CZEPIAM SIĘ KSIĄŻEK

"Książki często występują w moich snach erotycznych"

May Swenson „Gdybym miała dzieci” [łyk poezji]

Pewne okoliczności sprawiają, że ostatnio – znów – coraz częściej słyszę zestaw pytań, którymi prawdopodobnie są torpedowane niemal wszystkie zamężne, około trzydziestoletnie kobiety. Masz dzieci? Dlaczego nie masz dzieci? Kiedy planujesz mieć dzieci?

Odpowiedź na pierwsze pytanie jest bardzo prosta i ma tylko dwa warianty. Odpowiedź na drugie i trzecie może składać się z wielu argumentów i wątpliwości, ale właściwie nie istnieje. 

Tydzień temu byłam na specyficznym babskim spotkaniu. Wieczór panieński i jak to na nim, doszło do różnych gier, zabaw, były też wróżby… Okazuje się, że będę miała dwóch synów. Wróżba dość ogólna, bez głębszych szczegółów, dat, etc. Chodziło wyłącznie o liczbę i płeć dzieci, w kolejności w jakiej przyjdą na świat. Kiwam głową z niedowierzaniem i politowaniem dla takich metod planowania rodziny, ale… Raptem przychodzi mi na myśl, że mogłabym urodzić bliźnięta. Cóż by to był za zbieg okoliczności. Dar i przekleństwo w jednym, myślę, i przypominam sobie pewien wiersz, który niedawno czytałam… 

Nie, nie jestem gotowa, by mieć dzieci. Nie odczuwam takiej potrzeby. Mój mąż też nie. Nie myślimy o dzieciach i nie rozmawiamy o nich, chyba że ktoś zapyta. Nie, nie wiem czy mój instynkt macierzyński kiedykolwiek się przebudzi. Owszem, jestem zdania, że nie każda kobieta jest stworzona do macierzyństwa, nie wszyscy ludzie muszą mieć potomstwo, a niektórzy wręcz nie powinni.

Nie myślę dużo o dzieciach, ale przy okazji tych pytań, dociekań i rozmów nachodzą mnie różne niepokoje. Tak, trochę się boję, że kiedy – jeśli – zapragnę dziecka, będzie już za późno. Ale czy to znaczy, że mam kalkulować, wyliczać i planować wbrew swoim uczuciom, a w zgodzie z biologicznym rytmem ciała, żeby zdążyć i nie zostać w tyle? 

Kiedy piszę ten tekst, zupełnie nieoczekiwanie przypominają mi się pewne sceny z dzieciństwa. Czyżby natura sobie ze mnie zadrwiła i wszytko wydarzyło się w złej kolejności, jak u Benjamina Buttona?

Mam kilka lat i bawię się lalką, która do złudzenia przypomina niemowlę. Podwijam koszulkę i bardzo mocno przyciskam plastikowe usta do sutka. Śpiewam dziecku i karmię je niewidzialnym mlekiem. Odczuwam też coś bardzo dziwnego. Moje ciało przeszywają dreszcze, czuję błogostan i jakiś rodzaj spełnienia. Kilka lat później, kiedy już rzadko bawię się lalkami, za to mamy z koleżankami swoje pierwsze dziewczęce sekrety, śni mi się koszmar. Rodzę zdeformowane dziecko. Małego potworka, który nawet nie płacze, bo nie ma ust. I tyle. Od tamtej pory nie myślę o dzieciach. Może ten (ir)racjonalny strach siedzi głęboko w mojej podświadomości i trzyma się lepiej, niż mogłoby się wydawać…

Jednego jestem pewna, kiedy słyszę wyrazy, czy, kiedy i dlaczego w połączeniu ze słowem dziecko, niby wiem czego chcę i co odpowiedzieć, ale i tak czuję się zagubiona. I chyba tak już zostanie… Gdybym, gdybyśmy… Nikt tak pięknie o tym nie gdybał jak May Swenson.

