Wers, który utkwił w pamięci i co jakiś czas powraca, jakby ktoś wypowiadał słowa wewnątrz głowy. Macie taki wers? Wydaje się, że znamy jego oryginalne brzmienie, a kiedy po latach słyszymy go w pierwotnym kształcie i szerszym kontekście, okazuje się, że nasz umysł trochę go jednak zmodyfikował.

Czy takim wersem może być filmowa scena? Dlaczego nie. Dla mnie jest nim wycinek Miasteczka Twin Peaks. Scena, od której wszystko się zaczęło. Dla mnie. Maddy Ferguson i demoniczny Bob spleceni w uścisku. Tańczą. Danse macabre. Głowa dziewczyny uderza o ścianę, na której wisi obraz w szklanej ramie. Szyba  pęka. Twarz dziewczyny pęka. Maddy umiera. A mnie przez wiele lat wydaje się, że widziałam jak ginie Laura Palmer.

Mam jakieś osiem, dziewięć lat, kiedy polska telewizja po raz pierwszy emituje serial Davida Lyncha. Zamiast tańca widzę szarpaninę, zamiast ściany z obrazem drewniany kredens z szybkami, jaki wówczas stał niemal w każdym polskim domu. Ale nie w domu Palmerów. Moja pamięć połączyła w jedno dramatyczną scenę z serialu i meblościankę z domu babci albo ciotki. Może właśnie tam zobaczyłam ten krwawy obraz…  Zajęci sobą dorośli i dzieci podglądające zakazany serial…

Ta scena była ze mną przez wiele lat, jak wers który odbija się echem w umyśle. Po raz pierwszy wkroczyłam do miasteczka Twin Peaks jako dziecko. Weszłam tam tylko jedną stopą, zajrzałam jednym okiem. Na dobre zamieszkałam w nim dopiero jedenaście lat temu, jako świeżo upieczona dwudziestolatka. Właśnie wtedy telewizyjna dwójka ponownie wyemitowała Miasteczko Twin Peaks. Zaczęły się wieczory w oparach mocnej kawy i przy dźwiękach hipnotyzującej muzyki. Oniryczna atmosfera, szum daglezji, pohukiwanie sowy… Wyśnione miejsce… Chyba nigdy stamtąd nie wróciłam. Przynajmniej nie w całości.

W chwili pojawienia się serialu Lyncha na ekranie, Laura Palmer stała się ikoną i kimś na kształt patronki zagubionych nastolatek. Była wszędzie. Nawet Marcin Świetlicki śpiewał, że to on zabił Laurę Palmer…

Twin Peaks to fenomen. Miejsce piękne i paskudne, dobre i złe, słodkie i gorzkie. Niebezpieczne, ale paradoksalnie pociągające. Niepokoi, trochę się go boisz, ale chcesz tam być. Wielokrotnie wracasz. Przyciąga jak magnes. Tak się też składa, że w Twin Peaks roi się od sobowtórów i lustrzanych odbić. Nie mogę nie kochać tego miejsca. Może właśnie tam idą „dusze” po śmierci…

Jak powiedziałby olbrzym, to znów się dzieje. Wielki powrót serialu. Dziś premiera w Stanach, polscy fani zasiądą przed telewizorami już za dwadzieścia kilka godzin. Dokąd trafimy? Czy Twin Peaks się zmieniło? Czy nadal jest tym samym miejscem? Minęło tyle lat…

To idealny moment aby wrócić do twinpeaksowskich lektur. Bo Twin Peaks to nie tylko telewizyjny serial i film Ogniu krocz ze mną, to całe ogromne uniwersum, w którym znalazło się też miejsce na literaturę i fan-fiction. Więcej na ten temat pisałam TUTAJ. Jeśli zaś chodzi o książki, których premiera poprzedziła planowany od dłuższego czasu powrót serialu na ekrany, to najpierw były Sekrety Twin Peaks – które mają mieć niebawem kontynuację – a równolegle z serialem wraca też Sekretny dziennik Laury Palmer. Nowe wydanie książki Jennifer Lynch pozwala czytelnikom raz jeszcze wniknąć w umysł nastolatki. Dziewczyny, która igrała z ogniem, która wolała zginąć niż oddać się w pełni demonicznemu Bobowi.

Laura umarła, ale jutro nie umiera nigdy. Spotkamy się w Twin Peaks.