Jeszcze jedna taka książka i uznam Lauren Groff za mistrzynię literackiej mistyfikacji. A może to nie jej zasługa? Może amerykańskie i zagraniczne wydawnictwa, które publikują i promują książki Groff, potrafią zrobić wokół nich burzę? Utopia, dystopia, ponadczasowa, zniewalająca, oszałamiająca – tyle jeśli chodzi o blurby. Już wydana rok temu Fatum i Furia nie była wcale tym, co zapowiadali wydawcy, miała jednak inne walory, które zadecydowały o tym, że pokochałam tę powieść. Fatum i Furia mocno podzieliła czytelników a także krytyków. Dla jednych grafomania, dla drugich mistrzowsko skomponowana opowieść o miłości i mitologizowaniu własnej przeszłości. Obie powieści Groff mają punkty styczne, obie nie są tym, czego się spodziewałam, ale tylko jedna z nich wzbudziła we mnie żywe emocje i wyjątkowo głęboką refleksję. Druga niemalże uśpiła. Druga, która była pierwszą…

Bibliografia Lauren Groff przedstawia się następująco: The Monsters of Templeton (2008), Arcadia (2012), Fates and Furies (2015), plus kilkanaście opowiadań publikowanych w czasopismach, oraz te wydane w zbiorze Delicate Edible Birds (2009). Na polskim rynku wydawniczym najpierw pojawiła się najmłodsza powieść Groff, Fatum i Furia, dopiero później wydawcy zainteresowali się wcześniejszą książką pisarki. Tym sposobem dokładnie za tydzień na księgarniane półki trafi Arkadia.

Powieść składa się z czterech obszernych rozdziałów, między którymi są duże przeskoki czasowe. Rozpoczyna się w latach siedemdziesiątych XX wieku, kończy w roku 2018. Do Arkadii wkraczamy wraz z dzieckiem, chłopcem który dopiero się urodzi, ale będąc w łonie matki już odczuwa świat.

Lutek, pierwszy Arkadianin, czyli pierwsze dziecko które urodziło się po założeniu komuny. Czy jest kimś niezwykłym, wybrańcem? Wydaje się, że tak. Uważany za opóźnionego w rozwoju chłopiec nie rozwija się tak jak inne dzieci. Nie rośnie, w wieku czterech lat jeszcze nie mówi, wygląda jak bobas i nadal jest karmiony piersią. Jednak to tylko ciało. Umysł ma Lutek wielki. Obserwuje świat z dziecięcą naiwnością, ale i przenikliwością. Intuicyjnie wyczuwa to, czego inni nie dostrzegają. Do pewnego momentu przypomina Oskara z Blaszanego bębenka Güntera Grassa.

Pierwszej części Arkadii bliżej do powieści inicjacyjnej niż literackiej utopii. Komuna, której członkom przyświeca motto: Równość. Miłość. Praca. Otwartość na potrzeby każdego, zdaje się być tylko tłem. W centrum jest chłopiec, empata, który wtulając się w miękkie ciało matki, podgląda jej surrealistyczne sny, widzi wspomnienia, odczytuje nastroje. Nieme dziecko, które samym dotykiem dłoni i obecnością koi obolałe i wyczerpane kobiety podczas porodu. Czy – jak mawia jeden z bohaterów – ten Lutek Stone jest połączony z Wszechświatem?

Inicjacje. Pierwszą z nich jest widok starca umierającego nagle przy ognisku. 

Twarz starca zmienia się. Zdziwienie pojawia się pośród starczych rysów. Lutek zaskoczony nie może oderwać wzroku. Oczy mrugają, aż zatrzymują się i pozostają otwarte. Lutek czeka na kolejny kłąb pary z pobrużdżonego nosa. Kiedy się nie pojawia, czuje w piersi ucisk. Podnosi głowę z ramienia Abe’a. Powoli wargi starego człowieka robią się fioletowe; mgła, lód zasłania mu gałki oczne. Nici znieruchomienia oplatają serce.

Czy już wtedy ujawnia się w Lutku  skłonność do melancholii i depresji, którą odziedziczył po matce? Czy znaleziona przypadkiem książka nie jest jego pierwszą ucieczką od świata? Chłopiec samodzielnie uczy się czytać. Instynktownie nabywa świadomość czym są dane słowa, jakie niosą znaczenie. Rozwija się jego wyobraźnia. Pierwsze lektura to mroczne baśnie braci Grimm. Nagle Arkadia i otaczające ją lasy stają się groźnym i złowrogim miejscem. To o czym Lutek czyta, staje się filtrem, przez który obserwuje Arkadię i jej mieszkańców.

