Zapraszam do lektury bardzo ciekawego i inspirującego wywiadu z pisarką, Martą Motyl. Nie miałyśmy okazji nigdy się spotkać, ale po tym jak przeczytałam i zrecenzowałam Odcienie czerwieni autorstwa Marty, zawiązałyśmy internetową znajomość. Zgodziłam się zostać ambasadorką jej najnowszej powieści, Moc granatu. Mamy stały kontakt mailowy, ale nadal niewiele o sobie wiemy, a taki wywiad – choćby nawet tylko korespondencyjny – jest świetną okazją, by lepiej się poznać.

I rzeczywiście dowiedziałam się wiele ciekawych rzeczy o Marcie i jej twórczości. Nie miałam pojęcia, że łączą nas podobne doświadczenia jeśli chodzi o karierę akademicką ;) Też studiowałam dziennikarstwo, które porzuciłam na drugim roku dla wymarzonej filologii polskiej… Podobnie jak Marta, dążę to tego, żeby tworzyć, a nie tylko analizować cudzą twórczość. Również maluję, bardzo amatorsko i niedoskonale…

Z całego wywiadu najbardziej podobają mi się słowa Marty, właśnie odnośnie do malowania. Malowania słowami. To idealne określenie na to, co robi Marta. Pisze, ale i maluje. Słowami.

Rozmawiamy o pisaniu, czytaniu, sztuce… O kobiecości, seksualności, ciele… O wszystkim. Przeczytajcie i obejrzyjcie niesamowite kolaże Marty (pierwszy z nich, „Głodna dusza”, jest zdjęciem głównym wywiadu), a jestem pewna, że zapragniecie sięgnąć po jej powieści :)

Marta Motyl, fot. Beata Kubiak

Foto-portret Marty Motyl autorstwa Beaty Kubiak.

Na początek pytanie, które może wydać się banalne, ale tak naprawdę jest fundamentalne, jeśli chcemy bliżej poznać Twoją twórczość. Jak zaczęła się Twoja przygoda z literaturą? Powieściowym debiutem była książka „KochAna”, ale czy wcześniej publikowałaś gdzieś swoje teksty, opowiadania, artykuły… A może zaczęło się od bloga?

Już jako dziewczynka z kucykiem uwiązanym na czubku głowy lubiłam tworzyć. Rysowałam, malowałam, pisałam. Powstawały moje pierwsze książeczki, które ilustrowałam. Dziurkowałam ich kartki i związywałam je wstążką. Odkąd pamiętam byłam nadwrażliwa i miałam bujną wyobraźnię, co domagało się wyrażania.

Od dziecka dużo czytałam. Spora w tym zasługa mojej starszej siostry, polonistki. Jednym z moich ulubionych przedmiotów w szkole był język polski. Uwielbiałam pisać wypracowania. W liceum jak to nastolatki skrobałam wiersze do szuflady. Wyłaził z nich naprawdę ciężki egzystencjalizm, ha, ha. To nie było to, delikatnie mówiąc.

Z pasji do pisania wybrałam studia dziennikarskie. Nadal byłam wielką idealistką i na przykład nie podobało mi się, że na drugim roku mam uczyć się technik manipulacji. Na tych studiach najbardziej cieszyłam się z zadań wymagających kreatywności.

Na boku powstawały wtedy moje pierwsze opowiadania o surrealistycznym charakterze. Niektóre zamieszczałam na portalu Digart.pl. Robiłam papierowe kolaże, w których ujawniałam m.in. bunt przeciw konformizmowi, medialnym obrazom, przedmiotowemu traktowaniu kobiet. Zestawiałam w nich i obrazy, i słowa. Do dziś czasami coś powycinam i pokleję :) Równocześnie od lat byłam zapatrzona w odważnych, niepokornych, wiernych sobie artystów, przede wszystkim plastyków. Chciałam pisać o ich dziełach i postawie.

Jeden z kolaży Mart, który odzwierciedla jej światopogląd i plastyczne zainteresowania.

„Wypasani nagłówkami”, jeden z kolaży Marty, który odzwierciedla jej światopogląd i jest wyrazem artystycznych poszukiwań.

