Mój związek z poezją to bardzo skomplikowana sprawa. Nie umiem pisać wierszy i do niedawna uważałam, że nie umiem ich też czytać. To trudne. A poezja nie powinna być trudna w odbiorze. Jest kilku poetów których bardzo cenię. Tadeusz Różewicz, Czesław Miłosz, Leopold Staff, Paul Verlaine, Rainer Maria Rilke, a z absolutnej klasyki Mickiewicz i Shakespeare. Często wracam do twórczości Edgara Allana Poego, ale to wciąż mało. Przyznaję, czytam zbyt mało poezji.  Chyba bardziej przemawia do mnie proza poetycka. Mam słabość do poematów Stanisława Przybyszewskiego, ogromne wrażenie zrobiły na mnie teksty ubiegłorocznej laureatki Nagrody Nike, Bronki Nowickiej. Moim najnowszym odkryciem jest twórczość T.S. Eliota. Z jednej strony bardzo liryczna, z drugiej zaskakująca prostotą i naturalnością. Znalazłam niedawno w antykwariacie dwa tomiki Eliota. Wybór poezji opublikowany w 1988 roku przez Państwowy Instytut Wydawniczy i Cztery kwartety w oryginale – Four Quartets od A Harvest Book. 

Prawdziwa poezja przemawia do nas nim zostanie zrozumiana (…) niekonieczne od razu trzeba pojąc treść poezji, by móc się nią cieszyć – lecz radość poetyckiego doznania zachęca nas do podjęcia wysiłku aby tę treść zrozumieć – twierdził Thomas Stearns Eliot. Może właśnie tak było ze mną i z Prufrockiem. Bo właśnie od poematu Pieśń miłosna J. Alfreda Prufrocka, od jego pierwszych wersów, zaczęło się moje uwielbienie dla Eliota. Zaznaczam jednak, że wszystko co tutaj piszę, piszę z pozycji laika. Nie zagłębiłam się w eseje i twórczość krytycznoliteracką Eliota ani w biografię noblisty. Nie czytałam nic poza dwoma wspomnianymi tomikami. Kiedyś na pewno to nadrobię, a tymczasem kilka mocno subiektywnym obserwacji z lektury wierszy, które sprawiły, że mam ochotę na więcej poezji.

W istocie zadaniem poety jest tworzenie poezji z niewyczerpanych zasobów tego, co niepoetyczne – przeczytałam we wstępie do polskiego wydania poematów. To słowa samego Eliota i nie jest to pusty frazes. Poeta dokładnie to robi, opowiada o codzienności, ludzkiej egzystencji sprowadzonej do łańcucha banalnych rytuałów i o nieuchronnym przemijaniu. 

Utwory Eliota odbieram jako prozaiczne i poetyckie zarazem. Czymś niezwykłym są słowa – a zdarza się, że i całe wersy – umieszczone w nawiasach, przecież nawiasy są takie niepoetyckie… To poezja pozbawiona wielopoziomowych metafor, o które czytelnik się potyka, nie ma tu stylistycznych pułapek, a jednak każdy z utworów Eliota wydaje się symboliczny. Jako całość. W skali makro. 

eliot1

Pieśń miłosna J. Alfreda Prufrocka to monolog dojrzałego mężczyzny, być może artysty, który nie czuje się nikim wyjątkowym. Wielu poetów – i szerzej, artystów – kreowało się na półbogów, tworzenie było dla nich synonimem omnipotencji, tymczasem bohater Eliota to człowiek znużony, słaby, pytający nieustannie: Czy się ośmielę? Jak mam się ośmielić? I jak zacząć?

W krótkim wprowadzeniu do poematów Eliota przeczytamy: przywrócił lekceważonej na początku XX wieku poezji angielskiej intelektualną i emocjonalną godność (…) Było to możliwe w dużej mierze dzięki jego wyjątkowej sprawności technicznej w posługiwaniu się wolnym wierszem, która nigdy nie oznaczała dowolności czy braku rygorów. Eliot uważał, że w wierszu najbardziej interesujące są te wersy, które – dążąc do osiągnięcia jak gdyby pewnego wzoru – ostatecznie nigdy w nim nie zastygają (…) To właśnie ten kontrast między stałym a zmiennym – to nieoczekiwane uniknięcie monotonii jest istotą wiersza. 

Wiersza, ale też życia. Bo podmiot liryczny poematów Eliota dokładnie to próbuje robić. Z jednej strony podporządkować się zasadom, z drugiej je odrzucić. Wymknąć się rutynie. Poematy Eliota mają pesymistyczną wymowę. Człowiek zdominowany przez fizjologię: jedzenie, sen, ruch, bezruch – i tak w kółko. Człowiek pokonany przez starzejące się ciało, bezsilny i bezwolny. Prowadzi kurtuazyjne rozmowy o niczym, jest więźniem konwenansów, odlicza kolejne podwieczorki i filiżanki herbaty, jest samotny wśród ludzi, pogrążony w marazmie. Jest lunatykiem.

Łyżeczkami kawy odmierzyłem życie;
(…)
Jak wtedy mogę zacząć
Wypluwanie niedopałków dnia mojego życia?
(…)
Czyżbym po herbacie, keksach, lodach
Miał siłę przemóc ten słabości moment?
Lecz choć płakałem i modliłem się, pościłem i płakałem,
Choć ujrzałem na półmisku mą głowę (nieco wyłysiała),
Nie jestem prorokiem – i tu nie ma to wielkiego znaczenia;

Widziałem chwilę błysku mojej wielkości,
Widziałem, jak wiekuisty sługa trzyma mój płaszcz i chichocze
I krótko mówiąc, czułem przerażenie.