Teraz w jego głowie wyłaniają się osobne szuflady, w których segreguje ludzi. Rączka to żabi król. Tytus – samotny ogr (…) Wysoki Abe z narzędziami, z siekierą i brodą to drwal. Eden (…)  to królowa (…) Astrid jest trudna: włosy jej lśnią jak księżniczce, ale twarz ma starą, a zęby straszne; odbiera porody i daje ludziom lekarstwa, jak wiedźma, ale jest żoną Żabiego Króla, jak królowa. Co do niej zdecyduje później.

Ta niewątpliwie ciekawa perspektywa świata widzianego oczami dziecka powoli się rozmywa. Opowieści zaczyna brakować płynności. Nie ma w niej dramatyzmu ani napięcia. W Arkadii dochodzi czasem do koszmarnych scen, jak pożar, w którym kobieta zamieniła się w żywą pochodnię, upadek z dachu, który uczynił mężczyznę w sile wieku inwalidą, czy rzeź owiec – trauma którą Lutek współdzieli z inną bohaterką literacką, Clarice z Milczenia owiec Harrisa, ale gdyby chciało się stworzyć plan wydarzeń tej opowieści, byłoby to trudne, bo tak naprawdę niewiele się tu dzieje.

Przychodzi taki moment kiedy myślę: a może Groff pisząc o tych raz zdołowanych, raz roześmianych hippisach sama była na haju? To by tłumaczyło, dlaczego język jest trochę przepoetyzowany. Może i czytanie Arkadii byłoby znośniejsze po kilku blantach. Ale (nie)stety nie palę. Dlatego były chwile kiedy zamiast wejść głęboko w opowieść, oddalałam się od słów i bezmyślnie przebiegałam po nich wzrokiem. Zaraz, o czym to było? I od nowa, ta sama strona. Po dwóch zdaniach znów gubiłam wątek, więc jeszcze raz i znowu… dzień świstaka. Kiedy Groff odpływa w swoich nużących opisach, ja też odpływam. Parzę kolejna kawę, żeby nie przysnąć, pojawia się kolejny ciekawy wątek, jak ten o platonicznej miłości Lutka do jego animy, Helle, ale i on szybko rozmywa się w potoku słów, które pięknie brzmią, ale niewiele znaczą.

Arkadia jest i zawsze była gorzka, tyle że większość ją idealizowała. Istniała tylko w wyobraźni, była utopijną ideą. Czy nie taka jest właśnie etymologia utopii? Od greckiego outopos, nie-miejsce, miejsce, którego w rzeczywistości nie ma… Arkadianom towarzyszy tęsknota za ziemskim edenem, ale nie ma w nich woli, by ten ideał zrealizować. Jest tylko eskapizm i błędne założenie, że w komunie panuje równość i żyje się tu łatwiej niż na zewnątrz. A prawda jest taka, że w pogoni za mirażem wspólnoty, która jest jak wielka rodzina, zaniedbuje się tych, którzy są naprawdę bliscy. Rączka, „symboliczny” przywódca Arkadian ignoruje własne dzieci. Jego córka i syn czują się odrzuceni i niekochani. Więzi słabną. Dopiero po opuszczeniu Arkadii rodziny znów są rodzinami. Małymi, ale realnymi wspólnotami.

Do napisania Arkadii miała zainspirować Groff społeczność Amiszów, do której należeli jej rodzice. Dlaczego nie napisała właśnie o nich? Amisze pojawiają się w Arkadii jako trzecioplanowi bohaterowie, ci którym, w odróżnieniu od Arkadian, udało się stworzyć własny mikrokosmos, ale przez członków komuny są postrzegani jako jeszcze dziwniejsi, niż my bylibyśmy w realnym świcie.

Cały czas mam w pamięci film Osada (The Village). Opowieść Groff – jeśli rozpatrywać ją w kategorii utopii – nie ma nawet połowy ciężaru historii wyreżyserowanej przez Shyamalana. Brakuje tu dramatyzmu, ambiwalencji i skrajności, które zazwyczaj towarzyszą podobnym opowieściom. Poza głównym bohaterem nie ma zapadających w pamięć portretów, brak charyzmatycznych postaci i postaw, które charakteryzują się pewną uniwersalnością. Wizja arkadyjskiej krainy w wykonaniu Groff zupełnie do mnie nie przemawia. Jej Arkadia nie jest niedookreślona, ona jest bezpłciowa. Bez krzty napięcia wyczekuję, kiedy to „idealne” społeczeństwo się posypie i wcale nie jest mi go żal. Pomijając, że Arkadia to głód, zimno, narkotyki, w teorii poliamoria a w praktyce przyzwolenie na promiskuityzm i seks z nieletnimi, temu miejscu brakuje „kręgosłupa”. Ot, banda hippisów, którym się wydaje, że mogą wieść idealne życie z dala od cywilizacji. Tylko niewielki ułamek członków komuny bierze zobowiązania na poważnie. Ciężko pracują dla dobra innych, nie otrzymując niczego w zamian. Kiedy społeczność rozrasta się z osiemdziesięciorga do tysiąca (sic!) obywateli, życie zamienia się w jedną wielką ćpuńską imprezę. O jeden wór zioła za dużo. Za dużo o jednego trupa. Koniec Arkadii.

