Kiedy Karl Ove Knausgård zdawał maturę, miałam rok. Pod wieloma względami norweskiego autora i mnie dzieli przepaść. Pokoleniowa i kulturowa. Dzieli nas wiek, płeć i życiowe doświadczenia… ale nie wszystkie. Zazwyczaj staram się unikać banalnych wyznań w stylu „odnalazłam w tej książce cząstkę siebie”, ale w przypadku Mojej walki nie ma mowy o milczeniu. Muszę się tym z kimś podzielić. Może częściowo do tego właśnie służy blog. Nie zawsze trzeba pisać o literaturze, analizować, interpretować. Może czasem wolno napisać też o sobie, co się czuło czytając, jakie wspomnienia przywołała lektura…

Pewnie już kiedyś wspominałam, że po lekturze książki, która ma bardzo wyrazisty, specyficzny styl, na jakiś czas go absorbuję i zaczynam pisać o tej książce używając podobnego języka, stylistyki. Czasem się tego boję. Że umiem tylko kopiować… Jeśli na przykład czytam klasykę literatury, książkę z dawnej epoki, język recenzji staje się automatycznie archaiczny, nie umiem nad tym zapanować. Szczególnie, że zazwyczaj piszę bezpośrednio po lekturze, nie zwlekam tygodniami, by przelać myśli na e-papier. Dlatego i mój dzisiejszy ekshibicjonizm jest częściowo usprawiedliwiony. Idę w Knausgårda. Będzie otwarcie i szczerze, momentami może łzawo i sentymentalnie, trochę egocentrycznie… Zobaczymy…

Wielu czytelników zwraca uwagę na to, że w swej prozie – najczęściej zaliczanej do gatunki zwanego autofikcją – Knausgård jest skupiony wyłącznie na sobie, opisuje siebie, dla mnie jednak pierwszy tom Mojej walki jest portretem rodziny. Portretem bardzo niepełnym, ale zapadającym w pamięć. Jestem przekonana, że w kolejnych częściach ten obraz się wyostrzy i zyska wiele detali. Jednak pierwsza księga Mojej walki jest fragmentaryczną i achronologiczną opowieścią o życiu i umieraniu. W relacji Knausgårda pojawiają się elementy teraźniejszości, a nawet metatekstowe komentarze dotyczące pisania, pracy nad książką, ale jest w niej też dużo retrospekcji. Kiedy w różnych codziennych, mniej czy bardziej zwyczajnych, sytuacjach powracają wspomnienia Karl Ove Knausgård po prostu je zapisuje. Płynnie wplata reminiscencje w opowieść o tym co tu i teraz. Wspomnienia to w pewnym sensie słowo klucz jeśli chodzi o moją osobistą literacką podróż z Knausgårdem. Jego książka przywołała wiele moich wspomnień. Ważnych spraw i drobiazgów. Wszystkie analogie – ale też różnice – pomiędzy życiem i doświadczeniami moimi a autora Mojej walki sprawiły, że wyjątkowo mocno identyfikuję się z historią Norwega. Te pięćset pięćdziesiąt stron pierwszego tomu pochłonęłam błyskawicznie. A kiedy skończyłam czytać, poczułam nieznany dotąd rodzaj smutku i pustki.

Moja walka jest po trochu o wszystkim (pewnie znajdą się też tacy, którzy powiedzą, że przeciwnie, jest o niczym), ale punktem wyjścia dla pierwszego tomu była śmierć ojca autora. I tu zaczyna się tkanie historii o rodzinie, a raczej rozkładanie tej rodziny na czynniki pierwsze. Dekonstrukcji na płaszczyźnie literackiej, bo faktyczny rozpad familii Knausgårdów miał miejsce dużo, dużo wcześniej…