Gdybym miała dzieci, nadawałabym im
astrometeorologiczne imiona:
córka Południk, syn Zenit.
Zaćmienie, piękne imię dla obojga.
Anaksymander, dawny uczony grecki
(który zbudował gnomon w Lacedemonii
i dzięki temu przewidział dokładną datę

kiedy miasto zostanie zniszczone przez
trzęsienie ziemi)… Anaksymander, wspaniałe
imię dla dziewczynki. Zdrobnienie
brzmiałoby Anny. Jon, skrót od jonosfery
byłby wdzięcznym imieniem dla
chłopca. Bliźniaki można by nazwać według
planet: Wenus i Merkury albo

Neptun i Mars. Pokochaliby nawzajem
swoje boskie ciała świecące
nad ich sobowtórami na ziemi.
Czy pomyśleliście kiedyś, że z dziewięciu
planet tylko jedna jest rodzaju żeńskiego?
Wenus. Chyba że wliczyć Ziemię. Tak więc
z siedmiorga dzieci Słońca wszystkie są rodzaju męskiego.

Ale gdybym miała dzieci i wnuki,
a potem prawnuki, miliardy nowonarodzonych
księżyców i księżycków tłoczących się
w wizjerach, podsunęłoby mi to
imiona zarazem piękne i słodkie:
Febe, Rea, Dione, córki
Saturna, wraz z braćmi

Tytanem i Janusem. Io, Ganimedes i Kallisto,
synkowie Jupitera: Europa i mała
Amaltea, ich siostry.
Na Io, najbardziej egzotycznym z księżyców
Galileusza, naznaczonych jest sześć przepotężnych
wulkanów: Loki, Hemo, Horus, Dedalus,
Tarsis, Ra, same piękności! Ale wszystko
to chłopcy. Otóż, gdybym miała dzieci,
nie dbałabym o płeć ani orbitę, wybierałabym
tylko imiona dla nich. Wahający się Fobos,
daleki potomek Marsa, nieszczęsny
jak zmarznięty kartofel… gdybym miała
taki koślawy księżyc, imię Fobos pasowałoby
do niego. I kochałabym go na równi.

________________________________________

A jak to jest/ było z wami około trzydziestoletni rodzice i nierodzice?

*

May Swenson (1913-1989), amerykańska artystka szwedzkiego pochodzenia. Poetka i tłumaczka. W jej utworach ścierały się rozważania na temat religii, filozofii, erotyki. Eksperymentowała z formą, tworząc wiersze, w których obok słów równie ważny był układ graficzny, kształt. Tworzyła kaligramy, wywodzące się z bardzo starej techniki zwanej technopaegnią. Była uznawana za jedną z najodważniejszych i najbardziej prowokacyjnych poetek dwudziestego wieku. Prywatnie lesbijka. Nie miała dzieci. 

*

Wiersz Gdybym miała dzieci pochodzi z tomu Dzikie brzoskwinie. Antologia poetek amerykańskich pod redakcją i w przekładzie Julii Hartwig. 

Ikona wpisu przedstawia fragment obrazu olejnego Twins Danna McCawa.

13 Comments

  1. Mocno osobisty temat, ale co tam, wypowiem się ;). Dla mnie dzieci to było od zawsze największe życiowe marzenie, ale coraz częściej myślę, że jednak się nie spełni. Wciąż nie potrafię poczuć się „we właściwym miejscu i czasie”. Kiedyś widziałam rodzicielstwo wyłącznie jako radość, dziś widzę w nim też ogromną odpowiedzialność, i ta odpowiedzialność działa na mnie jakoś paraliżująco. Więc poczucie zagubienia bardzo dobrze rozumiem. Gdybym się teraz cofnęła w czasie i powiedziała samej sobie sprzed lat, licealistce czy nawet studentce o bardzo „mamusiowatych” marzeniach, że to wszystko będzie takie trudne, pewnie by mi się zaśmiała w twarz ;). A wiersz piękny!

