek ma to coś. Wabi enigmatycznością, kusi niejednoznacznością, fascynuje swoistym brakiem zakończenia i otwartością na przeróżne interpretacje. Te siedem opowiadań to teksty, o których chce się dyskutować. I znów, pozornie są do siebie podobne, wszystkie traktują o umieraniu, ciążeniu ku śmierci – w myśl zasady, że zaczynamy umierać już po narodzinach – o znikaniu, zawieszeniu między bytem a niebytem, jednak równocześnie każda z tych historii jest inna, niepowtarzalna. Opowieść o dziewczynie, która nie chce zaakceptować faktu, że nie żyje, i że istnieje też drugi (ponad)ziemski świat, w który powinna teraz wkroczyć; historia chłopca, który jest z mięsa; dzień z życia niedowartościowanego mężczyzny w średnim wieku, który – niczym serialowy Leland Palmer – zostaje opętany potrzebą tańca, nie zważając na okoliczności; przypowieść o zagubionym w kosmosie anonimowym człowieku… Sceny i obrazy z pogranicza jawy i snu. Surrealistyczne wydarzenia, z pozoru dobrze znane, ale lekko przesunięte, zniekształcone, zaburzone, budujące poczucie niesamowitości. Ludzkie wizerunki jak z gabinetu krzywych luster. Absurdalne albo banalne dialogi, myśli, które niełatwo rozszyfrować. Dziwne sposoby obchodzenia z ludzkim ciałem, uprzedmiotowanie go w sposób jaki nam się nie śnił… Uprawa roślin południowych metodą Miczurina to zdecydowanie jedna z tych książek, do których będę chciała wrócić. I pewnie samą mnie zaskoczy, jak wiele jest w niej jeszcze do odkrycia. 

Nie bójmy się przyznać, że czasem nie do końca rozumiemy literaturę. Prozę Murek wcale nie tak łatwo przeniknąć i uporządkować, ale i to może być wartością. Bo pobudza do refleksji, poszukiwania analogii, wgryzania się w detale, reinterpretowania symboli. Odrobina literackiego wyczulenia i zaangażowania, a oszczędnie podawane przez autorkę słowa i gesty, w końcu złożą się w całość. Nawet jeśli podczas tej literackiej wędrówki zdarzy nam się zmylić trop, kluczyć po lesie dziwnych słów i ich wielo(znaczeń), dwa razy przemierzać ten sam odcinek, depcząc po własnych śladach, nic w  tym złego. 

Jeśli miałabym przyrównać pisanie do uprawy, a książkę do rośliny musiałabym przyznać, że Weronika Murek wyhodowała nowy gatunek. Stworzyła hybrydyczną formę, piękną, ale inną od wszystkiego co znamy i dlatego obcą, wywołującą uczucie niepokoju, być może lekkiego dyskomfortu. Jestem ciekawa jej kolejnych nowatorskich eksperymentów z materią słów i nie tylko.

*

Jeśli jeszcze nie czytaliście Murek, zostawiam was z fragmentem otwierającego tomik opowiadania W tył, w dół, w lewo. Przyznajcie, trudno nie zatracić się w tym przedziwnym świecie, który – kto wie – może istnieje niezauważany pod podszewką widzialnego…

Stanęła na palcach, zajrzała przez okno. W środku nie było nikogo. Ciało, już ubrane, ułożono w trumnie, zapalono gromnicę. Twarzy nie mogła dostrzec, ale za to rozpoznała od razu swój stary sweter: czerwony, rozciągnięty, noszony chętnie, ale nigdy na ważne okazje.
– Ja pierdolę – powiedziała sobie, opadając na pięty. – W swetrze mnie chowają. 
Wyciągnęła papierosa, odpaliła, podciągnęła się znowu. Robią to, pomyślała, bo chcą okazać brak szacunku, to jasne. Nie ma w nich ani trochę zrozumienia dla spraw śmierci, spraw ducha. Nie mówię o sobie – dodała zaraz – nie myślę o sobie, tylko o tej, co tam spoczywa w tym moim  brzydkim swetrze. Bo ja żyję przecież jeszcze. Wypalę tylko i wejdę. Wejdę, pochylę się nad ciałem, powiem: „To nie ja”. „Owszem – powiem łaskawie – podobna, ale to nie ja. Ja jestem jeszcze, istnieję. Żeście oszaleli. Żywego chowacie”. Matka szła przez podwórko z chlebem przyciśniętym do brzucha. (…) Podobno, że zmarłam – powiedziała Maria. – Wróciłam po przerwie do pracy i nikt nie patrzył mi w oczy. Przyjechałam do domu, a tu matka się dorwała do jakiegoś ciała, trzyma w pokoju, obmywacza zamówiła. Twierdzą wszyscy, że moje. Każą mi oglądać, gapią się tak strasznie. Napuściła ludzi.  (…) Odwróciła głowę  i napotkała spojrzenie młodej dziewczyny. Miała na sobie białą czapkę i puchową kurtkę, chwyciła teraz zębami palec rękawiczki i ściągała ją na dłoń, nie odrywając wzroku od Marii. Wie, pomyślała z bólem, zauważyła już – i jakby uprzedzając, powiedziała szybko:
– Tak, niedawno – Po chwili zaś dodała: – Ale ja bawię się, że żyję jeszcze.
– No i dobrze – powiedziała tamta, odsuwając się trochę. – Nie można się poddawać.