Po roku spędzonym na dziennikarstwie wzięłam urlop dziekański i przeniosłam się na studia z historii sztuki. Zadomowiłam się tam, odnalazłam i opuściłam poprzedni kierunek. Nowi wykładowcy zauważyli moją smykałkę do pisania i chwalili za lekkie pióro. 

Podczas pierwszego roku historii sztuki zaczęłam prowadzić dziennik. Jego początki wiązały się z doświadczeniami, których nikomu z otoczenia nie umiałam, nie chciałam ujawnić. Poza tym nie zostałam stworzona do bycia malarką, a marzyłam o tym przez okres dzieciństwa i będąc nastolatką. Zabrakło mi cierpliwości do doskonalenia się, a wszystkie moje prace wydawały mi się beznadziejne. Na szczęście co i rusz okazywało się, że daję radę malować słowami. One wyrażają moje przeżycia i obserwacje najdoskonalej. Do tego nie miałam problemów ze żmudnym szlifowaniem różnych rodzajów tekstów. Podobało mi się to.

Dziennik wysłałam na konkurs miesięcznika „Zwierciadło” pt. „Dzień po dniu”. Na informację o nim trafiłam przypadkiem. Zostałam wyróżniona i zaproszona na kolację z redakcją czasopisma. Tam poznałam Tomasza Jastruna, który zachęcił mnie do pracy nad moją pierwszą powieścią.  Był koniec 2010 roku. Bloga zaczęłam prowadzić wiosną 2012 r. „KochAna” była już wtedy przyjęta do druku. Wyszła latem 2012 r.

Powieści Marty Motyl. „KochAna”, „Odcienie czerwieni” i „Moc granatu”.

Kolejnymi publikacjami były eseje o sztuce w Kwartalniku Artystyczno-Literackim „Arterie”, w katalogach do wystaw i na portalach internetowych poświęconych plastyce. Czułam jednak niedosyt, bo i ja wciąż chciałam tworzyć, a nie tylko pełnić rolę krytyka cudzej twórczości. Po ukończeniu studiów magisterskich ruszyłam do wytężonej pracy nad „Odcieniami czerwieni”.

W „Odcieniach czerwieni” padają słowa: „Ciemność ubiera nas w tajemnice. Łaskawie przykrywa kompleksy i rany”. Może powiesz kilka słów o tych właśnie kompleksach, i szerzej, ciele. Dlaczego właśnie im poświęcasz tyle miejsca w swojej prozie. Twoja pierwsza książka, „KochAna”, jest poświęcona problemowi zaburzeń odżywiania, anoreksji, bulimii. W „Odcieniach czerwieni” pojawia się natomiast problem samookaleczania. Dlaczego ciało?

Fascynuje mnie ciało. I samo w sobie, i jego nierozłączne powiązania z psychiką. Czasami myślę, że napisałam o tym wszystko, co potrafię. A później przychodzą mi do głowy kolejne pomysły.  Ciało wiąże się z rozkoszą i bólem. Z walką, obfitującą w zwycięstwa i klęski. Bywa stronnikiem i wrogiem.

Inspirują mnie artystki, które poświęcają mu miejsce w swojej sztuce, np. Marina Abramović, Ewa Partum, Natalia LL, Katarzyna Kozyra. Ciało jest ważnym „narzędziem” dla sztuki krytycznej, bo ono odbiera impulsy z otaczającej nas rzeczywistości. Sztuka, media, próbują kształtować wzorzec sylwetki, z którym, chcąc nie chcąc, musimy się mierzyć. Tak kobiety, jak i mężczyźni. Do tego dochodzą normy obyczajowe, cały ten gorset tabu. Z zewnątrz przenika do nas też odbiór naszych ciał przez innych ludzi. On wpływa na samoocenę. Jednocześnie ciało odbiera impulsy z wewnątrz. Traktujemy je tak, jaki mamy stosunek uczuciowy do samych siebie.

"Mięsko". Bardzo wymowny kolaż Marty.

„Mięsko”. Bardzo wymowny kolaż Marty.

Wszystkie procesy, które wymieniłam, bardzo mnie interesują. Już główna postać z „KochAnej” zderza się z nimi. Poprzez postać głównej bohaterki „Odcieni czerwieni” i „Mocy granatu”, Magdy, eksploruję te i inne problemy. Magdę konfrontuję bowiem z kwestią zmysłowości, orientacji seksualnej, erotyzmu.

