Wiele demonów – powieść, która znalazła się w finałowej siódemce tegorocznej edycji nagrody Nike – to utwór specyficzny. Nie jest, a przynajmniej dla mnie nie była, to książka, którą pochłania się jednym tchem. Ta nielinearna opowieść pełna retrospekcji i retardacji zdecydowanie wymaga skupienia. W moim przypadku tygodniowej lekturze towarzyszyło wiele przemyśleń. Do niektórych fragmentów wracałam kilkakrotnie. Zawsze zaznaczam samoprzylepnymi zakładkami indeksującymi interesujące fragmenty, cytaty, do których warto wrócić. Książka Pilcha wygląda jakby dorwał ją jakiś szaleniec, uwielbiający ozdabiać wszystko kolorowymi wstążeczkami, bo tym razem zakładek było nie kilka, a kilkadziesiąt. Mówiąc krótko: zrobiła na mnie duże wrażenie.

Tytułowe demony występują w utworze na dwóch poziomach. Po pierwsze tkwią w nas samych. Każdy je ma. Wielu filozofów i artystów metaforycznie określało demonami ludzkie słabości. Demonem może być wszystko: lęki, wyrzuty sumienia, wpojony światopogląd i wychowanie nie idące w parze z pragnieniami i ambicjami, etc. Po drugie Pilch opisuje małą społeczność żyjąca w latach pięćdziesiątych XX wieku na Śląsku Cieszyńskim. Ludziom tym nieobca jest wiara w zabobony. Zjawiska, których nie rozumieją i nie potrafią wyjaśnić, nadal przypisują diabłom, demonicznym istotom i siłom nieczystym. Wszelkie pokusy, które atakują purytańską społeczność również muszą być dziełem jakiegoś demona, bo kogóż by innego?

Wiele demonów nie ma głównego bohatera, albo inaczej – głównym bohaterem jest tutaj zbiorowość. Pilch wykreował szereg nietuzinkowych postaci: Fryc Moitschek – listonosz będący równocześnie, zdaniem niektórych, prorokiem, cudotwórcą i uzdrowicielem, a przez sceptyków nazywany siglańskim Rasputinem; dwie córki pastora Mraka – istoty abiektalne, budzące ambiwalentne uczucia, traktujące przedmiotowo mężczyzn nastoletnie fammes fatales, piekielnie inteligentne, dojrzałe i doświadczone kobiety w ciałach dziewczątek, burzycielki porządku, dążące do transgresji w każdej dziedzinie życia, a nawet śmierci; a także wiele innych, mniej lub bardziej zaskakujących, barwnych postaci. Bohaterem Wielu demonów jest także miejsce – niewielka osada Sigła. To sielska z pozoru kraina, w której każde najdrobniejsze wydarzenie urasta do rangi czegoś wielkiego, szeroko komentowanego zjawiska społecznego, religijnego symbolu. Kiedy do Sigły wkrada się zbrodnia i kłamstwo okazuje się, że w rzeczywistości jest pełną mroku i tajemnic „domeną diabła”.

Narratorem opowieści jest jeden z mieszkańców Sigły. Jest on świadkiem i uczestnikiem wielu zdarzeń, ale o sobie nie mówi. Wiemy tylko tyle, że jest sierotą wziętym na wychowanie przez naczelnika poczty i starkę Zuzę. Narrator to człowiek znikąd, mężczyzna zagadka. Od tego kim jest, bardziej interesujące zdaje się to, w jaki sposób snuje opowieść. Robi to z jednej strony jak gawędziarz, ludowy bajarz, a z drugiej jak intelektualista, człowiek niezwykle wyrafinowany.

Zanim książka Pilcha wpadła mi w ręce, zdążyłam się nasłuchać, że to grafomania, że bufonada przy jednoczesnym ubóstwie języka i wyobraźni, że ciągle się powtarzają te same frazy, że miszmasz, jedno do drugiego nie pasuje, itp., itd. Ja rozumiem, że takie zarzuty mogły paść tylko z ust ludzi, którzy tej książki nie zrozumieli, bo – nie oszukujmy się – proza Pilcha nie jest dla każdego. Jeśli komuś przeszkadzają archaiczne słownictwo i składnia, jeśli chce mieć wszystko podane jak na tacy i nie zastanawiać się nad tym, co czyta, to po takie książki w ogóle nie powinien sięgać.

Zgadzam się, że na początku lektury postacie robią wrażenie wydumanych. Sama po kilkunastu stronach pomyślałam: „Przecież tacy ludzie nie istnieją. Niby to mieszkańcy małej miejscowości gdzieś na końcu świata, niby prości ludzie, tymczasem wszyscy równo błyszczą inteligencją i elokwencją, są znawcami literatury i filozofii, religioznawcami, prawdziwymi erudytami… O co tutaj chodzi?”. Odpowiedź, rzecz jasna, znalazłam niebawem na kartach książki. Wiele demonów przywodzi mi na myśl Podwojenie José Saramago. Oczywiście wielokrotnie złożone, zajmujące nieraz pół strony, misterne konstrukcje zdaniowe Pilcha nie są nawet w połowie tak kręte i długie jak te, które tworzył portugalski pisarz, ale ich twórczość ma inne punkty zbieżne. Obaj zdają się wyznawać zasadę, iż fikcja literacka może, ale nie musi naśladować życia. Lepiej tworzyć wariacje na temat rzeczywistości, bawić się nią, toczyć swoistą grę z czytelnikiem, uprzedzając jego ruchy. W tekstach Saramago nierzadko padają pytania i odpowiedzi na nie dokładnie w miejscach, kiedy czytelnik przerywa lekturę i zastanawia się, o co chodzi. Można się poczuć, jakby ktoś czytał nam w myślach. Podobny dar antycypacji posiada Pilch. Przewidział, jakie zarzuty padną w stosunku do Wielu demonów i wyśmiał je już w samej powieści. Utwór jest przesiąknięty ironią i autoironią.

