Dzisiejsza recenzja rozpoczyna się – na wzór otwarcia Balu na ugorze – ostrzeżeniem. Uprzedzam, że tym razem piszę nie tylko o literaturze. Dzisiejszym tekst zawiera mnóstwo wspomnień i subiektywnych wrażeń. Traktuje o książkach, filmach, moich osobistych doświadczeniach, etc. Krótko mówiąc, o sztuce, życiu i śmierci.

Po raz pierwszy mam okazję napisać na blogu o autorze, którego uważam za genialnego człowieka i artystę totalnego, dlatego nie umiem ograniczyć się do prostej recenzji przeczytanej lektury. W ogóle zauważyłam już jakiś czas temu, że pochłaniając kolejne utwory, nierzadko na tyle mocno przesiąkam ich stylem, że kiedy siadam do pisania recenzji, w pewnym stopniu ten styl kopiuję. Wszystko to dzieje się podświadomie i intuicyjnie, dlatego nie zamierzam tego zwalczać. Dzisiaj daję się ponieść i zamierzam pogawędzić trochę w duchu toporowskim.

Moja literacka przygoda z Toporem zaczęła się paradoksalnie od dwóch filmów. Pierwszym był Nosferatu wampir Wernera Herzoga. Topor gra w nim postać Renfielda. Chociaż odtwarza rolę drugoplanową, to jego kreacja jest według mnie najsilniej zapadającą w pamięć i nawet bardziej demoniczną, niż postać wampira odegrana przez Klausa Kinskiego. Ekranizacji Draculi Stokera było wiele i tak samo wiele było ekranowych kreacji Renfielda, ale tę toporowską uważam za niedościgniony ideał psychodelicznego obłędu. Scena, kiedy próbuje wyswobodzić się z kaftana bezpieczeństwa, mamrocze i histerycznie się śmieje, to po prostu mistrzostwo. Kiedy blisko pięć lat temu po raz kolejny oglądałam Nosferatu – tym razem z wielką uwagą i dociekliwością, bo byłam w trakcie pisania pracy dyplomowej na temat ewolucji mitu wampira w kulturze – zwróciłam uwagę na tę kuriozalną postać i nieprzeciętnego odtwórcę roli szalonego prawnika. Sprawdziłam jego personalia i tak po raz pierwszy zetknęłam się z nazwiskiem artysty. Zafascynowana tym, niestety nieżyjącym już, człowiekiem zaczęłam kolekcjonować jego powieści i nie będzie przesadą stwierdzenie, że są to – obok dzieł kilku innych powszechnie cenionych autorów – najlepsze książki, jakie w życiu czytałam.

Drugi film, który nierozerwalnie wiąże się z nazwiskiem Topora i jednocześnie należy do moich ulubionych obrazów, to Lokator w reżyserii Romana Polańskiego. Kiedy wiele lat temu po raz pierwszy go oglądałam, nie miałam świadomość, iż jest to scenariusz adaptowany na podstawie powieści francuskiego pisarza o polskich korzeniach. Chimeryczny lokator był rzecz jasna pierwszą  powieścią Topora po którą sięgnęłam i od tego momentu jestem wielbicielką jego twórczości.

Niezliczone podobieństwa postaci tej powieści do osób realnych nie powinny przesłonić podstawowej między nimi różnicy, czyli tego, iż bohaterowie literaccy są mniej od żywych śmiertelni, na czym poważnie cierpi ich humor.

Tymi słowami rozpoczyna się ostatnia powieść Rolanda Topora Bal na ugorze. Zdaniem niektórych, powieść autobiograficzna, chociaż sam autor mówił o niej: Moim celem nie była spowiedź, lecz opisanie ponurych, przesiąkniętych strachem przed śmiercią myśli rojących się w głowie. Cóż, nie da się zaprzeczyć, że mamy mniej szczęścia od bohaterów literackich, wszelkich idei i wytworów fantazji, które mają szansę przetrwać, jeśli nie wiecznie, to przynajmniej wieki. Topor, mimo że jeszcze za życia był uznanym twórcą i nie musiał się obawiać, że jego artystyczna spuścizna odejdzie w zapomnienie, wyjątkowo bał się przemijania i końca życia. W snutej w narracji pierwszoosobowej powieści główny bohater – alter ego autora – o śmierci myśli niemal nieustannie.

