Przechodzę przez ścianę, rozumiesz? Co świt budzi mnie stanowczy głos, wstaję i idę do tego pokoju. Pewnego dnia ktoś wołał mnie zza tej tapety. Zajrzałam do szafy. Nikogo tam nie było. Ale głos wciąż mnie wzywał, więc przycisnęłam się do ściany, a ona ustąpiła jak liście i znalazłam się w środku. Uważasz, że zmyślam, prawda? Wchodzę do dużego pokoju, jest jasno i cicho. Ludzie przesuwają się do przodu i do tyłu niektórzy do mnie mówią, a ja ich rozumiem… Cytat ten nie pochodzi z Żółtej tapety, chociaż mógłby. To słowa Karin, bohaterki filmu Jak w zwierciadle Ingmara Bergmana. Obejrzałam go jakiś czas temu i od razu pomyślałam o opowiadaniu Charlotte Perkins Gilman, które czytałam przed laty. Zaczęłam się zastanawiać, czy szwedzki reżyser zainspirował się opowieścią amerykańskiej autorki, czy może ta wizja zrodziła się w jego wyobraźni niezależnie. Wierzę, że mogło tak być. Wierzę, że ludzie w różnych momentach i różnych częściach świata mogą mieć podobne myśli, wpadać na analogiczne pomysły. Wierzę też w to, że pewne przedmioty, uwalniają podobne skojarzenia. W uniwersalny sposób oddziałują na naszą wyobraźnię, podświadomość. Archetyp tapety – brzmi śmiesznie, ale jeśli potraktować to zjawisko szerzej… Jak postrzegamy ścianę i to co za nią. Co symbolizuje, co skrywa, jak oddziałuje na wyobraźnię? Czy może być przejściem do innego świata? Nawet jeśli tylko urojonego…

Dawno, dawno temu, dwadzieścia lat wstecz, a może nawet więcej, mieszkaliśmy w pegeerze, w tak zwanym czworaku. W pokoju, który dzieliłam z siostrą, była charakterystyczna ściana. A raczej nie była, bo oto zamiast ściany, wielka szafa z dykty biegnąca wzdłuż pokoju. Można sobie wyobrazić jak takie miejsce wpływa na fantazję dziecka. Wewnątrz zero światła, drzwi tylko w jednym miejscu, żeby schować coś głębiej lub wyjąć, trzeba wczołgać się do środka… Szafa miała coś na kształt półek i dzieliła się na dwa piętra. To od podłogi było niższe, miało niecały metr, powyżej część około półtorametrowa, po której mały człowiek bez problemu mógł spacerować. Co było po drugiej stronie tej szafy? Druga szafa, w drugim biegnącym równolegle pokoju. Można powiedzieć, że nie raz weszłam w ścianę. Przyznajcie, robiliście podobnie?

Pamiętam, że tapeta też tam była. Popielata w abstrakcyjne wzory przypominające pnącza i kwiaty. Podejrzewam, że właśnie staje wam przed oczami wasz dziecięcy pokój z charakterystycznie ozdobioną ściną, być może właśnie tapetą… Widzieliście na niej twarze? Czy po zmroku wpadające przez okno cienie malowały na niej nowe wzory, alternatywny świat, który trochę niepokoił, ale też ciekawił i pociągał? Czy po latach zniszczone i naderwane kawałki tapety tworzyły znajome kształty? Widzieliście wpatrujące się w was oko albo profil męskiej twarzy o wydatnym podbródku? Ja tak. Za oddartym w rogu skrawkiem papierowej tapety kryła się również tęcza barw. Warstwy farb, kolory pozostawione przez poprzednich lokatorów. 