Autokrytykę włożył Pilch w usta bohaterów. To oni wypowiadają, w różnych kontekstach, twierdzenia, które jasno dowodzą, że taka konwencja jest zamierzona. Pilch toczy z odbiorcą literacką grę. Żeby nie być gołosłownym, podam przykłady. Pisarz sam wyśmiewa niektóre postaci słowami: „jacyś zupełnie niewiarygodni, tak niewiarygodni, że chyba z kiepskiej literatury, nie z prawdziwego życia wzięci”, a nawet stwierdza, że „powieść luterańsko-kryminalna z natury rzeczy musi być parodią”. Oczywiście wnioski te wypowiadane są przez postaci literackie i odnoszą się do przedstawionego w powieści fikcyjnego świata, ale nie można nie dostrzec tu chwytów autotematycznych i metatekstowości. Pilch sygnalizuje w ten sposób, że jest pisarzem nie bojącym się artystycznych wyzwań ani krytyki. Udowadnia też, że nie brakuje mu ironicznego poczucia humoru i dystansu do siebie jako twórcy.

Jak można zarzucać brak wyobraźni komuś, kto pisze w taki sposób, że przed oczami czytelnika odmalowuje się obraz, jakiego nie powstydziłby się Salvador Dalí? Scena z doktorem, który pochyla się nad zmarłym, by stwierdzić zgon, a zamiast oczekiwanej trupiej ciszy natrafia na zaskakujące dźwięki i obrazy maszynerii wnętrza ludzkiego ciała, jest dowodem talentu i pisarskiego doświadczenia Pilcha.

Jak można deprecjonować czyjąś twórczość za to, że przełamuje bariery, daje nam coś całkiem innego od tego, do czego przywykliśmy, odważnie czerpie z tradycji literackiej tworząc nieoczywiste połączenia? Od kiedy oryginalność i nieszablonowość to wada? Ostatni rozdział powieści jest moim zdaniem idealnym tego przykładem. Od razu przyszło mi do głowy – choć nie wiem, czy taka była intencja autora – że podobnej mieszanki Psychozy Blocha z Dziadami Mickiewicza w literaturze jeszcze nie było. Zestawienie portretów psychologicznych matki i syna połączonych patologiczną więzią z motywami rodem z epoki romantyzmu zwala z nóg.

Jak można nazwać grafomanem kogoś, kto z niezwykłą przenikliwością, ale i prostotą komponuje minitraktaty metafizyczne, ontologiczne (narracyjne fragmenty drukowane kursywą)? Autor pisze o tym wszystkim, o czym każdy z nas – z upływem czasu coraz częściej – myśli. Ciało, duch, rozkład, kremacja, życie wieczne, niebyt – wszystko to pojawia się w rozważaniach Pilcha na temat przemijania i śmierci. Wcale nie trzeba być wierzącym, żeby identyfikować się z obawami pisarza i stawianymi przez niego pytaniami. W Zaćmieniu Agnieszka Wolny-Hamkało pada zdanie: „Książki się pisze z lęku przed śmiercią” i podejrzewam, że autor Wielu demonów by się z tym zgodził. Może nie jest to jedyny powód, ale na pewno jeden z powodów, dla których artyści tworzą. Każdy chce coś po sobie zostawić. Nikt nie chce przepaść w nicości i ciemności.

Światło – mrok, biel – czerń, dobro – zło, manichejska walka przeciwieństw u Pilcha nie znajduje potwierdzenia, ponieważ opisał on świat, w którym opozycje się rozmywają. Nieprzypadkowo w powieści wszystko jest „takie zielone, że aż czarne”, „takie czerwone, że aż czarne” i takie „ciemne, że aż białe”. Autor z – jak mawia mój tato – uporem maniaka powtarza te, dosłownie i w przenośni, barwne porównania, abyśmy dostrzegli półcienie i zrozumieli, że nie istnieje czyste dobre i czyste zło. Wiele demonów to kolejna tegoroczna lektura, w której odnajduję tę tezę. Ludzie są tylko ludźmi. Ani aniołami, ani demonami. Ludźmi. I nic co ludzkie, nam obce nie jest.

Chyba trochę za bardzo się rozpisałam, wiec podsumowanie króciutkie. Świetna książka. Jedna z tych, do których warto kiedyś wrócić i przeczytać drugi, a nawet trzeci raz.

*

Jest jedna rzecz, drobiazg właściwie, wobec której nie mogę przejść obojętnie. Po prostu muszę się przyczepić.  Pan Jerzy zaliczył małą wpadkę, której pewnie większość czytelników nie zauważyła, jednak mnie – ze względu na chorobliwe zainteresowanie historią zbrodni i seryjnymi mordercami – nie mogła ona umknąć. Autor chciał się popisać znawstwem słynnych morderczyń, jednak popełnił szereg błędów. Po pierwsze nazwiska. Jedna z nich nazywała się Belle Gunness, a nie Bella Gunnes, druga – morderczyni z wrzosowisk – Myra Hindley, nie żadna Myra Lindley. W dodatku ta druga mordowała w pierwszej połowie lat sześćdziesiątych, czyli w czasach późniejszych niż opisane w książce, zatem bohaterki powieści nie powinny wymieniać jej nazwiska.

Autor: Jerzy Pilch
Tytuł: Wiele demonów
Wydawnictwo: Wielka Litera
Liczba stron: 479
Wydanie: I (2013)
Oprawa: Twarda z obwolutą
Format:  13 x 22 cm
Cena z okładki: 44,90
ISBN: 978-83-63387-91-4