W grę wchodzi też moja fascynacja aktami w malarstwie, np. autorstwa Egona Schielego. On genialnie obnażał w nich psychikę modela. Walczył o całą prawdę o człowieku. Lubię również artystyczną fotografię podejmującą tematykę cielesności. Dla mnie tego typu prace wcale nie są powierzchowne.

Nie chcę milczeć o tym, co sprawia szczególnie kobietom trudność w kontaktach ze swoim ciałem i poprzez nie z samymi sobą. Właśnie na temat kompleksów, autoagresji, która objawia się nie tylko samookaleczeniem, ale i np. ryzykownym seksem, zupełnie nietrafionym doborem partnerów.  Brakowało mi tych zagadnień i tego typu szczerości w literaturze.

Czy w powieści „Moc granatu”, której premiera w połowie lutego, znajdziemy bohaterów znanych z „Odcieni czerwieni”, czy poznamy zupełnie inne postaci?

„Odcienie czerwieni” i „Moc granatu” łączy ta sama główna bohaterka. Jednak skonstruowałam powieści tak, by można było je poznawać w dowolnej kolejności. W obu pojawia się miłość i przekleństwo życia Magdy, typ niepokorny. W epizodach w „Mocy granatu” powróci jej najbliższa rodzina. Kto zna „Odcienie czerwieni”, z „Mocy granatu” dowie się także, co działo się dalej z Majką, kochanką narratorki. Ale przede wszystkim pojawiają się tam nowe osoby, a więc nowe charaktery. M. in. dziewczyna cierpiąca na borderline, narcyz, cicha mysz, pan i władca. Konfrontuję te postaci z Magdą i jej odbiorem innych ludzi.

A co z tematem bliźniąt, mrocznego sobowtóra, alter ego. Czy i w nowej książce pojawia się ten motyw?

O tak! Będzie odbicie Magdy w zwierciadle, ale rodem z szalonego gabinetu luster… W swojej uczennicy, nowej lolitce, z którą się zwiąże, narratorka zobaczy młodszą, przerysowaną wersję siebie. Początkowo podobieństwo emanuje światłem (czy nie promieniuje z nas, gdy spotkamy bratnią/siostrzaną duszę?), potem światło wygaszam. Zostaje ciemność, złe instynkty, doprowadzanie jednej osoby przez drugą na skraj. Motywom, które wymieniłaś, poświęciłam o wiele więcej miejsca niż w „Odcieniach czerwieni”. Są istotniejsze dla akcji i jestem zadowolona z ich rozbudowania.

W takim razie podwójnie nie mogę się doczekać lektury „Mocy Granatu”. Ale wracając jeszcze do „Odcieni czerwieni” pojawiają się tam określenia takie jak „les”, „bi”. W pierwszej chwili wydały mi się one nacechowane znaczeniowo, kojarzą się z nieprzychylnym stosunkiem do kobiet o homoseksualnej bądź biseksualnej orientacji. Czy może to się zmieniło i w środowiskach LGBT te określenia przestały mieć pejoratywny wydźwięk? Skąd ich obecność w Twojej książce?

Dla mnie one nie mają negatywnego wydźwięku, a brzmią swobodnie. Traktuję je jako wygodne skróty, pasujące do mowy potocznej. Lepiej wpisują się w rytm zdań niż dłuższe określenia „lesbijka”, „biseksualistka”. Stąd chętnie stosuję je w książce. Moja biseksualna bohaterka używa ich nie mając nic złego na myśli. Są naturalną częścią jej języka. Z moich spostrzeżeń wynika, że i w tzw. środowisku znajdują się one w stałym obiegu.

A skąd w takim razie zainteresowanie safickimi skłonnościami kobiet. Dlaczego główne bohaterki „Odcieni czerwieni” to młode dziewczyny, które eksperymentują z seksualnymi doświadczeniami. Czym się inspirowałaś tworząc te postaci?