    • A wiesz mam przyjaciółkę, która już w liceum często mówiła, że chce mieć dziecko, choćby teraz. Wtedy wydawało mi się to całkowicie naiwne i nieodpowiedzialne (coś podobnego można zobaczyć w filmie „Bejbi Blues”), ale teraz, kiedy już to dziecko od blisko dwóch lat ma, wiem, że to po prostu była jej życiowa ambicja, być matką. Nie rozumiem tego i zarazem rozumiem ją, konkretnie.

      Piszesz, że myśl o dziecku teraz Cię paraliżuje i to jest idealne słowo. Z różnych powodów można nie być na rodzicielstwo gotowym. Mam czasem takie wrażenie, że nasi rodzice (nas jako pokolenia) też nie zawsze byli, ale kiedyś była inna mentalność. Mało kto się przejmował, czy jest stabilizacja, praca, udany trwały związek, po prostu „robiło się” dzieci ;) Teraz nasze pokolenie – a przynajmniej jego część – starannie planuje ten krok, zniknęła spontaniczność, ludzie myślą, jak już osiągnę to, co zamierzam i będę w stanie zapewnić dziecku to co najlepsze, wtedy będzie pora.

      Odrębną rzeczą jest brak instynktu, który mnie dotknął. Z tym to już zupłnie nie wiadomo co począć ;) Bo ja zupełnie nie mam takich rozterek, jak te opisane powyżej znane mi z rozmów z bliskimi i znajomymi. Mam za to dziwne – graniczące z pewnością – przeczucie, że nigdy nie będzie mnie to dotyczyć.

      • Dla mnie taka ambicja jest bardzo zrozumiała :). Ja miałam jeszcze od czasów szkolnych dwa największe marzenia: urodzić dziecko i napisać książkę, przy czym to drugie było takie bardziej „nie na serio”, nierealne, a teraz wszystko się jakoś wywróciło do góry nogami i wydaje się wręcz bardziej realne niż pierwsze (choć wciąż bardzo mało realne :D). „Bejbi Blues” nie znam, obejrzę.

        Nasi rodzice chyba też skupiali się na „robieniu dzieci”, bo nie mieli poza tym za bardzo co robić ;). Nie mieli jednak takich możliwości jak my dzisiaj. Więc z jednej strony jest to, że możemy sobie znaleźć fajną pracę, wyjeżdżać za granicę, podróżować, i to trochę spycha rodzinę na dalszy plan, a z drugiej faktycznie chyba bardziej się ten krok planuje, może nawet za bardzo. Ale niestety jest też spora grupka, która rodzi dzieci bezrefleksyjnie albo dla 500+, a później przybywa na świecie małych nieszczęśliwych ludzi.

        Ja bym chciała przede wszystkim, żeby moje dziecko było szczęśliwe, żeby miało fajną rodzinę, w której może znaleźć oparcie, żeby się czuło bezpiecznie, a żeby tak było, sama muszę się poczuć bezpiecznie i pewnie. A z tym mam problem, i to mnie tak chyba paraliżuje. Instynkt mam za to bardzo silny, więc trochę inna sytuacja niż u Ciebie. Ale co do Ciebie – myślę, że nic na siłę. Bo decydowanie się na dziecko pod presją innych, nie z własnej potrzeby i pragnienia, to prosta droga do bycia złym rodzicem. Trzeba tego naprawdę chcieć. Więc absolutnie nie śpiesz się!

        • Książka to też dziecko i co ciekawe, wiele autorek i autorów przyznaje, że pracuje nad jedną około dziewięć miesięcy ;)

          Masz rację z tymi priorytetami i możliwościami dawniej i dziś. A słynne „pińcset plus” to temat rzeka i jedna z największych porażek ;)

          Trzymam kciuki za to abyś odnalazła poczucie stabilizacji i bezpieczeństwa na wszystkich poziomach i mogła spełnić swoje marzenie. Oba marzenia. Po prostu się spełnić :)

  2. Anna Koblowska

    7 sierpnia 2017 at 19:18

    Droga Karolino, po pierwsze i po najważniejsze, z najgłębszego zakamarka serducha dziękuję Ci za powyższy wpis…

    Wierszem Swenson rozebrałaś moją wrażliwość na czynniki elementarne, bo dla mnie to wiersz o pięknym pragnieniu. Innym, unikatowym, pragnieniu nazwania, tworzenia, pragnieniu miłości. To sedno, posiadanie dzieci – nie świadczy o dojrzałości, więzi i wielkiej miłości względem siebie (partnerzy) i względem dzieci, a też ich brak, w szczególności, gdy dotyczy par, które pragną, a nie mogą mieć dzieci – o braku miłości w związku i „wygodnictwie”, a może być wynikiem dużej świadomości pary, znajomości swych potrzeb i często też własnie wyżej wspomnianych problemów z niepłodnością.