Akcja Balu na ugorze zamyka się w trzech dniach, jednak czytelnik ma szansę zagłębić się nie tylko w opowieść o bieżących wydarzeniach, ale także prześledzić niemal całe życie bohatera. Zarówno obiektywne, jak i to fantazmatyczne. Bal na ugorze to zbiór reminiscencji, odległych wspomnień przemieszanych z halucynacjami, snami na jawie. To zapis dwóch żyć: zewnętrznego i wewnętrznego. Dla bohatera powieści przyszedł moment rozliczeń. Widmo rychłego odejścia z tego świata sprawia, że jeszcze za życia zaczyna doznawać śmierci. Zdaje się znajdować na jej granicy, chociażby przez fakt ciągłego o niej rozmyślania. Bohater pozostaje w stanie permanentnego doświadczania sytuacji granicznej, jaką bez wątpienia jest umieranie.

Perspektywa, w jakiej ukazuje Topor starzenie się i umieranie, od razu przywiodła mi na myśl rozważania Kingsley’a Amisa z powieści Zielony człowiek, której obszerny fragment przytaczam poniżej:

Śmierć stanowi integralną część życia. Wyrażamy na nią zgodę poprzez sam akt narodzin […] Naprawdę nie rozumiem, dlaczego każdy kto nie jest dzieckiem, kto teoretycznie jest dostatecznie dojrzały, aby pojąć, co to takiego śmierć, nie spędza całego czasu na rozmyślaniu o niej. To całkiem intrygująca myśl, że niczym nie będziemy, że nigdzie nas nie będzie, a świat mimo to będzie nadal istnieć. Po prostu wszystko zatrzyma się na zawsze, nie tylko na miliony lat. I musimy osiągnąć punkt, za którym nic więcej nas nie czeka. Sądzę, że każdy całkowicie wypełnia swój umysł tą perspektywą, zwłaszcza że wszyscy znajdziemy się tam wcześniej czy później, być może wcześniej. Oczywiście nie można twierdzić, że tylko to nas czeka. W tym czasie zdarzy się jeszcze mnóstwo innych rzeczy, jak na przykład czekanie na wizytę u lekarza, umawianie się na badanie, czekanie na badanie i czekanie na wyniki badania. Umawianie się na drugie badanie i czekanie na nie, czekanie na jego wyniki i przyjęcie do szpitala na obserwację, leżenie w szpitalu i czekanie na operację, czekanie na narkozę, czekanie na wiadomość o wynikach operacji, czekanie na druga operację i czekanie na wiadomość o jej wynikach i na wiadomość, że niestety nie mogą zrobić niczego, co radykalnie poprawiłoby nasz stan, ale oczywiście, zrobią co tylko w ich mocy, żeby przedłużyć nam życie i złagodzić cierpienie i dopiero wtedy wszystko się  z a c z y n a.  I minie jeszcze mnóstwo czasu, zanim dotrzemy do etapu, na którym zaczniemy przeżywać pewne rzeczy po raz ostatni, na przykład nasze urodziny, wyjazd na wakacje, obiad w restauracji, a potem całą resztę, jak wyjście z domu, zejście po schodach, położenie się do łóżka, przebudzenie się, położenie się i zamknięcie oczu, nadejście senności, i też  dopiero wtedy wszystko się zaczyna.

