Trzynasta brakująca opowieść… Czym jest? Czy w ogóle kiedykolwiek była? Może to pusta kartka, na której każdy z nas musi zapisać własną historię, stworzyć mit o swoich narodzinach, dorastaniu, życiu i śmierci.

Trzynasta opowieść Diane Setterfield, historia w ciągłym ruchu, ulegająca transformacji. Postacie okazują się kimś innym niż przypuszczaliśmy. Często wprowadzano nas w błąd, opisując coś inaczej, niż odbyło się w rzeczywistości. Niedopowiedzenia, kłamstewka, sprostowania. Niespodzianki, nagłe zamiany ról. Jak odkryć po latach prawdę o tych, których już nie ma? Jak nakreślić drzewo genealogiczne oraz mapę ludzkich relacji, skoro tożsamość niektórych – jakże tajemniczych – postaci na zawsze pozostanie zagadką?

Wątek sióstr bliźniaczek, wcale nie jest w powieści Setterfield dominujący, przeciwnie, otrzymaliśmy skąpe i nierzadko sprzeczne informacje o bliźniaczkach. Jednak ich historia jest kluczowa dla odczytania tej mrocznej opowieści. I jak to często – i w życiu, i w literaturze – bywa, ma swój odpowiednik w historii dwóch innych dziewczynek dzielących jedno ciało. O nich wiemy jeszcze mniej. I choć zakładamy, że skoro urodziły się w lepszych czasach, odległym mieście, zupełnie innej rodzinie, miały  i n n e  życie, wcale nas nie zaskakuje, że ich los jest bliźniaczo podobny do historii tych pierwszych sióstr. To samo piętno, identyczny ból, strach, tęsknota i pustka…

Wróćmy jednak do bliźniaczek, o których w Trzynastej opowieści mówi się nieco więcej. Zbierzmy te krótkie relacje i fragmenty wspomnień, by złożyć je jak rozbite lustro, ożywić na moment wizerunki nierozłącznych sióstr, które przyszły na świat jedna po drugiej z dala od rodzinnego domu, z dala od ojca, którego nigdy nie poznały. Opowieść o córkach Isabelle March nie może zacząć się inaczej niż słowami: Dawno, dawno temu, były sobie bliźniaczki…

Dawno, dawno temu były sobie bliźniaczki. Nosiły imiona Emmeline i Adeline. Jako niemowlęta dziewczynki wydawały się identyczne, nie sposób było ich odróżnić. Jednak z chwilą gdy nauczyły się stawiać pierwsze kroki, brać do rąk przedmioty, gaworzyć, dało się zauważyć, jak diametralnie się od siebie różnią. Jeśli wierzyć przesądom Emmeline musiała urodzić się pierwsza. To tylko przypuszczenia, nie ma na to historycznych dowodów, ale zabobonni ludzie od pokoleń powtarzają, że bliźniaczka która pierwsza przychodzi na świat jest dobra, a ta która rodziła się jako druga musi być zła. Pierwszej w udziale przypada dusza, drugiej ciemna, zimna jak wnętrze studni otchłań i serce z kamienia. Adeline była zła. Co do tego nie ma wątpliwości. Dręczyła siostrę i innych ludzi. Tkwiło w niej coś niedobrego, jakiś złośliwy chochlik. Najpierw dopuszczał się nieszkodliwych psot, z czasem zaczął krzywdzić i uśmiechać się złowieszczo, zadając ból. Emmeline miała w sobie dobroci za dwie, tak jak Adeline – niegodziwości. W pewnym sensie, rachunek się zgadzał.

Emmeline i Adeline zostały urodzone, ale nigdy nie miały prawdziwej matki. Ich matka, też jej nie miała, może dlatego nie umiała zatroszczyć się o potomstwo, pozostawiła córki samym sobie. Dziewczynki wszystko robiły razem, stworzyły nawet własny język. Rozmawiały tak, że nikt poza nimi nie zrozumiał o czym mówią, jakimi sekretami się dzielą. Dorastały bez pośpiechu i z dala od świata zewnętrznego. Mieszkały w pałacu, w którym panowało bezkrólewie. Jego władca zamknął się pewnego dnia w jednej z komnat i przez lata jej nie opuszczał. Melancholia i szaleństwo. Rodzinna tradycja… Ogromna zaniedbana rezydencja otoczona dzikim niezbadanym ogrodem płynnie przechodzącym w las, była ich domem, labiryntem i placem zabaw. Nie chodziły do szkoły, w ogóle niewiele od nich wymagano, były jak duchy, przechadzające się po okolicznych polach widma. Czasem wchodziły ludziom do domów, coś podkradały lub podrzucały…

Dawno, dawno temu dobra i zła bliźniaczka zrobiły wspólnie coś bardzo złego. Skrzywdziły inne dziecko, przyczyniły się też do śmierci starszego człowieka. Rozdzielono je. Ta zła, miała fatalny wpływ na dobrą, a dobra nie miała żadnego wpływu na złą, uznano. Nikt nie rozumiał, że mimo różnic charakterów i temperamentów, tylko razem stanowiły pełnię, oddzielnie każda z nich była niczym. Oderwane od siebie ciała i dusze zamieniły się w przestraszone zwierzątka uwięzione w niewidzialnych klatkach. Pewnie czasami myślały o matce, którą tak słabo znały. O młodej, pięknej kobiecie, zamkniętej w zakładzie dla obłąkanych. Tej która dała im w spadku jedynie bladą cerę, rude włosy, nerwowość i poczucie braku. Może bały się, że podzielą jej los. Jedyne czego chciały to znów być razem, bo wiedziały to, co jest oczywiste dla wszystkich bliźniąt i czego nie rozumieją ci, którzy bliźniaczego rodzeństwa nigdy nie mieli. Rozłączenie bliźniąt nie jest zwykłą rozłąką. To jest tak, jakby się przeżyło trzęsienie ziemi. Kiedy dochodzisz do siebie, nie poznajesz świata. Horyzont się przesunął. Słońce zmieniło kolor. Nic nie pozostało z terenu, który się znało. Żyjesz. Ale to już nie jest to samo życie. Nic dziwnego, że ci, co ocaleli z takiej katastrofy, tak często żałują, iż nie zginęli wraz z innymi.

*

Historię drugiej pary bliźniaczek z Trzynastej opowieści przeczytacie na Doppelganger Universe, gdzie przytaczam krótki fragment powieści.