Guguły Wioletty Grzegorzewskiej to żadna nowość, a jednak niedawno o książce zrobiło się głośno za sprawą tegorocznej nominacji do Man Booker International Prize. Od lat mieszkająca w Anglii Grzegorzewska jest tam znana jako Wioletta Greg. Guguły wydano w angielskim przekładzie jako Swallowing Mercury.

Przyznam, że mam co do Guguł mieszane uczucia, jednak z przewagą tych pozytywnych. Ta niedługa, licząca nieco ponad sto stron, opowieść zachwyciła mnie i wywołała nostalgię. Lektura była swoistą podróżą w przeszłość. Własne dzieciństwo i dorastanie mimochodem stawało mi przed oczami. Mogłam identyfikować się z bohaterką i narratorką Guguł, mogłam przeglądać się w jej doświadczeniach jak w lustrze, a jednak były momenty, gdy lektura lekko rozczarowywała. Już po trzydziestu stronach odniosłam wrażenie, że cała ta historia jest jak melodia wygrywana na jednej nucie. Żadnych napięć, zmian tonacji czy tempa, żadnych fałszywych dźwięków… Był też moment, gdy pomyślałam, że Grzegorzewska trywializuje niektóre poważne tematy, takie jak chociażby wykorzystywanie seksualne. Sama nie wiem, może to i dobrze, że w odróżnieniu od innych autorów unika patosu, histerycznych i dramatycznych gestów. Jej bohaterowie nad wszystkim co się dzieje, przechodzą do porządku dziennego, bo takie jest życie. 

Jestem też rozdarta z innego powodu. Z jednej strony szczerze podziwiam autorkę za niezwykle syntetyczne wyrażanie myśli, z drugiej czuję niedosyt, jakby czegoś tej opowieści brakowało. Napisać niewiele słów, a zawrzeć w nich wiele treści, to prawdziwa sztuka. Sztuka, którą Grzegorzewska zdaje się mieć we krwi. Nad każdym zdaniem Guguł można by się zatrzymać i wyłuskać z niego ogrom znaczeń, reminiscencji, refleksji, uczuć… Dwadzieścia cztery wyrwane z kontekstu opowiastki, które jednak tworzą spójną całość. Te krótkie rozdziały stanowią odrębne historie, mikroskopijne opowiadania, których treść odczuwa się wszystkimi zmysłami. Zapachy i smaki, dotyk szorstkiej tkaniny, widok bogato zdobionych dewocjonaliów, głos babki szepczącej litanie i dziadka nucącego zakazane piosenki. Wreszcie muśnięcie warg, pierwsze erotyczne doświadczenia, pierwsza strata, bo Guguły to też proza inicjacyjna, w której wiele rzeczy dzieje się po raz pierwszy, a niektóre po raz pierwszy i jedyny. Niewiarygodne jak wiele udało się autorce zmieścić w tej niepozornej książeczce, a mimo to chciałoby się, aby każda z urwanych nagle opowieści miała dalszy ciąg. W Gugułach jest wiele miejsc do wypełnienia, pewnie właśnie o to chodziło Grzegorzewskiej, byśmy zrobili to sami, w wyobraźni.

Hipnotyzujący początek i równie piękny, refleksyjny koniec. W środku jest trochę tak jak z tytułowymi gugułami. Niektóre mikroopowieści są jak nie do końca dojrzałe owoce. Niedojrzałe niedojrzałością którą się wybacza, bo tkwi w każdym z nas. Niedojrzałością, która ma swoją wartość. Może taka była intencja autorki, dzięki temu te surowe historie zyskują bardziej uniwersalny wymiar. Niby to opowieść o konkretnej dziewczynce i świecie, w którym dorasta – na tyle intymna, iż ma się wrażenie, że autobiograficzna – a tak naprawdę historia każdego, kto ją czyta. Książka o sobie, książka do której chce się wracać. Pełna dziecięcych fantazji i snów na jawie ballada. Bezpretensjonalna i piękna w swej prostocie. Mówiąca o człowieku więcej niż niejeden opasły tom. Przekonajcie się sami:

Ojciec w trumnie? Czy to on? Może to nie on, tylko jego wypchany sobowtór? Na klapie marynarki zaschnięta kropla wosku wyglądała jak odprysk żółtego paznokcia. Mucha usiadła na koronkowym podgłówku (…) Pewnego dnia dziadek pokazał mu w dziupli gniazdo kuny. Rysiu włożył rękę do środka i wymacał w puchu ciepły miot. Chciałby zamienić się na życia z tymi tumakami, zamieszkać w lesie i dzielić z nimi jaja ptaków i królicze nory, ale jednak pobiegł za dziadkiem, bo zrobiło się ciemno, a potem ciągle musiał za kimś biec i wszystko zleciało jak w amerykańskim filmie. Na nic nie starczało czasu i pieniędzy. Rysiu uwijał się jak w ukropie, żeby zarobić na buty, na pierwszy garnitur, przetrwać falę w wojsku, kupić sobie wueskę, zabrać Zosię na zabawę, zdążyć na egzamin w technikum rolniczym, na ślub, chrzciny i na nocną zmianę (…) Dziwnie jest urządzony ten świat (…) Nawet nie zdążyłem się obejrzeć, już nazywają mnie starym, a przecież w środku jestem jak te guguły.

 

Autor: Wioletta Grzegorzewska
Tytuł: Guguły
Wydawnictwo: Czarne

Liczba stron: 120
Wydanie: I (2014)
Oprawa: Miękka ze skrzydełkami
Format: 12.5 x 19 cm
ISBN: 978-83-7536-696-9