Lubię sięgać po zbiory opowiadań. Jeśli opowiadanie jest dobre, w skondensowanej formie zawiera takie samo bogactwo treści, jak niejedna obszerna powieść. Opowiadania z tomu Floryda są dobre. Oryginalne, ale też na tyle uniwersalne, że przemówią do szerokiego grona czytelników.

Pięć tekstów o ludziach niezwykłych w swej zwyczajności i zwyczajnych w swej niezwykłości. Bo czy starzejący się „gwiazdor”, który nie może pogodzić się z brakiem zainteresowania, jest czymś nadzwyczajnym? Albo kobieta po wylewie, powtarzająca w kółko tylko jedno słowo? Nie. Ani w literaturze, ani w życiu nie jest to nic niespotykanego. Z drugiej strony postacie wykreowane przez Grzegorza Bogdała są na tyle wyjątkowe, że przykuwają uwagę i pozwalają osnuć na ich osobliwości pajęczynę opowieści.

Bogdał pisze w tak „nieliteracki” sposób, jak to tylko możliwe. Może poza opowiadaniem Oczko w głowie, które jest proste, ale zarazem finezyjne i opiera się na grach słownych. Pozostałe cztery teksty ze zbioru Floryda to gawędy, chaotyczne monologi samotników, którzy szukają słuchacza. Są prostymi ludźmi i mówią jak prości ludzie. Zero wydumania. Powrót literatury do źródeł, do czasów kiedy ludzie opowiadali sobie historie, zanim zaczęli je spisywać. Nie oznacza to jednak, że tekstom Bogdała brakuje polotu, przeciwnie. Pod tą prostotą ukrywa się ludowa mądrość, inteligencja, ironia i czarny humor. Niektóre zdania brzmią jak sentencje. Nic tylko wyszyć na makatce.  

I tak więcej jest takich ludzi, co ich wcale nie ma, niż takich co są (…)

Rozmów się nie pamięta na drugi dzień, same się przypominają za tydzień, miesiąc, albo pięćdziesiąt lat, ale ile z tego naprawdę przypomniane, a ile wymyślone, tego się nie wie (…)

Czekałam, kiedy piorun przez komin pójdzie i nas spali. Jak tak siedziałem, to mi się zaczęły różne rzeczy przypominać, nie da się myśleć o samym strachu, co z tego, skoro za każdym razem, jak sobie coś przypomnę, doklejone jest to do czegoś, czego nie pamiętam, więc to robota głupiego, bo sobie przypominam, że nie pamiętam (…)

Bogdał ma na tyle wyrazisty styl, że natychmiast rozpoznałam jedno z jego opowiadań. Jestem prawie pewna, że czytałam wspomniane Oczko w głowie w nieistniejącym już czasopiśmie literackim „Chimera”. Trudno zapomnieć podobne, napisane z nerwem słowa:

To był parszywy dzień. Dawno nie byłem tak zdenerwowany. Wewnętrznie, bo ja się zewnętrznie nie denerwuję. Mówią wszyscy: taki spokojny. Tak, spokojny. Cichy. Grzeczny. Mówią. Sąsiedzi i inni. Tego dnia, parszywego, trudno było mi się odnaleźć, tyle się działo. Wewnętrznie i zewnętrznie. I pomiędzy. Ale w porównaniu z matką i tak byłem spokojny. Ona zupełnie straciła głowę.

Cytowane opowiadanie mocno wyróżnia się na tle zbioru. Tak makabrycznego, przesyconego absurdem tekstu nie powstydziłby się sam Roland Topor. I mimo mojej słabości do literackich sobowtórów – o czym za chwilę – to właśnie lapidarne Oczko w głowie jest moim ulubionym opowiadaniem z tomiku Floryda. Matka, która ma w sobie widmowość Kota z Cheshire, jest i jednocześnie jej nie ma, a w powietrzu unosi się jej demoniczny uśmiech…

Na drugim miejscu w moim osobistym rankingu plasuje się otwierające zbiór opowiadanie Ty mnie, ja ciebie. Historia z motywem sobowtóra, którego krótką analizę opublikowałam wczoraj na moim drugim blogu, Doppelganger Universe. Do przeczytania TUTAJOprócz tego Bogdał snuje narracje o karle, który postanawia zostać przywódcą duchowym i nawracać zagubione owieczki, o szarlatanie, który pewnego dnia odkrywa w sobie prawdziwy dar uzdrawiania, oraz o kobiecie z afazją, która rozmawia w myślach z ptakiem, przylatującym na jej parapet.

Dominująca w tych bajaniach swojskość, podszyta nastrojem tajemnicy i niepokoju, przywołuje skojarzenia z prozą Miłosza i Tokarczuk. Kiedy czytam: „Stiszowity to kółko z piasku, owinięte rzeką, ściśnięte lasem jak obręczą, z bagnami na granicach, za którymi są miasta, a za miastami nie wiadomo co, bo już one ledwo się w tej bajce mieszczą”, przypominają mi się literackie wizje Doliny Issy i Prawieku…

Co do tytułowej Florydy, która przewija się dyskretnie przez wszystkie pięć tekstów, jest ona wytęsknioną, ale nieosiągalną arkadią, ziemskim edenem. W myśl przysłowia, że wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma, bohaterowie opowiadań Bogdała śnią o tej mitycznej krainie szczęścia, raju emerytów… O czymś przecież trzeba marzyć, by życie było znośniejsze.

floryda-b-iext47064384

Autor: Grzegorz Bogdał 
Tytuł: Floryda
Wydawnictwo: Czarne

Liczba stron: 133
Wydanie: I (2017)
Oprawa: Twarda
Format: 13 x 19.5 cm
ISBN: 978-83-8049-445-9

Książka trafiła do mnie dzięki uprzejmości wydawnictwa Czarne.

wydawnictwo czarne logo