Kobiecość i jej oblicza to mój temat. Ciekawią mnie psychologiczne aspekty miłości pomiędzy kobietami. Jej budzenie się, rozwój, w końcu – przyczyny rozstań. I pewna bliźniaczość osób tej samej płci. Będąc kochankami, mogą odbijać swoje ruchy jak ruchome lustra. Szczególnie w polskiej prozie zabrakło mi rozbudowanych scen seksu między kobietami, które będą niosły emocje, odwagę, piękno. Staram się tworzyć oryginalne opisy, żeby zapełnić tę lukę. Dbam o to, by ich język nie był przesłodzony czy kiczowaty.

Pisanie scen erotycznych, w tym lesbijskich, daje mi pole do popisu. Liczą się gesty, pozy, zmieniające się obrazy. Do nich dodaję zapachy, smaki, to, co czuje się na skórze i pod skórą.  Według mnie osiągnięcia tego stopnia zmysłowości nie oferuje żadna inna dziedzina sztuki, tylko literatura. Cieszę się, gdy poprzez słowa mogę zapewnić czytelnikom pełnię doznań. 

Kolaż artystyczny Marty zatytułowany "Szczyt kobiecości".

Kolaż artystyczny Marty zatytułowany „Szczyt kobiecości”.

Intrygują mnie różne sposoby dochodzenia do granic i przekraczania ich. Przełamywanie tabu. Moje bohaterki są młode, bo i ja za stara nie jestem ;) Młodość wiąże się z dojrzewaniem, z intrygującymi poszukiwaniami tożsamości. Też dlatego do młodych dziewczyn pasowała mi wywrotowa rola, dokonywanie wyłomu w tym, co ogólnie przyjęte. Oto moja wersja girl power. Z drugiej strony czas nie stoi w miejscu i obecnie wydaje mi się, że szeroko rozumiany bunt przystoi każdej grupie wiekowej.

Trudno jest mi jednoznacznie określić inspiracje, o które pytasz. Zbieram je podczas wnikliwego obserwowania życia, osób, które w nim spotykam. Biorę je również ze sztuki: literatury, plastyki, muzyki, filmu. Oprócz tego z prasy, Internetu. Zewsząd. Dodaję do nich porcję wyobraźni. Z górką.

Kolaż autorstwa Marty zatytułowany "Freundin".

Kolaż autorstwa Marty zatytułowany „Freundin”.

Mówimy dużo o pisaniu, ale może powiesz kilka słów o swoich lekturach. Jacyś ulubieni autorzy, preferowane gatunki literackie, bohaterowie literaccy, którzy towarzyszą Ci i inspirują…

Z przyjemnością czytam  kreatywne dzienniki. Stąd moja fascynacja twórczością Anaïs Nin i Karla Ovego Knausgårda. Oni świetnie prześwietlają własne wnętrze i ludzkie charaktery. Nie boją się tego. Pokazują, jak bogate możliwości wyrazu daje pamiętnik – gatunek, który często się upraszcza i wsadza do szufladki dla pensjonarek. Ponadto Nin stworzyła własny język pisania o seksie, co jest i moim dążeniem. Na pisarskim podium umieściłabym także Henry’ego Millera, ponieważ jego proza jest taka… mięsista, gęsta, brutalna i liryczna zarazem. Oni są moją własną świętą trójcą :) Wpływ wywarły na mnie również Sylwia Plath i jej „Szklany klosz”, komunikatywny sposób nazywania niełatwych emocji. Elfriede Jelinek zazdroszczę wspaniałego rytmu tekstów. Mistrzostwem świata jest dla mnie „Lolita” Vladimira Nabokova, sam pomysł, prowadzenie fabuły, wielowarstwowość, styl. Lubię poezję Haliny Poświatowskiej, ten sposób pisania o ciele i zmysłach. Przyciąga mnie prostota i siła wyrazu wierszy Tadeusza Różewicza. Poezja też uczy budowania obrazów. Nie mam zaś ulubionego bohatera literackiego. Kiedyś to była Ania z Zielonego Wzgórza, ha, ha.

Czy zdarza się, że czytelnicy utożsamiają Cię z bohaterkami Twoich powieści, na przykład z narratorką, która wypowiada się w pierwszej osobie? Może podczas spotkań autorskich zdarzyło się coś, co sugerowałoby, że czytelnicy odbierają twoją prozę jako autobiograficzną. Jeśli tak, jak reagujesz w podobnych sytuacjach?

