CZEPIAM SIĘ KSIĄŻEK

"Książki często występują w moich snach erotycznych"

Czytanie po angielsku. Kilka słów o publikacjach Wydawnictwa [ze słownikiem]

Dziś nie będzie recenzji książki ani analizy jej treści, skupię się bardziej na formie. Napiszę kilka słów o publikacjach Wydawnictwa [ze słownikiem] które miałam okazję „testować”.

Zacznę od tego, że książki [ze słownikiem] to fenomen. Czegoś takiego nie było na polskim rynku wydawniczym. Nawet całkiem niedawno myślałam, że fajnie by było móc kupić książkę w obcym języku zawierającą podręczny słowniczek. Wydawnictwo [ze słownikiem] zapełniło więc pewną niszę na rynku książki, pytanie tylko czy to lektury dla każdego…

Obecnie [ze słownikiem] ma do zaproponowania czytelnikom następujące tytuły:

Do mojej domowej biblioteczki trafiły Venus in Furs (Wenus w futrze, seria Erotica) oraz The Wonderful Wizard of Oz (Czarnoksiężnik z Krainy Oz, seria Childrens Books). Książki mają charakterystyczną budowę. Pierwszych kilka stron stanowi słowniczek z podstawowymi angielskim czasownikami, przymiotnikami, rzeczownikami, etc., słowem, baza, jeśli nie znamy tych słówek nie ma co brać się za lekturę. Dalej zaczyna się powieść. Tekst na każdej stronie podzielony jest na dwie szpalty. Na węższej mamy ponownie słowniczek z trudniejszymi pojęciami, na szerszej tekst powieści. Dodatkowo wyrazy, które mogą sprawiać czytelnikowi trudność – a wiec te które znalazły się w słowniczku – są wytłuszczone. Układ książki jest bardzo prosty i wyrazisty. Forma idealna dla czytelników chcących rozwijać językowe umiejętności, ale osoba, która opanowała angielskim na poziomie, który umożliwia płynną lekturę, może się poczuć tą słownikową formą przytłoczona. Przyznam, że mnie samej odbierała ona trochę przyjemność z lektury.

Nie jestem żadną poliglotką, ale znam angielski na tyle, by swobodnie czytać w tym języku. Przynajmniej beletrystykę, bo jeśli chodzi o książki naukowe ze specyficzną terminologią, itp., już nie czuję się tak pewnie. Moim największym do tej pory osiągnięciem jest przeczytanie w oryginale Mechanicznej Pomarańczy Burgessa. Przeczytałam tę książkę w trzech różnych wersjach językowych (więcej na ten temat TUTAJ), i po czymś takim żadna lektura mi nie straszna, bo Burgess nie pisał tak po prostu po angielsku, pisał żargonem, tworzył niesłychane neologizmy, mieszał tworzywo różnych języków, stworzył literacką wierzę Babel. Właśnie tym jest A Clockwork Orange. Zachęcam byście sięgnęli po tę powieść i sami się przekonali.

Ale wracając do publikacji [ze słownikiem] bardzo podoba mi się inicjatywa wydawnictwa, polecam osobom, które chcą szlifować język, ale nie polecam tym, którzy go już opanowali i zależy im na tym, by czerpać z lektury czystą, niczym niezakłóconą przyjemność. W tej drugiej sytuacji lepiej kupić inne wydanie.

Na razie Wydawnictwo [ze słownikiem] skupia się na publikacjach angielskojęzycznych z udogodnieniami dla polskiego czytelnika. Jeśli za jakiś czas pojawią się też książki w innych językach, na pewno po nie sięgnę. Hiszpański, albo francuski… Byłoby wspaniale, bo to języki których nie znam zbyt dobrze, a chciałabym poznać. Stanowiłoby to świetna motywację do nauki.

Trzymam kciuki za rozwój [ze słownikiem].