A jak to wyglądało w utworze Charlotte Perkins Gilman? Ściany są mocno zniszczone (…) Spore kawałki oderwanego papieru zwisają w strzępach (…) W życiu nie widziałam brzydszej tapety. To jeden z tych zawiłych, kwiatowych wzorów, łamiących wszelkie zasady estetyki. Deseń jest tak nudny, że szybko nuży śledzące go oczy, a zarazem na tyle powtarzalny, że działa na nerwy i zmusza do obserwacji, lecz jeśli w pewnym wycinku śledzi się chaotyczne i zmienne linie, niespodziewanie giną one śmiercią samobójczą – uwikłane w pętle, dokonują samozniszczenia wśród niesłychanych sprzeczności. Kolor jest okropny, wręcz odrażający: przydymiony, brudny odcień żółtego, dziwnie spłowiały od wędrującego powoli słońca. Miejscami widzi się ponury oranż, to znów przyprawiającą o mdłości barwę siarki (…) Tapeta patrzy na mnie, jakby wiedziała, że potrafi doprowadzić człowieka do obłędu. W jej wzorze powtarza się deseń podobny do skręconego karku i dwojga odwróconych, wyłupiastych oczu, patrzących na widza (…) Żółta tapeta ma ukryty deseń o innym odcieniu, szczególnie denerwujący, bo daje się zobaczyć tylko w pewnym oświetleniu, i to niewyraźnie. Ale w miejscach, gdzie kolory nie spłowiały od blasku słońca, dostrzegam dziwną, intrygującą, bezkształtną postać, która zdaje się czatować za bezsensownym i wyraźnie widocznym deseniem, który ją zasłania. 

Dopóki ten inny świat w ścinie lub za ściną widzi dziecko, nie ma w tym nic złego, takie jest prawo dzieciństwa – śnić na jawie. Ale kiedy podobne miejsce opisuje dorosła kobieta – żona i matka – czujemy niepokój, a po skórze przebiega nieprzyjemny dreszcz.

Żółta tapeta to symboliczne opowiadanie ze wstrząsającą puentą. Jest tu gotycka groza, elementy fantastyki, tajemnicza – do pewnego momentu zdaje się, że nawiedzona – rezydencja. Ale tak naprawdę ta historia jest wielką metaforą. Ukazuję głębię ludzkiej psychiki i wewnętrzne doświadczenia osoby odizolowanej od świata i zamkniętej w pokoju z zakratowanymi oknami. Gilman mistrzowsko i w skondensowanej formie przedstawiła proces stopniowego zanurzania się w obłęd. Trudno nie oszaleć, kiedy tkwisz tygodniami w czterech ścianach, kiedy zabrania ci się cokolwiek robić, każe leżeć i „odpoczywać”. Odebrano ci możliwość realizowania pasji i uczestniczenia w życiu rodzinnym. Odebrano ci  s ł o w a,  te mówione i pisane… A wszystko to „dla twojego dobra”. Jednak prawda jest taka, że zostałaś wygnana. Choroba cię wyklucza. Ta choroba to depresja. Bliscy zamiast pomóc, nieświadomie (czy na pewno?) przyczyniają się do pogorszenia twojego stanu psychicznego. Raz wyolbrzymiają, raz bagatelizują objawy. Tymczasem w twojej głowie dzieje się coś niebezpiecznego. Z nudów rodzą się fantazje, z nadwrażliwości psychodeliczne halucynacje. Wytwory fantazji zaczynają dominować nad trzeźwym postrzeganiem. Zwykła tapeta zamienia się w lustro, które w symbolicznym przebraniu odzwierciedla twoją przyszłość.

Gilman sięga do motywu podwojenia/zdwojenia i kreuje charakterystycznego sobowtóra. Wydaje się, że narratorka tej historii nie jest pierwszą kobietą, którą spotkał podobny los. Czy jej doświadczenia są powtórzeniem wydarzeń sprzed lat? Czy tajemnicza kobieta uwieziona w tapecie jest widmem poprzedniej lokatorki tego domu, czy jedynie wytworem wyobraźni? A może alter ego bohaterki? 

Lustro, oraz wiele innych analogicznych motywów, znajdziecie też u Bergmana. Jego film z 1961 roku zatytułowany Jak w zwierciadle to historia młodej kobiety cierpiącej na chorobę psychiczną, prawdopodobnie schizofrenię. Tak jak w opowiadaniu z 1892 roku, zalecaną terapią jest izolacja i wyciszenie. W filmie ma to zagwarantować odcięta od świata wyspa. Karin zamieszkuje wraz z bratem, ojcem i mężem w starym domu nieopodal skalistej plaży. W Jak w zwierciadle motyw tapety pojawia się zupełnie nieoczekiwanie. Monolog Karen, w którym wyznaje, że widzi i słyszy ludzi żyjących po drugiej stronie tapety, a także umie przenikać przez ściany, jest momentem krytycznym. Przytoczone na początku wpisu słowa kobiety są jak przyznanie się do zbrodni. Zbrodni bycia szaloną.

