Pewne okoliczności sprawiają, że ostatnio – znów – coraz częściej słyszę zestaw pytań, którymi prawdopodobnie są torpedowane niemal wszystkie zamężne, około trzydziestoletnie kobiety. Masz dzieci? Dlaczego nie masz dzieci? Kiedy planujesz mieć dzieci?

Odpowiedź na pierwsze pytanie jest bardzo prosta i ma tylko dwa warianty. Odpowiedź na drugie i trzecie może składać się z wielu argumentów i wątpliwości, ale właściwie nie istnieje. 

Tydzień temu byłam na specyficznym babskim spotkaniu. Wieczór panieński i jak to na nim, doszło do różnych gier, zabaw, były też wróżby… Okazuje się, że będę miała dwóch synów. Wróżba dość ogólna, bez głębszych szczegółów, dat, etc. Chodziło wyłącznie o liczbę i płeć dzieci, w kolejności w jakiej przyjdą na świat. Kiwam głową z niedowierzaniem i politowaniem dla takich metod planowania rodziny, ale… Raptem przychodzi mi na myśl, że mogłabym urodzić bliźnięta. Cóż by to był za zbieg okoliczności. Dar i przekleństwo w jednym, myślę, i przypominam sobie pewien wiersz, który niedawno czytałam… 

Nie, nie jestem gotowa, by mieć dzieci. Nie odczuwam takiej potrzeby. Mój mąż też nie. Nie myślimy o dzieciach i nie rozmawiamy o nich, chyba że ktoś zapyta. Nie, nie wiem czy mój instynkt macierzyński kiedykolwiek się przebudzi. Owszem, jestem zdania, że nie każda kobieta jest stworzona do macierzyństwa, nie wszyscy ludzie muszą mieć potomstwo, a niektórzy wręcz nie powinni.

Nie myślę dużo o dzieciach, ale przy okazji tych pytań, dociekań i rozmów nachodzą mnie różne niepokoje. Tak, trochę się boję, że kiedy – jeśli – zapragnę dziecka, będzie już za późno. Ale czy to znaczy, że mam kalkulować, wyliczać i planować wbrew swoim uczuciom, a w zgodzie z biologicznym rytmem ciała, żeby zdążyć i nie zostać w tyle? 

Kiedy piszę ten tekst, zupełnie nieoczekiwanie przypominają mi się pewne sceny z dzieciństwa. Czyżby natura sobie ze mnie zadrwiła i wszytko wydarzyło się w złej kolejności, jak u Benjamina Buttona?

Mam kilka lat i bawię się lalką, która do złudzenia przypomina niemowlę. Podwijam koszulkę i bardzo mocno przyciskam plastikowe usta do sutka. Śpiewam dziecku i karmię je niewidzialnym mlekiem. Odczuwam też coś bardzo dziwnego. Moje ciało przeszywają dreszcze, czuję błogostan i jakiś rodzaj spełnienia. Kilka lat później, kiedy już rzadko bawię się lalkami, za to mamy z koleżankami swoje pierwsze dziewczęce sekrety, śni mi się koszmar. Rodzę zdeformowane dziecko. Małego potworka, który nawet nie płacze, bo nie ma ust. I tyle. Od tamtej pory nie myślę o dzieciach. Może ten (ir)racjonalny strach siedzi głęboko w mojej podświadomości i trzyma się lepiej, niż mogłoby się wydawać…

Jednego jestem pewna, kiedy słyszę wyrazy, czy, kiedy i dlaczego w połączeniu ze słowem dziecko, niby wiem czego chcę i co odpowiedzieć, ale i tak czuję się zagubiona. I chyba tak już zostanie… Gdybym, gdybyśmy… Nikt tak pięknie o tym nie gdybał jak May Swenson.

Gdybym miała dzieci, nadawałabym im
astrometeorologiczne imiona:
córka Południk, syn Zenit.
Zaćmienie, piękne imię dla obojga.
Anaksymander, dawny uczony grecki
(który zbudował gnomon w Lacedemonii
i dzięki temu przewidział dokładną datę

kiedy miasto zostanie zniszczone przez
trzęsienie ziemi)… Anaksymander, wspaniałe
imię dla dziewczynki. Zdrobnienie
brzmiałoby Anny. Jon, skrót od jonosfery
byłby wdzięcznym imieniem dla
chłopca. Bliźniaki można by nazwać według
planet: Wenus i Merkury albo

Neptun i Mars. Pokochaliby nawzajem
swoje boskie ciała świecące
nad ich sobowtórami na ziemi.
Czy pomyśleliście kiedyś, że z dziewięciu
planet tylko jedna jest rodzaju żeńskiego?
Wenus. Chyba że wliczyć Ziemię. Tak więc
z siedmiorga dzieci Słońca wszystkie są rodzaju męskiego.

Ale gdybym miała dzieci i wnuki,
a potem prawnuki, miliardy nowonarodzonych
księżyców i księżycków tłoczących się
w wizjerach, podsunęłoby mi to
imiona zarazem piękne i słodkie:
Febe, Rea, Dione, córki
Saturna, wraz z braćmi

Tytanem i Janusem. Io, Ganimedes i Kallisto,
synkowie Jupitera: Europa i mała
Amaltea, ich siostry.
Na Io, najbardziej egzotycznym z księżyców
Galileusza, naznaczonych jest sześć przepotężnych
wulkanów: Loki, Hemo, Horus, Dedalus,
Tarsis, Ra, same piękności! Ale wszystko
to chłopcy. Otóż, gdybym miała dzieci,
nie dbałabym o płeć ani orbitę, wybierałabym
tylko imiona dla nich. Wahający się Fobos,
daleki potomek Marsa, nieszczęsny
jak zmarznięty kartofel… gdybym miała
taki koślawy księżyc, imię Fobos pasowałoby
do niego. I kochałabym go na równi.

________________________________________

A jak to jest/ było z wami około trzydziestoletni rodzice i nierodzice?

*

May Swenson (1913-1989), amerykańska artystka szwedzkiego pochodzenia. Poetka i tłumaczka. W jej utworach ścierały się rozważania na temat religii, filozofii, erotyki. Eksperymentowała z formą, tworząc wiersze, w których obok słów równie ważny był układ graficzny, kształt. Tworzyła kaligramy, wywodzące się z bardzo starej techniki zwanej technopaegnią. Była uznawana za jedną z najodważniejszych i najbardziej prowokacyjnych poetek dwudziestego wieku. Prywatnie lesbijka. Nie miała dzieci. 

*

Wiersz Gdybym miała dzieci pochodzi z tomu Dzikie brzoskwinie. Antologia poetek amerykańskich pod redakcją i w przekładzie Julii Hartwig. 

Ikona wpisu przedstawia fragment obrazu olejnego Twins Danna McCawa.