Kilka dni temu zostałam nominowana do zabawy/wyzwania/tagu pod hasłem Liebster Blog Award. Za sprawą Eweliny z bloga Cocteau & Co. macie okazję poznać mnie trochę lepiej, dowiedzieć się o moich pozaksiążkowych pasjach, a także wadach, zaletach i dziwactwach ;) Zastanawiając się nad dziesięcioma faktami, które mnie w jakiś sposób wyróżniają i składają się na to kim i jaka jestem, ja sama trochę lepiej siebie poznałam. Pisząc ten tekst, uświadomiłam sobie kilka rzeczy, nad którymi na co dzień za dużo się nie zastanawiam, nie analizuję… To ciekawe doświadczenie. Mam nadzieję, że moje wynurzenia was nie zanudzą. Kolejność faktów przypadkowa. Zapraszam do mojego świata :)

laka

Na spacerze z pieskami. Na wsi, boso, wiatr we włosach… Wszystko co kocham.

#1. Mam obsesję na punkcie sobowtórów

Część z czytelników Czepiam się książek na pewno już o tym wie, bo jakiś czas temu założyłam drugi blog i dokonałam swego rodzaju coming outu publikując dosyć specyficzny i osobisty wpis pod tytułem Sobowtór: historia nieznana. Opowieść o mojej (nie)istniejącej bliźniaczce. Jeśli ciekawi was geneza mojej sobowtórowej obsesji, zapraszam do kliknięcia w link. Temat ten pochłonął mnie na tyle, że od lat dokumentuję przejawy sobowtórowości, lustrzaności i wszelkiego rodzaju podwojeń. Fascynuje mnie zagadnienie tożsamości, identyczności i inności. Moim marzeniem jest wydać kiedyś książkę na ten temat. Od pewnego czasu nad nią pracuję, ale najtrudniejsze jest ograniczenie się do wybrania i opisania kilku zjawisk… Będzie to pozycja popularnonaukowa, z pogranicza takich dziedzin jak, antropologia kulturowa, historia sztuki, badania literackie i filmoznawstwo. Choć to się może wydać zaskakujące, jeden z rozdziałów prawdopodobnie zahaczy o gender studies. Trzymajcie kciuki, bo choć przemyśleń mam całą masę, to samo pisanie nie idzie mi zbyt sprawnie. Może do czterdziestki się wyrobię ;) Jako zdjęcie główne wpisu pozwoliłam sobie ustawić obraz Le Double secret jednego z moich ulubionych artystów, Renné Magritte’a, któremu sobowtórowa multiplikacja i dziwne lustrzane odbicia też nie były obce.  

#2. Byłam „panią z zoologicznego”

W trakcie studiów, a także jakiś czas po ich zakończeniu dorabiałam pracując w sklepie zoologicznym. Z przerwami pracowałam tam w sumie dwa lata. To dość długo, by w powszechnej opinii mieszkańców małego miasteczka stać się „panią z zoologicznego” ;) Jeśli chodzi o mój stosunek do tej pracy to był ambiwalentny. Lubiłam ją i nienawidziłam. Jestem miłośniczką zwierząt i ich los nie jest mi obojętny, przeciwnie. A w takim miejscu… wiadomo… rybki w akwariach, dziesiątki chomików i myszek w klatkach, nie ma czasu by zwierzęta dopieścić i oswoić. A jak przy porannym karmieniu znajduje się sztywnego króliczka, którego trzeba wywalić do plastikowego worka, serce się kraje. Ale byłam dzielna i tylko raz wpadłam w histerię, która uniemożliwiła mi przez kwadrans obsługę klientów… Z ostatniej wypłaty – ku rozpaczy przyszłego jeszcze wtedy męża – wyjęłam jeden banknot i z pracownika zamieniłam się w klienta. Klatka, trociny, pokarm i kilka innych drobiazgów… Do domu wróciłam ze słodkim i bardzo inteligentnym kilkutygodniowym szczurkiem, któremu dałam na imię Husky, gdyż jego ubarwieni do złudzenia przypominało maść psów rasy Syberian Husky. Z wiekiem zmienił maść, ale tak wyglądał, kiedy był młodzieniaszkiem, więc to imię mu się należało. Szczurki nie żyją długo, dlatego dziś zostały mi po nim już tylko wspomnienia i kilka fotek, ale jedno wam powiem – nie ma się czego bać, to bardzo czyste i mądre gryzonie. To nie jedyna moja pamiątka po tym miejscu, są jeszcze dwie świetne przyjaciółki, Dorotka i Żaneta, które pozdrawiam, oraz suczka maltańczyka, Lisa, przygarnięta pod koniec mojej kariery jako „pani  z zoologicznego”, kiedy to miałam bliski kontakt z lokalnym Towarzystwem Opieki nad Zwierzętami i zamiast jak zazwyczaj napisać i wywiesić na drzwiach sklepu ogłoszenie o adopcji, powiedziałam, że sama się nią zaopiekuję. To jeden z dwóch piesków, których troskliwą pańcią obecnie jestem :) Mieszka z nami też wyjątkowo krnąbrny pekińczyk, którego dla odmiany sprawił nam mój mąż ;)