W momencie gdy autor opisuje lata dorastania, błąkanie się między domem ojca, domem dziadków a mieszkaniem, w którym żył całkiem sam z dala od rodziny, pojawia się moje pierwsze wspomnienie… Obecnie mam dobre relacje z rodzicami i najbliższą rodziną, ale kiedyś tak nie było. Podobnie jak Knausgård „wyprowadziłam się” z rodzinnego domu, kiedy poszłam do szkoły średniej. Nie była to wyprowadzka w ścisłym sensie tego słowa, ale to, że nadal byłam tak blisko rodziny a jednocześnie daleko od niej, sprawia, że gdy teraz o tym myślę wydaje mi się to podwójnie smutne. Po licznych kłótniach wyniosłam się do niewyremontowanej części domu. Mieszkanie na piętrze z oddzielnym wejściem, zero ogrzewania, mebli, spartańskie warunki. Materac i biurko – cały mój dobytek. Rano robiłam sobie kawę używając dwóch przedmiotów rodem z PRL-u, elektrycznej grzałki i blaszanego kubka. Wtedy zupełnie nie zależało mi na wygodach, tylko  na wolności i świętym spokoju. Poza tym buntowałam się i chciałam pokazać, że jestem dorosła i świetnie sobie poradzę sama. O słodka naiwność dorastającego człowieka… To był najsamotniejszy okres w moim życiu. Poza szkołą nie widywałam się z nikim, jak Karl Ove wracałam do pustego domu i czytałam po ciemku książki… Mieszkanie o którym piszę, to dokładnie to samo, które zamieszkuje teraz. Bo po wielu życiowych zawirowaniach osiadłam tu „na stałe” choć przyznaję, że od jakiegoś czasu coś mnie pcha, by ruszyć w świat, opuścić spokojną rodzinną wieś, zaryzykować… Jednocześnie nie mam wcale pewności, że znów tu nie wrócę, jak było już nie raz… Moja walka pokazuje, że Karl Ove też był – przynajmniej do pewnego momentu życia – bumerangiem. Wychodził, ale zaraz wracał. Albo przychodził i natychmiast odchodził. Z różnych powodów. Robię identycznie. Jestem tak samo wrażliwa i impulsywna, czasem odbijam się od ściany do ściany…

Podczas lektury Mojej walki natknęłam się na inne podobieństwa i wspólne doświadczenia, które zbliżają mnie do autora. Czytając o nich czułam się jakbym czytała o sobie. Na pewno każdy, kto dużo czasu poświęca na lekturę, ma czasami podobne wrażenie… To jak się topiłam, jedno z dwóch najbardziej traumatycznych wydarzeń w mim życiu. To jak jako nastolatka zachwycałam się Draculą Brama Stokera. Jak po zamieszkaniu z chłopakiem wymalowałam kuchnię na czerwono i przy każdej okazji wysłuchiwałam komentarzy, o rany jak tu czerwono, jak tu strasznie, jak piekielnie. O tym wszystkich przeczytałam w Mojej walce. To samo robił jej autor, który mimo nie tak dojrzałego jeszcze wieku postanowił spisać coś na kształt hiperrealistycznej powieści autobiograficznej. Co prawda Karl Ove użył farby w odcieniu „bycza krew”, a ja „czerwień flamenco”, ale myślę, że efekt – wizualny i psychologiczny – był podobny… To jak wrodzony introwertyzm sprawiał, że miałam – i do dziś mam – trudność w nawiązywaniu relacji. Karl Ove odgrywający w głowie rozmowy z obcymi ludźmi, których chciał, ale bał się zagadnąć… To przecież o mnie… Wreszcie śmierć bliskiej osoby. Chociaż tu akurat nie czuje się wyjątkowo związana z Knausgårdem, myślę że to, co opisał dotyczy nas wszystkich. Kompulsywne sprzątanie, pozbywanie się śladów bolesnej przeszłości, wprowadzanie w życiu pozornego ładu. Wcale nie wydaje mi się to dziwne, przeciwnie, bardzo naturalne. Tyle że niektórzy, tak jak Karl Ove, po śmierci osoby z którą byli związani sprzątają prawdziwy syf, który ten człowiek po sobie zostawił, a inni – tak jak ja – w obliczu śmierci bliskiej osoby sprzątają nawet kiedy jest absolutnie czysto…