To właśnie Amis powiedział, że śmierci nie można doświadczyć, bo kiedy przychodzi jest już po wszystkim, jednak Topor zdaje się zadawać kłam temu twierdzeniu. Nie podziela także zdania angielskiego pisarza, że śmierć jest jedynie transformacją, początkiem innego istnienia. Trudno rozstrzygnąć, czy bohater Balu na ugorze – jak już wspomniałam porte-parole Topora – wierzy, czy nie wierzy, ale na pewno chciałby wierzyć, bo wkłada w usta jednego z bohaterów słowa: Co to za różnica, czy Bóg istnieje czy nie, skoro potrzebuję go, by żyć.

Życie, śmierć, świadoma egzystencja, zawieszenie egzystencji i wegetacja – o tym wszystkim traktuje ostatnia powieść Topora. Obsesja na punkcie swojej rychłej śmierci zaowocowała tą świetną książką, która jest dla mnie jedną długą sentencją, przekazaniem całej swojej wiedzy nabytej przez dekady. Niektórzy dobrze wiedzą, że jestem fanatyczną zbieraczką książkowych cytatów, które uważam za godne wypisania i uwiecznienia. W przypadku Balu na ugorze już po kilku stronach doszłam do wniosku, że nie ma sensu zaznaczanie kolejnych akapitów i zdań, bo cała ta książka to nietypowa, bo ponad dwustustronicowa, ale jednak maksyma, mądrość którą chcę zapamiętać.

Ponieważ Bal na ugorze w sposób przenośny ukazuje człowieka jako produkt coraz mniej natury, a coraz bardziej kultury, a także odnosi się do metaforycznego leżenia odłogiem człowieka, nie mogę nie przytoczyć anegdoty z mojego życia związanej z Toporem i agrokulturą właśnie. Działo się to pewnego letniego wieczoru. Cieszyłam się lekturą pierwszego wydania niepublikowanych dotąd opowiadań autora –  tomu Czarne krowy – wylegując się (czemu narrator Balu na ugorze prawdopodobnie by przyklasnął) na łonie przyrody (czego autor słów: przynależność do natury to nie powód, bym ją podziwiał […] że do natury należę? Dobry powód, by siebie znienawidzić! Właśnie dlatego pale i piję za dużo. Nie cierpię wszystkiego, co we mnie naturalne, raczej by nie pochwalił), czyli na trawniku przed rodzinnym domem. Ponieważ dzień był wyjątkowo upalny, mój ojciec postanowił wieczorem podlać ogród warzywny. Musiały go dziwić dolatujące co chwilę odgłosy parskania i chichotu, które wydawałam podczas czytania kolejnych opowiadań. Skierował zatem wąż ogrodowy w moją stronę. Poderwałam się i wykrzyknęłam: ”Kurwa! Tato! Co ty robisz?!”, co wprawiło mojego rodzica w osłupienie. Książka nie ucierpiała jakoś szczególnie, szybko wyschła i jest p r a w i e  jak nowa, ale mój umysł, wyrwany tak brutalnie ze świata Topora, zareagował spontanicznie i uznał chyba, że – parafrazując klasyka – ta zniewaga zniewagi wymaga. Nawiasem mówiąc, tylko dla Topora mogłabym podjąć trud nauczenia się francuskiego, aby móc przeczytać wszystkie jego teksty nieprzetłumaczone na język polski. I kląć po francusku.

Wracając do zagadnienia kultury to w Balu na ugorze przybiera ona postać popkultury i tak zwanej kultury konsumpcyjnej, przeciwko której bohater się buntuje. Dlatego z dnia na dzień postanawia zrezygnować z telewizji, teatru, koncertów, a nawet czytania prasy, położyć się odłogiem i kontemplować. Życie konsumpcyjne postrzega jako życie pozorne, zastępcze, niepełne. Mówi też stanowcze nie dla inwigilacji i wszechobecnego monitoringu, który śledzi każdy jego krok, sprowadzając do roli statysty, miernego aktora bez gaży i prawa do urlopu.

