Obraz. W tym słowie kryje się dwuznaczność. Jeden z synonimów filmu, stosunkowo rzadko używany, bo nie do końca oddaje czym jest obraz ruchomy.

Obraz, nawet jeśli jest statyczny, ma moc oddziaływania na zmysły, wyobraźnię i emocje. Żaden z tysięcy filmów, które obejrzałam przez trzydzieści lat mojego rozczytanego i rozoglądanego życia nie zasługuje tak bardzo na nazwanie go obrazem jak Twój Vincent

Nie jestem w stanie opisać, jak piękny to film. Słowa nie zastąpią obrazu. Po prostu trzeba to zobaczyć. Odbyć wędrówkę przez życiorys Vincenta van Gogha, chłonąć wzrokiem jego malarstwo, które odzwierciedlało przeżycia artysty, upamiętniało ludzi, których napotkał na swej drodze, a sto trzydzieści lat później staje się scenerią filmowej i artystycznej opowieści o nim samym. Formalnie Twój Vincent jest integralnym dziełem sztuki, mocno zanurzonym w żywiole malarstwa van Gogha i jego wyjątkowej stylistyce, ale wciąż osobnym dziełem. Najpiękniejszym pomnikiem i hołdem jaki można złożyć artyście, który przeszedł do legendy, mimo, że za życia czuł się osamotniony, odrzucony, niespełniony, nie dość dobry. Inny.

Film biograficzny, fabuła, (nad)animacja. Dzieło o cechach reportażu, malowany pędzlem quasi-dokument o próbie rozwiązania zagadki tajemniczej – podobno samobójczej – śmierci artysty.

Człowiek z listem w kieszeni, jego zadaniem jest dostarczenie wiadomości z zaświatów. Początkowo niezainteresowany losem zmarłego niedawno malarza, z każdym krokiem zamienia się w samozwańczego detektywa, reportera amatora, który pragnie odkryć prawdę o zagadkowej śmierci van Gogha. Zamiast tego odkrywa, że nie istnieje jedna prawda. Każdy ze znajomych artysty, ma do przekazania inną – nieraz całkowicie sprzeczną z poprzednią – opowieść. Młody mężczyzna, posłaniec, odbywa zatem podwójną wędrówkę. Dojrzewa wewnętrznie, zaczyna rozumieć, że świat nie jest czarno-biały, a motywacje ludzi przejrzyste. Rzeczywistość jest jak obraz van Gogha, raz monochromatyczny, innym razem pulsujący barwami, pełen ostrych kresek oraz miękkich fal, łączy sprzeczności… Obraz świata, nazywany czasem prawdą, zależy od perspektywy, od miejsca, z którego mu się przyglądamy, siedząc na sfatygowanym drewnianym krześle i ćmiąc fajkę. 

Film pochłonął mnie od pierwszej sceny, ale nie ukrywam, że podczas seansu co jakiś czas rodziło się w mojej głowie pytanie, gdzie właściwie jest Vincent. Czy będzie miał prawo głosu? Artystę widzimy w retrospekcjach, plastycznie zwizualizowanych wspomnieniach i opowieściach kolejnych bohaterów, ale sam Vincent van Gogh funkcjonuje od początku filmu jako cień, ktoś kogo już nie ma wśród żywych. Widmo. A widma tak trudno dostrzec.

I wtedy następuje finał, który ma w sobie coś z transcendentnego doświadczenia daleko wykraczającego poza obcowanie z filmem, obrazem, sztuką. Wdzierające się do wnętrza duszy pożegnanie i spojrzenie. Coś więcej niż burzenie filmowej czwartej ściany, ożywienie człowieka, który odszedł ponad wiek temu, którego nigdy nie będzie nam dane spotkać, a jednak… W małej ciemnej sali studyjnego kina Vincent van Gogh spojrzał mi w oczy, a ja spojrzałam w jego. Nigdy tego nie zapomnę. Znów wyszłam z kina ze łzami toczącymi się po policzkach. I wcale nie  byłam jedyna.

Vincent van Gogh (30 III 1853 – 29 VII 1890)

Z kina wyszłam nie tylko z mokrymi oczami i pod ogromnym wrażeniem, ale też z plakatowym portretem Vincenta. Nie do końca wierzyłam, że mogę go dostać, ale spróbowałam, poprosiłam kogo trzeba i ten cudowny plakat filmowy – który sam w sobie jest małym dziełem sztuki – wisi teraz u mnie w domu. Dziękuję obsłudze elbląskiego kina Światowid za ten piękny upominek.

*

Tytuł: Twój Vincent (Loving Vincent)
Reżyseria: Dorota Kobiela, Hugh Welchman
Scenariusz: Dorota Kobiela, Hugh Welchman, Jacek Dehnel
Obsada: Robert Gulaczyk (Vincent van Gogh), Douglas Booth (Armand Roulin), Saoirse Ronan (Marguerite Gachet), Jerome Flynn (Paul Gachet)