Karl Ove Knausgård oczarował mnie swoją wrażliwością i szczerością. To mężczyzna, który z jednej strony jest typowym „samcem”, z drugiej nie boi się przyznać, że coś go rozczula, nie wstydzi się łez. Który współczesny pisarz przyznaje bez ogórek, że zdarza mu się płakać? Przecież „chłopaki nie płaczą”. To by zburzyło ich męski wizerunek bohaterów i siłaczy. Myślę, że Moja walka pokazuje odwagę autora. Nawet jeśli miejscami podkoloryzował swoją opowieść, nadal jest to bardzo bezpośrednia i autentyczna proza, która obnaża prawdę o zewnętrznej i wewnętrznej egzystencji autora, a przy tym angażuje czytelnika właśnie dlatego, że jest tak blisko codzienności i zwyczajności. Joanna Bator napisała: nie każde życie nadaje się na powieść. Są tacy, którzy mają w sobie grube tomy sagi rodzinnej, i tacy, z których ciężko wytrząsnąć choćby haiku. Po raz pierwszy się z nią nie zgadzam. Dzięki Mojej walce przez chwilę poczułam, że każde życie, nawet jeśli z pozoru pospolite, jest wyjątkowe i każda historia zasługuje na to, by ją opowiedzieć. 

Marzę żeby być pisarką. Od dziecka. Chyba nawet pamiętam dość dokładnie moment, kiedy zrodziło się to pragnienie. Kiedy miałam jakieś dziesięć lat napisałam na język polski swoje pierwsze opowiadanie. Baśniową, infantylną opowieść inspirowaną zdaje się Dziewczynką z zapałkami. Historię dwóch bezdomnych sierot, które szukając domu, budowały nocami na podwórkach obcych ludzi rzeźby ze śniegu i lodu. To dziwne, że tak dobrze to pamiętam. To musi chyba coś znaczyć.

Piszę dużo. Codziennie. Ale to głównie teksty o literaturze (i filmie), niż literatura. Tej najwięcej piszę w głowie. Chyba powoli sobie tam dojrzewa. Mam też masę notatek i „zaczętych” opowiadań, powieści, sama nie wiem… Na razie to zbieranina wyrwanych z kontekstu scen i myśli, które może nabiorą kiedyś sensownego kształtu. Czasem pisząc płaczę. Jak Karl Ove Knausgård i Elisabeth Strout, o czym dowiedziałam się niedawno z wywiadu z pisarką. Zdaje się, że i polskiej autorce, Marcie Motyl, która skądinąd jest miłośniczką prozy Knausgårda, też się to zdarza. Nie wiem czy to silnie rozwinięta empatia, czy w ten sposób wylewa się z człowieka wszystko to, co ukryte w podświadomości…

Pisanie o książkach i innych tekstach kultury traktuję trochę jak trening przed poważniejszym pisaniem. Z jednej strony to prawdziwe hobby, bo bez czytania i dyskutowania o książkach nie wyobrażam sobie życia, z drugiej to wąska ścieżka, która – taką mam nadzieję – zamieni się kiedyś w drogę, która zawiedzie mnie do wydawnictw i księgarni w których, niekoniecznie w najbardziej widocznym miejscu, będzie leżała napisana przeze mnie książka. Może pod pseudonimem, bo nazwisko mam takie, że mało kto jest w stanie je wymówić… Małe wielkie marzenie…

À propos Karla, to znałam kiedyś jednego. Belga. Przy naszym pierwszym spotkaniu nadał mi pseudonim. Stwierdził, że to konieczne, bo nasze imiona są zbyt podobne. Karolina i Karl. Do dziś nie wiem czemu musieliśmy się różnić, dlaczego stałam się Lean… Może właśnie o tym będzie moja pierwsza prawdziwa opowieść, którą kiedyś ujrzy świat… 

k1