I tutaj pojawia się kolejna ambiwalencja. Z jednej strony bohater pragnie anonimowości i życia z dala od zgiełku współczesnego świata, z drugiej nie chce żyć w cieniu, boi się bycia nikim. Jest jedno znamienne zdanie, które pada w powieści dwa razy: Zacząłem od zera, nie doszedłem do niczego, wielkiego.

Najdramatyczniejszym w moim odczuciu fragmentem książki jest ten, w którym bohater symbolicznie żegna się z życiem niszcząc swoje pamiątki, wyrzucając do śmieci wszystko, co do tej pory stanowiło dla niego wartość – czy to materialną, czy też sentymentalną. Niczym bohaterowie filmu Michaela Hanekego Siódmy kontynent pozbywa się dorobku swojego życia. Pierwsze wydania ulubionych książek lądują w koszu razem z resztkami jedzenia i fusami kawy, bo ich właściciel postawił sobie za punk honoru wyrzucenie wszystkiego jak leci. Gdyby posiadał jakieś oszczędności, pewnie – podobnie jak rodzina Schoberów – spuściłby je w toalecie.

Literatura jest jednym z bohaterów utworu Topora. Książki są w nim nieustannie obecne. Są dla bohatera niczym przekleństwo, klątwa od której nie umie się uwolnić. 

Za plecami słyszę brzęk tłuczonego szkła. Odwracam się i widzę chmarę książek wylatującą z księgarni pedagogicznej, której witryna rozsypuje się w drobny mak. Wzlatują wysoko w purpurowe niebo, zawracają nad dachami i spadają wprost na mnie. Ptaki w tekturowych oprawach […] okładkami walą mnie po głowie, broszury wymierzają mi policzki. Bronię się, uchylam od ciosów, wymachuję rękami na wszelkie strony i drę bezlitośnie kartki, jakie zdołam chwycić. Zranione książki pełzają po chodniku, dobierają mi się w drgawkach do łydek. Depczę je z pasją, wciąż jednak przylatują nowe.

Fantasmagoryczną wizję ucieczki przed książkami, które ścigają bohatera niczym – jak sam to określił –  ptaki z horroru Hitchcocka odbieram jako symboliczne uśmiercenie w sobie pisarza, artysty. W Balu na ugorze nie raz pojawiają się słowa gorzkiej refleksji o byciu/bywaniu artystą i percepcji sztuki zarówno przez krytyków jak i masowych odbiorców, których gusta są równie zmienne i chimeryczne jak pogoda.

O ostatniej powieści Topora można by powiedzieć jeszcze bardzo wiele, ale ten tekst rozrósł się tak bardzo, że chyba wypada już go podsumować.

W Balu na ugorze, jak w życiu, jest wszystko. Rozważania o codzienności i zdarzeniach niecodziennych; o folgowaniu hedonistycznym pragnieniom i innych przyziemnościach; o pieniądzach, których zawsze za mało; o samotności, miłości i innych potrzebach wyższych; o poszukiwaniu wiary i poszukiwaniu siebie; o życiu, śmierci i sztuce. 

Znakiem wyróżniającym prozę Topora jest to, że o cierpieniu, trudnych i przygnębiających tematach mówi w taki sposób, że z jednej strony pojawia się uczucie grozy i paniki, z drugiej strach jest oswajany. Kluczem do tego jest humor. Nie nazwałabym Topora optymistą, ale z pewnością był on autorem obdarzonym jedynym w swoim rodzaju poczuciem humoru, z rodzaju tych, które mogą człowieka uchronić przed depresją czy szaleństwem. W końcu celem Topora było ośmieszać komedię świata.

img021

Autor: Roland Topor
Tytuł: Bal na ugorze
Przekład: A. Taborska

Wydawnictwo: Sonia Draga
Liczba stron: 220
Wydanie: I (2010)
Oprawa: Twarda
Format: 13 x 20 cm
Cena z okładki: 29.90
ISBN: 978-83-7508-294-4