    Mój pogląd na macierzyństwo znasz – uważam, że to sprawa totalnie osobista danej pary, a decyzja o posiadaniu i nieposiadaniu potomstwa nie powinna być w kręgu zainteresowań znajomych, cioć, wujków, sąsiadów, koleżanek i kolegów. Nietakt jednak, jest wkomponowany w polską rzeczywistość i pytanie – „Dlaczego nie macie dzieci?” jest powtarzane jak slogany pogodowe po „dzień dobry”. Moja koleżanka do trzydziestki nie miała dzieci, a jedna sąsiadka cały czas zadawała jej to pytanie, w końcu Ewa odpowiedziała „Proszę Pani, ja nie mam jajników, a mój mąż jąder”. Po roku urodziła się ich córka, ale sąsiadka już nigdy nie ponowiła zapytania ;)

    Dlaczego nie masz? Nie jesteście rodziną, „rodz” – rodzina (słyszałam kiedyś takie tłumaczenie) Dlaczego macie jedno? Czemu nie para? Aj troje, to jest dobra myśl. Kwartet – piękna sprawa itede itepe :)

    Nigdy nikomu nie dogodzimy, grunt, żebyśmy czuły zgodę z samą sobą, swoimi Mężami i partnerami i były szczęśliwe – czy samotnie, czy z gromadką, to już nasz kawałek.

    • Tak, to bardzo intymna rzecz i powinna być rzeczą prywatną, ale nie jest. Bo każde rodzinne spotkanie, każde niespodziewane natknięcie się na ulicy na starych znajomych i każda nowo zawarta znajomość kończy się lawiną tych właśnie pytań. I o dziwo zadają je nie tylko ludzie, którzy sami mają dzieci. Tłumaczenie jest bez sensu, bo i tak nie czuję się zrozumiana, a jeśli nie wdając się w szczegóły skwituję to jakimś żarcikiem, za kilka dni/tygodni spytają ponownie. Błędne koło.

      Kiedyś nawet postanowiłam, że zacznę bezczelnie kłamać, że jestem bezpłodna. Niech się czują zawstydzeni, skoro wtrącają nos w nie swoje sprawy, ale ostatecznie zawsze brakowało mi odwagi na takie maskarady ;)

      Naprawdę jest mi przykro, kiedy słucham, że ktoś chce, a nie może mieć dzieci, stara się od lat, próbuje na różne sposoby, ale nie umiem się z tym pragnieniem do końca identyfikować.

      I tak jak piszesz, najważniejsze to czuć się dobrze ze sobą, szanować swoje potrzeby, i ja właśnie się tak czuję, tylko od czasu do czasu ta presja otoczenia mnie przytłacza i muszę to z siebie wyrzucić, stąd ten post.

      Myślę też, że jestem bardziej rozdarta niż chcę przyznać – chyba ten tekst pomógł mi to zrozumieć – że jednak czuję się w jakiś sposób gorsza, że ten instynkt u mnie się nie rozwinął, albo może go utraciłam…

  3. Jako tata dwóch prześwietnych zbójów muszę przyznać, że… nie wiem, co napisać. I to nawet pomijając kwestię instynktu macierzyńskiego. Dlaczego nie wiem? Dla mnie rodzicielstwo to kwestia tak złożona, pokręcona i nieprzewidywalna, że nie ma tu żadnych receptur od samego początku. Niby można pisać, że powinna to być w 100% pewna decyzja, ale przecież nie da się tak. Znam wiele przypadków, gdy te pewne decyzje w niwecz się obróciły.