Cały czas to się zdarza. Dzięki temu dowiaduję się nowych rzeczy o sobie ;) W jakiejś recenzji „KochAnej” wyczytałam, że spędziłam całe lata w szpitalach psychiatrycznych. Podobno jestem legendą na oddziale zaburzeń odżywiania pewnego warszawskiego szpitala. Napisała mi o tym dziewczyna, która wciąż słyszała tam rozmowy o mojej pierwszej książce. Chciała się upewnić, czy pacjentki kojarzą mnie tylko z jej napisania. Pewnie rozczaruję niektórych, ale w szpitalu psychiatrycznym nie spędziłam ani jednego dnia. Z kolei w którejś recenzji „Odcieni czerwieni” padło stwierdzenie, że opisuję tam swoje zwyczaje seksualne. Nie wiem, skąd jej autorka miała takie informacje, bo nie z moich ust, ani tym bardziej nie z mojego łóżka ;) Wolę podchodzić do takich rewelacji z humorem. Chyba już się do nich przyzwyczaiłam. Chociaż wciąż przeszkadza mi, że moja rodzina bywa zaczepiana, pytana o to, czy ja sama miewam problemy moich bohaterek. Albo, dlaczego piszę takie, a nie inne książki. Niektórym ludziom wydaję się dość podejrzana, skoro wybrałam określoną tematykę.

Ja sama nie raz, nie dwa tłumaczyłam, publicznie i osobiście, i pewnie dalej będę tłumaczyć, że w swojej prozie owszem, korzystam z życia własnego, z moich zainteresowań, ale i z żyć cudzych. Do tego z całego kompletu inspiracji z literatury, plastyki, filmu i z wyobraźni. Wszystkie składniki mieszam, łączę w różnych proporcjach. Często instynktownie, skojarzeniowo, by pasowały mi do danej postaci. Ale niektórzy ludzie chcą, bym ja była moimi narratorkami w stu procentach. Inna wersja im nie pasuje.  Chociaż… obecnie traktuję to jako komplement. Widocznie moje teksty brzmią na tyle prawdopodobnie. To tak, jakbym była aktorką i przekonująco coś zagrała.  Wybieram sobie zresztą role, które będę umiała zagrać.

To akurat prawda. Wszystko co piszesz brzmi bardzo autentycznie. Twoja proza jest bardzo szczera i niewymuszona. Nie mogę nie zapytać Cię o najbliższe plany literackie i artystyczne. Twoja debiutancka powieść trafiła na deski teatralne jako monodram pod tytułem „Głodne dziecko”. Czy planowane są dalsze adaptacje Twojej prozy? I oczywiście, czy pracujesz już nad kolejną książką?

W kwestii adaptacji na razie niczego nowego nie ma w planach. Chętnie przyjrzę się pomysłom, jeśli takie się pojawią. Moim marzeniem jest, by na podstawie „Odcieni czerwieni” i/lub „Mocy granatu” powstał film. W kwestii pracy nad następną powieścią: mam pomysł na jej kolor, charakter i zaskakującą przemianę bohaterki. Jestem na etapie zbierania materiałów. Powinna pomóc mi podróż, którą planuję. Ale muszę jeszcze trochę odpocząć od trudnych emocji związanych z pisaniem „Mocy granatu”.

Na koniec chciałabym rozwiać jeszcze tylko jedną wątpliwość, czy Marta Motyl to prawdziwe imię i nazwisko, czy pseudonim literacki?

Naprawdę tak się nazywam i traktuję to jako dar. Lepiej bym tego nie wymyśliła :)

Dziękuję bardzo za szczerą rozmowę i życzę Ci dalszych sukcesów. Literackich i nie tylko.

I ja dziękuję, za interesujące i wnikliwe pytania, które pozwoliły mi uchylić rąbka tajemnicy. Oby Twoje życzenia się spełniły! Korzystając z okazji, serdecznie zapraszam na spotkanie autorskie ze mną w Domu Literatury w Łodzi, 16 lutego o 19:00. Na nim pewnie również zajrzymy za kulisy mojego pisania. Do tego jest ono świetną okazją do zdobycia osobistej dedykacji :) A kto chce być na bieżąco z wieściami, co u mnie, tego zachęcam do odwiedzania fanpage’a: www.facebook.com/motyl.marta/.