DSC_4770

Dziękuje Wydawnictwu [ze słownikiem] za nadesłane egzemplarze recenzenckie.

wydawnictwo ze słownikiem logo upolowanestronice

5 Comments

  1. Myślę, że to zależy od tego, w jakim stopniu czytelnik potrafi się „wyłączyć”, nie zwracając uwagi na wszystkie słówka na marginesie. Bo, fakt, jest ich tam sporo, z myślą pewnie o tych początkujących, ale całkiem nieźle wychodziło mi sprawdzanie w „Alicji” tylko tych, których potrzebowałam, i słowniczek z boku tak bardzo mnie nie rozpraszał.

    Za to bardziej mi brakowało takiego opracowania, systemu przypisów, na zasadzie: wyjaśnianie całych zwrotów, tłumaczenie językowych smaczków, podsuwanie interpretacji, może też w oparciu o polskie przekłady. W „Alicji” by się to bardzo przydało, bo wiadomo, ile tam jest rzeczy ukrytych „pod powierzchnią”. Zobaczymy, jak się wydawnictwo rozwinie :).

    • Karolina Nos-Cybelius
      Karolina Nos-Cybelius

      24 stycznia 2017 at 15:54

      O, masz rację. O tym nie pomyślałam. Oby wzięli sobie do serca sugestie czytelników ;) Potencjał [ze słownikiem] ma ogromny. Liczę, że z czasem przestaną się ograniczać do angielskiego. No i przy okazji narobiłaś mi smaka na „Alicję…” w oryginale ;)

  2. Avatar
    Echo z Północy

    26 stycznia 2017 at 13:01

    Parę lat temu skierowałam swoje kroki do księgarni z literaturą obcojęzyczną. Wypożyczyłam „Alicję w krainie czarów”, bo stwierdziłam, że czytanie w oryginale trzeba zacząć od klasyki literatury dziecięcej. Tekst był rozłożony na dwie strony, po jednej mieliśmy wersję oryginalną, po drugiej polski przekład. Moją uwagę już w pierwszym akapicie przykuł czasownik „smyrgnął” (chodziło o spóźnionego królika, który wskoczył do nory), zastanawiałam się, o co do cholery chodzi z tym smyrgnięciem, bo na co dzień nie używałam tego wyrazu. Powiedziałabym prędzej, że królik uciekł, pierzchnął, czmychnął, ulotnił się jak kamfora, ale smyrgnął? Nieufnie odłożyłam książkę na półkę i wyszłam z „Białymi jabłkami” Carrolla. Próbowałam też słuchać audiobooka z „Jądrem ciemności” Conrada, ale po dziesięciu minutach moja koncentracja się wyłączyła. Wstyd mi, że nie czytam literatury anglosaskiej i amerykańskiej w oryginale.Może powinnam sięgnąć po publikacje Wydawnictwa ze słownikiem? Pożyjemy, zobaczymy. :)

    • Karolina Nos-Cybelius
      Karolina Nos-Cybelius

      28 stycznia 2017 at 17:32

      Wiesz, chyba rzeczywiście tak jest, że jedno źle użyte słowo może człowieka do całej książki zniechęcić. W literaturze, jak we wszystkim, też liczy się pierwsze wrażenie. Mnie też to „smyrgnął” średnio się podoba i kojarzy ze „smyraniem” ;) Podane przez Ciebie synonimy są zdecydowanie bardziej fortunne :) Teraz sobie przypominam mgliście, że też miałam kiedyś w rękach dwujęzyczną książkę w takiej formie jak opisujesz, ale nie mogę sobie przypomnieć jaką… Jak wyszłaś z księgarni z ksiażką Carrolla to żadna strata ;)

      • Avatar
        Echo z Północy

        30 stycznia 2017 at 09:27

        Mnie się kojarzy ze smarkaniem! :D Wydaje mi się, że tłumacz powinien był zwracać uwagę na frekwencję danego wyrazu w polszczyźnie, aby przekład brzmiał dla czytelnika bardziej swojsko. :) Tylko współcześni prozaicy mogą sobie pozwolić na jakieś udziwnienia leksykalne w tekście. :D

Dodaj komentarz