222005_106783506075530_4911511_n

Szczurek Husky, rok 2008

#3. Nie noszę skarpetek

Żeby nie było zbyt poważnie i patetycznie teraz fakt nieco mniejszej wagi i o humorystycznym zabarwieniu. Jestem posiadaczką czterech par skarpetek, których i tak prawie nigdy nie zakładam. Cały rok chodzę boso. Kiedyś było to przedmiotem nieustannych komentarzy (szczególnie podczas pracy we wspomnianym sklepie, gdzie – nawet przy mrozie – można mnie było zastać w samych japonkach, i to niezależnie od tego, czy byłam wewnątrz, czy też polerowałam do połysku witrynę na zewnątrz). Wszyscy, którzy mnie znają, już przywykli. Jeśli wychodzę z domu na chwilę, pół godziny, godzinę, czy dwie, zakładam buty na gołe stopy. Przy wyjątkowych okazjach i dłuższych wyprawach zakładam rajstopy, albo bardzo cienkie skarpetki. Tak wyjątkową okazją jest na przykład mróz minus trzydzieści, albo eleganckie spotkanie, na którym nie wypada pokazać się boso. Ale ta zasada dotyczy tylko chłodniejszych pór roku. Generalnie – jak głoszą słowa popularnej góralskiej piosenki – pójdę boso… Moje stopy najwyraźniej cenią sobie wolność i nieskrępowanie.

#4. Zamieszkam w Twin Peaks

Jestem niepoprawną fanką serialu Miasteczko Twin Peaks. Fragmenty, pojedyncze sceny widziałam już w dzieciństwie i mocno – ale też opacznie – wyryły się w mojej pamięci. Niewiele z tego rozumiałam, ale na długo zapamiętałam scenę, w której Leland katuje Maddy. Taniec… drewniany kredens… pękająca szyba… krew… martwa dziewczyna. Tyle pamiętałam i przez lata byłam przekonana, że widziałam śmierć Laury Palmer, że Maddy to Laura. A kiedy jakieś dziewięć czy dziesięć lat temu serial emitowała dwójka nagrałam sobie wszystkie odcinki, i zostałam miłośniczką serialu Lyncha. Dopiero wtedy, jako dwudziestolatka, ogarnęłam o co chodzi i zakochałam się w uniwersum Twin Peaks. Każdy odcinek widziałam dziesiątki razy. Moim marzeniem jest zamieszkać w jednym z miejsc gdzie kręcono serial, na przykład w Snoqualmie w stanie Waszyngton, gdzie jest słynny wodospad… Nawet gdyby mi się to nie udało to i tak kiedyś zamieszkam w Twin Peaks. Jeśli przytrafi mi się coś złego, na przykład śpiączka albo śmierć, wierzę że właśnie tam trafię… A jeśli spotkacie kiedyś brunetkę z wytatuowanym na lewym nadgarstku symbolem z sowiej jaskini, będzie duże prawdopodobieństwo, że to właśnie ja :)

Wakacyjny weekendowy maraton Twin Peaks. Za rok powtarzamy!

Wakacyjny weekendowy maraton Twin Peaks. Za rok powtarzamy :)

#5. Nie latam i nie mam prawka

Boję się latać. Jest to właściwie jedyny powód dlaczego od dawna nie mieszkam w Snoqualmie ;) Dwa razy w życiu byłam na lotnisku i ani razu na pokładzie samolotu. Nie chodzi o to, że boję się terrorystów. Może to przez klaustrofobię… Wpadam w panikę. Koszmar. Wszystkie zagraniczne podróże – choć nie było ich tak wiele – odbyłam autokarem lub samochodem. Niekiedy ponad dwadzieścia godzin w busie. Ale i tak wolę to, niż dać się zamknąć w metalowej puszce i wypuścić w niebo. Marzę o dalekich podróżach, ale jeśli kiedykolwiek będę gotowa na wymarzoną wyprawę do Meksyku lub Japonii, chyba będę zmuszona popłynąć statkiem albo promem ;)