Teraz powinien się pojawić dramatyczny opis zderzenia ze światem zewnętrznym. Powinien, ale Groff nie opisuje lęków i tęsknot, które paraliżują człowieka wyrwanego z jedynego znanego mu dotąd świata. Ktoś rozbił kopułę Arkadii i wsadził cię w mrowisko Nowego Jorku, ale to nic, świetnie się przystosowujesz, zostajesz artystą, robisz karierę na uniwersytecie albo zbijasz fortunę na nowoczesnych technologiach, a jedyny ślad po dawnych nawykach to telefon w stylu retro, bo nie cierpisz komórek. Poważnie? Jak można tak upraszczać?

Później jest jeszcze gorzej. Tak jakby autorka odhaczała kolejne daty i etapy. W pośpiechu, powierzchownie, bezrefleksyjnie. Oczywiście zdarzają się intrygujące wątki, jak chociażby ukazanie Ameryki A.D. 2018 na podobieństwo Polski doby komunizmu. Łapanki na ulicach, aresztowania za nieprawomyślność, polityczne prześladowania. Szokująca wizja, ale właściwie niczego do powieści nie wnosi. Natomiast dystopia Groff sprowadza się do kilku faktów i danych liczbowych na temat epidemii, która dziesiątkuje ludzkość w różnych częściach świata. Maseczki na twarzach, zamknięte lotniska i przepełnione szpitale. Tylko tyle. Arkadia jest jak średnio udany patchwork, poszczególne elementy są barwne i mają potencjał, ale jako całość tworzą coś karykaturalnego. Podobna metafora pojawia się w samej książce w odniesieniu do arkadyjskiej komuny. Taka jest też Arkadia literacka.

Pamiętasz, kiedy byliśmy mali? Lutek, obojętnie jak było źle, zawsze byliśmy tym zwartym małym zespołem. Ciągle myślę o filcu, wiesz o tym materiale. Bierzesz sweter albo coś z włóczki, moczysz to i pocierasz, aż wszystkie nitki i rzędy łączą się ze sobą w jedną nierozerwalną masę. Ale teraz mamy jakby milion zwariowanych dziewiarzy, którzy robią swoje tak jak potrafią, ten facet robi pasek, tej dziewczynie wydaje się, że robi ocieplacz na imbryk, czy coś innego, i wychodzi nam największy, najbrzydszy, najgłupszy koc na świecie, którym nawet się nie przykryjemy i nie ogrzejemy. 

Można by pozbyć się całej tej pseudo-utopijnej otoczki i byłaby to ta sama powieść obyczajowa o miłości i przemijaniu. Arkadia to historia, która snuje się leniwie i tylko uznanie jej za impresję na temat ludzkiego losu, może ją uratować. Arkadia jako metafora życia. Narodziny, dorastanie, starzenie się, powolne umieranie. Matka i syn połączeni niewidoczną pępowiną, którą przetnie dopiero śmierć jednego z nich. Ojciec i córka spleceni taką samą niewidzialną nicią…

Najsilniej przemówiła do mnie druga połowa ostatniego rozdziału. Chyba właśnie dlatego, że najmniej w nim utopijnych idei, a najwięcej prawdziwego, surowego życia. Bez snucia fantazji, bez wielkich nadziei i bez planów. Tylko tu i teraz. Dopiero wtedy człowiek zaczyna dostrzegać, widzieć. Nie potrzebna mu Arkadia. Cały świat nią jest, jeśli dobrze mu się przyjrzeć. Piękny i odrażający. Dobry i okrutny. Baśniowy i koszmarny. Świat antytez. Innego nie będzie.

Autor: Lauren Groff
Tytuł: Arkadia
Wydawnictwo: Znak
Przekład: W. Marcysiak

Liczba stron: 350
Wydanie: I (2017)
Oprawa: Twarda
Format: 14 x 21 cm

Dziękuję wydawnictwu Znak za nadesłany egzemplarz recenzencki.