Schronisko Mariki Krajniewskiej. Książka z minimalistyczną, intrygującą okładką. Antropomorficzny pies. Z długimi pajęczymi nogami wydaje się taki… ludzki. Czyżby to właśnie okładka była najmocniejszą stroną tej powieści? Jako całość Schronisko rozczarowuje, ale zaczyna się naprawdę dobrze. Pierwsza połowa – obiecującą historia, niecodzienna narracja, wiele pustych miejsc, które uruchamiają wyobraźnię i każą snuć najbardziej szalone przypuszczenia. Pierwsze sto stron połykam ze smakiem i liczę, że kolejne sto tej niedługiej powieści będzie równie niebanalne, ale coś się załamuje. Spadek formy. Pod każdym możliwym względem. Historia zmierza w złą stronę, staje się nieautentyczna; pojawiają się błędy językowe, sporo błędów; szwy opowieści się rozchodzą, jest kiepsko. Pierwsza i druga połowa Schroniska to jak dwie różne książki. Jedna napisana przez utalentowaną i oryginalną autorkę, druga przez nieudolnego amatora. Jedna po solidnej redakcji, druga nawet bez podstawowej korekty. O co tutaj chodzi?

Powieść jest zapisem kilku miesięcy z życia młodego mężczyzny, chemika, doktoranta, który prowadzi schronisko dla bezdomnych zwierząt. Po wyjściu z uczelni zakasa rękawy, karmi i wyprowadza psy na spacer, czyści klatki z odchodów. Później wraca do domu, a tam pijana awanturująca się matka, naćpana młodsza siostra i ojciec, który  leży w szufladzie. Nieobecny od lat. Żywy tylko na fotografii. Ten człowiek potrzebuje celu, potrzebuje oparcia. To pierwsze znajduje, gdy dochodzi do tragedii. Teraz napędza go pragnienie zemsty.

Narracja jest wyraźnie podzielona na dzienną i nocną. Dzień. Noc. Dzień. Noc. Jedno z tych słów otwiera każdą nową relację. Krótkie opisy kolejnych dni zajmują stronę, góra dwie. Monotonia, powtarzalność, a mimo to lektura nie nuży, jest płynna. Przejrzysta – żeby nie powiedzieć transparentna – narracja. Proste krótkie zdania, tworzą przedziwny strumień myśli. Skatalogowany i poukładany. Kiedy do świadomości próbują wedrzeć się wspomnienia czy uczucia, są natychmiast blokowane. Nie ma dla nich miejsca. Bezimienny bohater nie ma czasu ani ochoty na sentymenty. Jest tylko tu i teraz. Ale czy rzeczywiście? Czy wokół niego w ogóle coś jest? W Schronisku zaimki i czasowniki w formie osobowej zastępują ludzi. Podniosłem się z podłogi. Podszedłem do psa. Wyciągnąłem rękę. Uważaj, powiedział, wściekły, powiedział, uśpić i po krzyku, powiedział. Położyłem dłoń na głowie psa (…) Rękawice gumowe żółtego, strasznego żółtego koloru, poleciały w kąt. Poczułem jej dotyk. Dlaczego chłodna skóra jej dłoni cięła mój kark? Daj spokój powiedziała. Jej już nie pomożesz, powiedziała. Na scenie pojawiają się kolejne „osoby dramatu”, coś mówią, robią, wchodzą w interakcje z narratorem, ale nie mają podmiotowości. Nie mają twarzy, wieku, cech charakterystycznych, tożsamości. Czy tajemnicza kochanka to za każdym razem ta sama osoba? Może jest ich wiele, ale każdy napotkany człowiek zlewa się bohaterowi w amorficzną plamę. A może oni wszyscy nie istnieją, są wytworem fantazji przerażająco samotnego człowieka.

Gdyby cała lektura była równie niejednoznaczna, enigmatyczna, oniryczna… Jednak Krajniewska zbacza z kursu. Obraz dysfunkcyjnej rodziny, świetnie oddana zaburzona relacja z matką, neurotyczność bohatera-narratora, wszystko to co najciekawsze, nagle wyparowuje. Może nie jestem w stanie zrozumieć intencji autorki, ale jako całość Schronisko mnie nie przekonuje. Nie umiałabym odpowiedzieć krótko na proste pytanie, o czym właściwie jest ta powieść. Mogę rozebrać ją na drobne części i je opisać, ale nie widzę całokształtu. Historia człowieka zamkniętego w pułapce? Być może. Opowieść o szaleństwie? Zależy jak je zdefiniować. Literacki traktat na temat tego, że człowiek jest zwierzęciem? Naprawdę nie wiem. Zamysł autorki pozostaje dla mnie monstrualną tajemnicą. 

Autor: Marika Krajniewska
Tytuł: Schronisko
Wydawca: Papierowy Motyl

Liczba stron: 200
Wydanie: I (2015)
Oprawa: Miękka
Format: 13 x 20 cm
ISBN: 978-83-62222-84-1