Opowiadanie Gilman i film Bergmana to – mimo licznych podobieństw – nadal dwie różne opowieści i warto poznać je obie. Akurat w moim umyśle nakładają się na siebie, tworząc dwa warianty tej samej historii – dramat osamotnionej i niezrozumianej kobiety. W Żółtej tapecie mąż bohaterki, lekarz, testuje na niej swoje wątpliwe medyczne umiejętności, natomiast w filmie najwięcej sprzeciwu budzi postawa ojca bohaterki, który zaburzenia psychiczne córki traktuje jako przedmiot obserwacji i idealny materiał na książkę, która pomoże mu wrócić na literacki piedestał. W obu opowieściach czuć, że bohaterki są zniewolone nie tylko przez chorobę, ale też wtórnie więzione przez bliskich, ich zakazy i nakazy. W obu też unosi się  subtelna aluzja do tłumionej seksualności. Filmowa Karin znajduje się w trudniejszej sytuacji niż bohaterka i narratorka opowiadania Gilman, ale paradoksalnie ta różnica jeszcze bardziej je zbliża, bo pokazuje, że nieistotne, „tylko” depresja czy „aż’ schizofrenia, obie te choroby mogą mieć podobne źródła, być równie niebezpieczne, a pierwsza może ewoluować w drugą.

Grafika – Monika Rokicka. Źródło: „Nowa Fantastyka” [wydawca Prószyński i S-ka], nr 8 (239), sierpień 2002.

*

Na marginesie, dekadę temu opowiadanie Gilman zyskało w Polsce sporą popularność, za sprawa publikacji w „Wysokich Obcasach”. Przy tej okazji wybuchło trochę kontrowersji, ponieważ czytelnicy zauważyli słusznie, że głosząca dumnie publikację pierwszego polskiego przekładu Żółtej tapety redakcja „WO” jest w błędzie. Przekład Klary Naszkowskiej nie był pierwszym tłumaczeniem opowiadania Gilman. Pięć lat wcześniej utwór ten przełożyła Iwona Żółtowska, opublikowano go wtedy na łamach czasopisma „Nowa Fantastyka” (oprócz tego już w 1998 w sieci pojawiło się amatorskie tłumaczenie tekstu autorstwa Marka Jedlińskiego). Tak się składa, że mam to wydanie „NF”. Przekład jest według mnie bardziej udany od tego w „WO”. Lepiej oddaje nastrój tamtych czasów. Język jest delikatnie archaiczny, ale co ważne, jest to bardzo subtelna stylizacja. Przekład Iwony Żółtowskiej jest też dokładniejszy. Czołgać się, to czołgać, a nie eufemistyczne „skradać się ponad”. Dodatkowo tekst ilustrują – nawiązujące do stylu secesyjnego – grafiki Moniki Rokickiej. Sfotografowałam dla was opowiadanie otwierające sierpniowy numer z 2002 roku. Poniżej przeczytacie całość, sami oceńcie, które tłumaczenie bardziej się wam podoba. Ja dodam tylko, że to przykre, iż „Nowa Fantastyka”, która utrzymuje się na rynku wiele lat, nie jest poważnie traktowana – a wręcz ignorowana – przez bardziej popularne i opiniotwórcze wydawnictwa oraz część – na szczęście tylko część – odbiorców. Nie jest to czasopismo poświęcone wyłącznie popkulturze, literackiej grozie, fantasy i sci-fi. Odświeża też klasykę polskiej i zagranicznej literatury pięknej z domieszką niesamowitości i publikuje naprawdę ciekawe artykuły okołoliterackie, filmowe i muzyczne. Dobre teksty i pięknie ilustracje. Bo liczy się pasja, a właśnie ona jest esencją takich, wydawałoby się niszowych, czasopism i małych redakcji. 

Żółta tapeta to wieloznaczne i otwarte na przeróżne interpretacje opowiadanie pełne podtekstów. Twórczość Charlotte Perkins Gilman stała się przedmiotem badań krytyki feministycznej i ze względu na temat oraz formę jest zaliczana do nurtu kobiecego pisarstwa zwanego écriture féminine. Pozwoliłam sobie na dość swobodną impresję na temat najpopularniejszego opowiadania autorki, ale jeśli interesują was konkrety, na przykład konteksty historyczny i autobiograficzny tej opowieści, zachęcam do zajrzenia na Wielki Buk. Znajdziecie tam informacje na temat diagnozowania i leczenia kobiecej depresji u schyłku XIX wieku, w tym niesławnej terapii doktora Mitchella, którą Gilman przywołuje w Żółtej tapecie.

*