    Wiem za to, że rodzicielstwo jest jednocześnie dużo piękniejsze dla kobiety, ale też o wiele, wiele trudniejsze.

  4. Cieszę się, że poruszyłaś ten temat (w dodatku jakie zgrabne połączenie poezji z nieliterackimi przemyśleniami). Wygląda na to, że mamy nie tylko podobne gusta literackie, ale też podejście do rodzicielstwa. Ja również nieubłaganie zbliżam się do trzydziestki i do tej pory jeszcze ani razu nie przyszło mi na myśl, że chciałabym mieć dziecko. Wręcz przeciwnie, są momenty, gdy ludzka głupota jest nie do przewalczenia i wtedy zazwyczaj nachodzi mnie refleksja w rodzaju „I ja miałabym wystawiać moje dziecko na takie zachowania? Wystarczy, że sama muszę żyć na tym świecie, z tymi ludzmi.” etc. Oczywiście nie twierdzę, że nigdy nie zmienię zdania, ale tak jak napisałaś, nic na siłę, tylko dlatego że „zegar tyka”. A co do wiersza, nie znałam go (ani autorki), więc dziękuję za nowe odkrycie!

    • Tak się jakoś okoliczności złożyły, że przypomniałam sobie ten poemat, a sama też poznałam go nie tak dawno, tej wiosny, polecam całą antologię „Dzikie brzoskwinie” :)

      Temat trochę prowokacyjnie, ale też dlatego, żeby podzielić swoimi odczuciami i powiedzieć: „przestańcie mnie w kółko o to pytać, nie wiem, nie wiem i jeszcze raz nie wiem”. Chociaż wątpię by wielu moich znajomych to przeczytało, mimo udostępnienia na prywatnym profilu…

      Rozumiem, że nie odczuwasz na razie instynktu i nie myślisz intensywnie o zakładaniu rodziny, ale jestem ciekawa czy też na okrągło zmagasz się z taką presją otoczenia i pytaniami. Twoja sytuacja jest trochę inna, robisz doktorat, spełniasz się zawodowo, jesteś też kilka lat młodsza, do tego żyjesz w innym kraju. Czy mentalność Francuzów – młodszego i starszego pokolenia – w kwestii rodzicielstwa różni się od tej tutaj?

      Ja jestem bardzo długo (dwanaście lat) w związku, nie robię oszałamiającej kariery, pracuję w domu (więc dla wielu nie pracuję wcale), a zatem to wręcz podejrzane, że jeszcze nie mam dzieci. Na co czekam? Tak to wygląda niestety. Już od dawna staram się unikać wielkich rodzinnych spotkań, na których ten temat będzie wałkowany. Nienawidzę być w centrum takich rozmów ;)

      • U mnie nie ma natarczywych pytań o dziecko tylko dlatego, że cała moja rodzina uważa, że dopóki nie wezmę ślubu z moim partnerem o dzieciach nie ma mowy. Bardzo tradycyjne podejście, więc przynajmniej z tym mam spokój, ale oczywiście naleganie na ślub jest stale obecne. Natomiast Francuzi mają zupełnie inne podejście. Po pierwsze, coraz mnie dzieci rodzi się w zalegalizowanych związkach. Po drugie, normą jest, że kobiety zaczynają myśleć o macierzyństwie dopiero po 30-tce, czasami w okolicach 40-tki. W Polsce mam wielu znajomych w moim wieku, którzy mają już jedno, czasami nawet dwoje dzieci. Natomiast tutaj w gronie moich równolatków i wczesnych 30-latków (wśród nich jest kilka par z dłuższym stażem) nikt ich nie ma i nikt o nie nie pyta. Jeśli już pojawia się ten temat to w kategoriach „A ty, chciał(a)byś mieć dzieci?” i odpowiedź jest najczęściej „Może kiedyś.”. To daje naprawdę duży komfort psychiczny, gdy nie ma presji otoczenia i rodzina nie nalega.

Dodaj komentarz