Skoro już jesteśmy przy podróżach, to wypada wyznać wstydliwą prawdę. Nie mam prawa jazdy. Dwie osoby podjęły dawno temu dwie próby nauczenia mnie prowadzenia auta. Kuzynka wpadła w szał, jak to czego ty nie rozumiesz – krzyczała i śmiała się zarazem, a tato powiedział po prostu, może za jakiś czas i na szczęście więcej nie wywoził mnie w bezludne tereny i nie próbował namówić bym poprowadziła. Nie chciałabym zwalać winy na geny mojej matki, ale ona sama dobrze wie, że tak właśnie jest. Antytalent przekazywany z pokolenia na pokolenie ;) Co ciekawe, każda z nas często śni, że jedzie w siną dal. W tych snach zawsze jedziemy same, nierzadko kabrioletem, pusta droga, wiatr we włosach… Wierzę, że prowadzenie samochodu to umiejętność jak wiele innych, nie każdy ma do tego predyspozycje. Nie lubię być skazana na męża w roli szofera, ale nie mam wyjścia. Dobrze, że nie przeszkadzają mi – a wręcz lubię – długie podróże pociągiem i autobusem. Wiecie, jak się nie prowadzi to można czytać. Za kółkiem by to nie przeszło, a tradycyjne książki lubię najbardziej, audiobooki to nie dla mnie, więc może to jakiś podświadomy mechanizm psychologiczny każe mi udawać, bym mogła spokojnie oddawać się lekturze podczas podróży. No i zawsze mogę wypić piwo lub drinka, nigdy nie odmówię słowami, sorry ale prowadzę…  Cwana ja ;)

#6. Wypijam dwa do czterech litrów kawy dziennie

Tak… i kocham donnuty… byłabym wzorową obywatelką Twin Peaks ;) Z tą kawą to całkiem serio. Uzależniłam się praktycznie po wypiciu pierwszego kubka w wieku szesnastu lat. Zazwyczaj dwie filiżanki wypijam zanim wstanę. Jeśli nie ma męża, który od prawie jedenastu lat podaje mi kawę do łóżka, wstaję i półprzytomnie z zamkniętymi oczami robię sama. Nie słodzę, ale poza tym piję kawę pod każdą postacią: z ekspresu, z kawiarki, parzoną po turecku, etc. Najczęściej czarną jak bezksiężycowa noc, ale z mlekiem albo śmietanką też lubię. Nie pogardzę latte ani cappuccino. Mogę nie jeść, ale bez kawy nie przeżyję dnia. Jak mówili bohaterowie Fire Walk With Me, kawa to też narkotyk, tyle że legalny. Zatem jestem kawowym ćpunem. Mam niskie ciśnienie i bez kawy nie funkcjonuję, boli mnie głowa i mam ochotę wszystkich zabić… Niedawno wrzuciłam do sieci zdjęcie widoku z okna. Na pierwszym planie stał wielki półlitrowy kubłas, z którego piłam poranną kawę. Jeden z blogerów skomentował zdjęcie słowami: „Do czego służy ten garczek?”… No cóż, można powiedzieć, że piję kawę garnkami ;)

Moja domowa kawiarenka. tak się składa, ze jestem geniuszem urządzania wnętrz ;) a do tego wszelkie remonty, malowanie, etc. mi nie straszne. Pomysł i wykonanie moje :)

Moja domowa kawiarenka. Tak się składa, że jestem geniuszem urządzania wnętrz ;) a do tego wszelkie remonty, malowanie, etc., mi nie straszne. Pomysł i wykonanie moje :)

#7. Kiedy nikt nie słyszy, klnę jak szewc

No dobrze, nie tylko kiedy nikt nie słyszy ;) Wiem, przeklinanie jest złe i niekulturalne, ale czasem nie umiem się powstrzymać. Jako polonistka powinnam dawać dobry przykład, ale cóż, nie jestem językową purystką. Staram się nie kląć w miejscach publicznych i zazwyczaj mi się udaje, ale w domu zdarza mi się to aż zbyt często. W ten sposób spuszczam parę, pozbywam się frustracji i nerwów. Pocieszają mnie dwa fakty: jeden z moich profesorów powtarzał zawsze, że „wulgaryzmy są integralną częścią języka i o ile to uzasadnione można, a nawet trzeba, ich używać”; najsłynniejszy polski polonista Adam Miauczyński też przeklinał i to sporo, nierzadko kompulsywnie wyrzucał z siebie ku*** za ku***. Jestem tylko człowiekiem i nic co ludzkie mi obce nie jest ;)

#8. Mam „artystyczną duszę”

