CZEPIAM SIĘ KSIĄŻEK

"Książki często występują w moich snach erotycznych"

Majgull Axelsson – „Ta, którą nigdy nie byłam” [moje odczytanie: epilog powieści]

Dziś tekst z gatunku dziwnych. Nie planowałam recenzować powieści Ta, którą nigdy nie byłam, chciałam ją przeczytać tylko dla siebie, bo przeczuwałam, że odnajdę w niej własne lustrzane odbicie oraz to o czym sama piszę. Nie myliłam się. Czterysta czterdzieści pięć stron, odkładam tom na półkę i zaczynam zastanawiać się, co się właściwie wydarzyło i jaki jest finał tej historii. Czy w ogóle można tu mówić o zakończeniu? Może jest ich wiele… Po kilku godzinach widzę bohaterkę powieści Majgull Axelsson. Widzę ją tak, jakbym oglądała film. Stworzony niewprawną ręką, amatorski, nieostry i źle wykadrowany. Chyba drżą mi ręce… Odkładam kamerę i postanawiam dopisać swoje zakończenie tej historii. A właściwie zakończonko. Malutki epilog. Jedną dodatkową sekwencję, strumień uczuć. Tak widzę Mary-Marie teraz, ale mam przeczucie, że jeszcze długo będę o niej myśleć. O jej obliczu/obliczach, symultanicznych życiach i alternatywnych losach. I wiecie, jestem pewna, że jeśli jutro po przebudzeniu moje myśli nadal będzie zaprzątać Ta, którą nigdy nie byłam, dopiszę w wyobraźni zupełnie inne niż dziś zakończenie.

Świt. Powietrze jest zimne i nieruchome. Jezioro, las, trawa i drzewa, wszystko ma odcień bladego fioletu. Delikatna ledwie dostrzegalna mgiełka nadaje światu siny odcień. Nocą przyszedł pierwszy tej jesieni przymrozek. Przy brzegu tafla jeziora jest spokojna, nie faluje, jakby przez tę jedną noc pokryła je ćwierćmilimetrowa warstwa lodu. Pęknie z delikatnym chrzęstem, jeśli na wodzie usiądzie owad, albo spadnie na nią gałązka lub suchy liść. W głębi jeziora ruch także zamarł, ale gdy się przyjrzeć i wsłuchać, widać lekkie kołysanie i słychać stukot uderzającego o siebie drewna. 

Dwa identyczne kajaki, ich dzioby co kilka sekund lekko się zderzają. Woda odpycha je od siebie, by po chwili pozwolić im znów się musnąć. Jeden z kajaków jest pusty, w drugim nieruchomo siedzi kobieta. Jej oczy zaszły mgłą, jest sztywna. Narzucony niedbale wełniany sweter i spodnie od pidżamy pokrywa szron. Na jej wargach zastygł uśmiech, na twarzy maluje się wyraz ogromnej ulgi. Można by pomyśleć, że właśnie odzyskała wolność. Że po latach bólu, wyrzeczeń, kłamstw, odnalazła siebie, pogodziła się z tym kim i jaka jest.

Nie zastanawiam się, co robi tu druga bliźniacza łódź, to bez znaczenia. Ktokolwiek towarzyszył martwej kobiecie, zamienił się w bladofioletową mgłę, a ona po chwili dołączyła do swojego towarzysza. Opuściła ciało, które uwierało ją przez tyle lat. Uwolniła się z ciasnego kostiumu skóry, chrząstek, kości, pulsującej krwi… Od obcego jej imienia, imion. Maski twarzy, języka, który ją zwodził, wzroku, który oszukiwał, słuchu, który mamił. Poza ciałem. Nigdy nie była bardziej sobą.

*

Nie obawiajcie się, na blogu pojawią się jeszcze recenzje. Nie ukrywam, że podryfowałam trochę w inną stronę, w kierunku marzenia o wydaniu książki. Może się spełni. Ostatnio piszę – próbuję pisać – więcej literatury niż krytyki literackiej, ale nigdy nie wiadomo, gdzie mnie to zaprowadzi. Mam nadzieję, że uda mi się pogodzić obie te pasje i oba literackie bieguny.

7 Comments

  1. Z Majgull czytałam tylko „Kwietniową czarownicę” i byłam zachwycona. Uznałam wręcz, że oto znalazłam kolejną ulubioną autorkę. Potem sięgnęłam po” Pępowinę” i trochę mnie znużyła. Ten tytuł (o którym piszesz) mnie bardzo nęci, ale może lepiej teraz sięgnąć po, ponoć świetny, „Dom Augusty”? Ciekawy wpis. Pewnie łatwiej zrozumiem refleksje po lekturze ;) Pozdrawiam i trzymam kciuki za powieść.
    Szkoda, że nie zdążyłam przeczytać dyskusji o Majgull na ig. Szkoda, że jej nie było tu :)

    • Szkoda, szkoda, też żałuję…

      U mnie to wygląda dość dziwnie, bo „Kwietniowa Czarownica” to pierwsza książka Majgull którą kupiłam, ale jeszcze jej nie przeczytałam. Zgromadziłam sześć tomów zanim wzięłam się za lekturę. Okładkowy fetyszyzm, plus to, że wiele osób polecało mi tę autorkę ;) Zabrałam się na początek za „Tą, która nigdy nie byłam”, bo po opisie byłam pewna, że jest tam motyw podwojenia, który tropię. Pozostałe tytuły też zdają się mieć podobne wątki: zagubiona lub skradziona tożsamość, rozszczepienie, alter ego… Nie wiem jak to wygląda z „Domem Augusty” i które książki Axelsson są najlepsze, a które mona odłożyć na koniec. Ale niewątpliwie ma dar snucia narracji, opowiada o tym co już nie raz napisano, w bardzo oryginalny i obrazowy sposób.

      Emocjonującego odkrywania jej kolejnych historii! :)

  2. Karolino, czuję, że świetnie bym się odnalazła w książce, która byłaby napisana w takim klimacie jak w tym wpisie. Taki obrazy na mnie działają i w takich się lubię zatapiać.

    Wydawało mi się, że coś Majgull czytałam, ale tak przeglądam jej książki i chyba mi się to jednak ubzdurało. Ale te wydania jakieś takie znajome. Gdzieś mi świta po głowie, że był w tej powieści o której myślę jakiś mężczyzna potrącony przez samochód… Kojarzy Ci się to może z czymś tej autorki?

  3. /byłem, przeczytałem, nie wiem jak skomentować, ale chcę zaznaczyć obecność swą, bo mi się podobało/

Dodaj komentarz