Utwory takie jak cytowana wyżej pieśń, a także Wydrążenie ludzie (The Hollow Men), Ziemia jałowa (The Waste Land) czy Gerontion również ukazują pustkę i miałkość egzystencji. Poeta nazywa człowieka błaznem i chochołem. Eliotowski bohater może być marionetką w rękach demiurga, ale chyba jeszcze bardziej przypomina statystę, dublera, który obserwuje z boku, jak ktoś odgrywa przeznaczoną dla niego rolę, żyje życiem, na które jemu samemu zabrakło odwagi. Do pesymistycznej wizji losu człowieka dochodzi też poczucie kresu całej cywilizacji, która ostatecznie też niewiele znaczy. W Wydrążonych ludziach Eliot pisze:

I tak się właśnie kończy świat
I tak się właśnie kończy świat
I tak się właśnie kończy świat
Nie hukiem ale skomleniem.

Cztery kwartety różnią się od wspomnianych wyżej poematów. Nadal są zanurzone w egzystencjalizmie, ale dominuje w nich refleksja nad wiarą, dążeniem do transcendencji i konkretną religią – chrześcijaństwem. Cztery kwartety są bogate w mitologiczne i sakralne odwołania.

DSC_6310

Mój związek z poezją to bardzo skomplikowana sprawa. Boję się jej. Boję się, że coś źle zrozumiem, przeinaczę intencje autora. Boję się, że nie spodoba mi się to, czym inni się zachwycają. Że zabraknie mi przenikliwości i wrażliwości… Koniec z tym szaleństwem. Doszłam dziś do wniosku, że mam prawo odbierać literaturę subiektywnie. Mogę czytać – i odczytywać – wiersze tak jak podpowiada mi serce i osobiste doświadczenia. Bo poezja, i wszelkiego rodzaju sztuka, rodzi się dwa razy. Pierwszy raz rodzi ją autor, drugi raz odbiorca. Amen.

*

Jeśli macie ochotę przeczytać fragment otwierający Pieśń miłosną J. Alfreda Prufrocka, to zamieszczam go poniżej w trzech wariantach. Po wielokrotnej lekturze nadal nie mogę się zdecydować, który przekład podoba mi się bardziej, ale wiem jedno, w oryginale Eliot brzmi fenomenalnie. 

Oryginał T.S. Eliota:

Let us go then, you and I,
When the evening is spread out against the sky
Like a patient etherized upon a table;
Let us go, through certain half-deserted streets,
The muttering retreats
Of restless nights in one-night cheap hotels
And sawdust restaurants with oyster-shells:
Streets that follow like a tedious argument
Of insidious intent
To lead you to an overwhelming question…
Oh, do not ask, “What is it?”
Let us go and make our visit.

In the room the women come and go
Talking of Michelangelo.

The yellow fog that rubs its back upon the window-panes,
The yellow smoke that rubs its muzzle on the window-panes,
Licked its tongue into the corners of the evening,
Lingered upon the pools that stand in drains,
Let fall upon its back the soot that falls from chimneys,
Slipped by the terrace, made a sudden leap,
And seeing that it was a soft October night,
Curled once about the house, and fell asleep.

W przekładzie Michała Sprusińskiego, z tomiku Wybór poezji:

Idźmy więc, ty i ja,
Kiedy wieczór na niebie rozpostarty trwa
Jak pacjent eterem uśpiony na stole;
Idźmy przez jakieś wyludnione uliczki,
Gdzie mamroczące zacisze
Bezsennych nocy w pokojach na godziny
I knajp ze skorupami ostryg w trocinach:
Uliczki ciągną się jak nudna dysputa
Z podstępną intencją,
Aby cię wpędzić w nękające kwestie…
Och, nie – „Co to?” – nie pytaj,

Idźmy już i złóżmy wizytę.

W salonie, gdzie kobiety krążą dokoła,
Rozmowa wokół Michała Anioła

Żółta mgła, co pociera grzbiet o szyby okien,
Żółty dym, co pociera swój pysk o szyby okien,
Wpełza językiem w zaułki wieczoru,
Liże kałuże, co w rynsztoku stoją,
Zbiera na grzbiet sadzę prószącą z kominów,
Wślizguje się pod taras, podrywa do skoku,
A widząc, że to cicha noc październikowa,
Zwija się wokół domu i zasypia.

W przekładzie Stanisława Barańczaka, odnalezione w sieci:

Chodźmy więc, ty i ja, przed siebie,
W ten wieczór, rozciągnięty bezwładnie na niebie
Jak pacjent pod eterem na stole;
Chodźmy przez te uliczki, na wpół wyludnione,
Zapewniające mrukliwą osłonę
Bezsennym nocom w hotelach, gdzie płaci się od godziny,
I knajpach, gdzie pod nogą skorupy ostryg, trociny…
Uliczki, co się ciągną jak nudna dysputa,
W której adwersarz udaje, że słucha,
Po to, by cię przygwoździć, gdy zapyta o…
Nie pytaj: „O co zapyta?”.
Chodźmy, przed nami wizyta.

W salonie – panie, pań, paniami, paniom.
Konwersacja. Temat: Michał Anioł.

Żółta mgła, co ociera się grzbietem o szyby,
Żółty dym, który mordę rozpłaszcza na szybie,
Wetknął dziś ozór w każdy kąt wieczoru,
Wytaplał się w kałuży w zatkanym odpływie,
Podstawił grzbiet pod sadzę, prószącą z kominów,
I nagłym skokiem dostał się na taras;
Widząc, że jest spokojna noc październikowa,
Zwinął się wokół domu, po czym zasnął zaraz.

O ile nie zaznaczono inaczej, cytowane fragmenty pochodzą z tomiku T.S. Eliot. Wybór poezji od Państwowego Instytutu Wydawniczego.