Autor: WeronikaMurek
Tytuł: Uprawa roślin południowych metodą Miczurina
Wydawnictwo: Czarne

Liczba stron: 139
Wydanie: I (2015)
Oprawa: Twarda
Format: 13 x 19.5 cm
ISBN: 978-83-8049-024-6

20 Comments

  1. Ej, dobrze to brzmi. Chyba jednak mnie przekonałaś. A niech to :P

  2. Od razu napiszę, że przekonałaś mnie (głównie trzecim akapitem) do lektury, ale z drugiej strony, wyczuwam też nutkę ostrzeżenia (zwłaszcza w dwóch ostatnich ustępach) przed spotkaniem z tym dziełem.
    Co do obszerności wydawnictwa – ja akurat się przyzwyczaiłem, że debiutanci albo popełniają zbiór opowiadań, albo coś krótkiego (na 120-150 str.), albo jedno i drugie : ) A, i jeszcze, że zazwyczaj są młodymi ludźmi :) Ale gdybyśmy patrzyli pod takim kątem, moglibyśmy łatwo przegapic kawałek dobrej literatury! Dlatego nie róbmy tego i po prostu czytajmy ;)

    • To nie do końca ostrzeżenie, raczej komentarz do mini dyskusji wokół tej książki na bookstagramie. Po tym jak umieścilam fotkę i informację, że właśnie czytam, wiele dziewczyn pisało, że ta książka okazała się kiepska, przekombinowana, jakaś taka hermetyczna, nie do przetrawienia… przerost formy nad treścia, itp. Ja się z tym absolutnie nie zgadzam, doszłam do wniosku, że czytelnicy czasem krytykują coś dlatego, że tego nie rozumieja, czasami nawet nie chcą się wysilić… Oczywiście proza Murek może się nie podobać, jak każda lektura. Mamy inną wrażliwość literacką, inne gusta i upodobania, ale nuech ta krytyka będzie sensowna. Czasem wystarczy powiedzieć, to dla mnie zbyt ciężkie; zbyt ambitne, ale może kiedyś spróbuję wrocić, zrobię drugie podejście… Ja tak robię. I się tego nie wstydzę ;)

  3. Avatar
    Urszula Witkowska

    25 października 2017 at 21:29

    Wspaniała! Książka – wiadomo! Już się w niej dawno zakochałam! Ale i Twoja recenzja! Świetny tekst!

  4. Niech to, namówiłaś mnie – brzmi rewelacyjnie :). Ostatnio mam sporo nauki i łatwiej mi się czyta opowiadania, dlatego jeśli ten stan się utrzyma, to właśnie po te opowiadania sięgnę w następnej kolejności :).

  5. Zgadzam się w 100%! Bardzo pozytywnie mnie ta książka zaskoczyła, ten przedziwny tytuł, okładka i wszystko jakoś współgra :) Polecam ją wszystkim wydawcom w Grecji, bo mam wrażenie, że to ich styl. Oby coś z tego wyszło :)

  6. Właśnie wczoraj przeczytałam. Trochę nie wiedząc czego się spodziewać (ściągnęłam kiedyś ebooka i zapomniałam o nim). Niesamowicie intrygująca, niby o rzeczach codziennych, ale nie do końca. Ja lubię taką literaturę, która balansuje na granicy realności. A jednocześnie mam wrażenie, że za każdym tym opowiadaniem stoi coś więcej – relacje matki z córką, samotność, wyobcowanie z grupy itp.

    • Dokładnie. To są trochę takie opowieści o intymnym świecie wewnętrznym, ale przecież nasz świat wewnętrzny nie bierze się z próżni, jest odbiciem tego, co na zewnątrz, tego, co doświadczamy, co nas dotyka, uwiera i boli. Też mnie pociągają surrealistyczne klimaty w literaturze i kinie. Bo to są takie obrazy i światy, które każdy zupełnie inaczej odczyta. O takich opowieściach można rozmawiać bez końca, a to bezcenne :)

Dodaj komentarz