Tak się to potocznie, a zarazem niezwykle poetycko, nazywa ;) Maluję, fotografuję, śpiewam, próbuję pisać prozę, czasem wpadam na dziwne pomysły… Z jednej strony lubię ład i porządek, z drugiej artystyczny chaos i kreatywny nieład. Kocham sztukę, w teorii i w praktyce. Moje największe do tej pory osiągnięcie, to komplement jakim poczęstował mnie kurier, który dostarczał mi książki… Mam w korytarzu dwa „obrazy” mojego autorstwa. To romby wiszące jeden pod drugim, zrobione z płyty, ozdobione farbą i drutem. Ni to instalacja, ni malowidło. Usłyszeć pochwałę od obcego człowieka, który wpadł z przesyłką na pół minuty, a zwrócił uwagę na ten bohomaz – bezcenne :D

Maluję na strychu, mogę tam paćkać i bałaganić do woli...

Maluję na strychu, mogę tam paćkać i bałaganić do woli…

#9. Czytam  w wannie

Robię to prawie codziennie. Szybki prysznic, to nie dla mnie. Uwielbiam wodę, kocham się moczyć i jeździć nad morze.  Gdybym wygrała w totka wybudowałabym sobie najpierw basen, a dopiero później bibliotekę ;) Jestem Wodnikiem. Mój mąż jest Wodnikiem. I choć nie wierzę w horoskopy i astrologię, wierzę, że woda to nasz żywioł, bez którego byśmy nie przetrwali.

#10. Obecnie w moim domu mieszka 589 książek

Policzyłam je dzisiaj specjalnie dla was :) Dawniej odsprzedawałam przeczytane książki, żeby kupić sobie kolejne. Od kilku lat mam problem z rozstawaniem się z przeczytanymi tomami i magazynuję je na potęgę. Blisko sześćset tomów to nie jest jakaś zawrotna ani imponująca liczba, ale jest już z czego wybierać. Znajomi i rodzina pożyczają ode mnie lektury przy każdej okazji. Molem książkowym jestem odkąd nauczyłam się czytać, a było do dość wcześnie, bo poszłam do przedszkola jako trzylatka, a jako sześcioletnie dziecko nie rozstawałam się już z książkami. Uwielbiałam czytać bajki, baśnie i… książki popularnonaukowe o dinozaurach. Jak przypieczętowałam swój los nałogowego czytelnika i spędziłam wakacje w bibliotece przeczytacie tutaj.

Część domowej biblioteczki

Część domowej biblioteczki

Zgodnie z zasadami nominuję pięć blogów – na które regularnie zaglądam i które lubię czytać – do udziału w Liebster Blog Award. Nie mogę nominować ponownie Cocteau & Co., choć to właśnie ten blog odwiedzam najchętniej i najczęściej, ale jest też kilka innych wartych polecenia. Jeśli jeszcze nie znacie – poznajcie.

Echo z północy – skandynawskie mroźne klimaty, dość młody blog o książkach, który jednak ma potencjał i z ciekawością będę podglądać, jak rozkwita.

Superchrupka – blog o popkulturze, na którym znajdziecie masę ciekawych tekstów o kinie. Zaglądajcie też na fanpage bloga, bo pojawia się tam wiele ciekawych komentarzy i krótkich wpisów. Z pasją i inteligentnie o kulturze popularnej – tylko u Superchrupki.

Pełen zlew – tego bloga w zasadzie nie trzeba polecać, bo jest znany i ma rzesze fanów, ale i tak to zrobię, bo jest to strona wyjątkowa. Autorka – którą miałam zaszczyt poznać osobiście – pisze prosto z serca. Głównie o książkach, ale nie tylko. Teksty Uli to nie są recenzje, raczej eseje o literaturze, życiu, ludziach, miejscach, czasie i przestrzeni. Powiedziałabym, że to najbardziej poetycki blog jaki znam. Nie sposób się oderwać od czytania.

Bardziej lubię książki niż ludzi – pod tą prowokacyjną nazwą kryje się blog, który coraz częściej odwiedzam. Po pierwsze, też mam w sobie coś z mizantropki na pół etatu i są chwile kiedy od towarzystwa ludzi wolę towarzystwo książek, po drugie, często zdarza mi się sięgać po te same lektury, co autorka bloga. Lubię czytać jej recenzje, sprawdzać czy miałyśmy podobne wrażenia i przemyślenia.

Minerva – blog o sztuce, ale nie tylko. Idealny dla laików, ludzi zainteresowanych krótkimi artykułami w bardzo przystępnej formie. Zero mądrzenia się, czysta esencja miłości do sztuki i wrażenia z podpatrywania piękna świata.