Nie jest tajemnicą, że mam obsesję na punkcie sobowtórów. Oprócz Czepiam się książek moim drugim blogowym dzieckiem jest strona Doppelganger Universe, która jest swoistym internetowym notatnikiem, w którym gromadzę informacje na temat sobowtórów, bliźniąt, wszelkich podwojeń i rozdwojeń. Pytanie tylko, dlaczego to robię?

Już we wczesnym dzieciństwie odczuwałam coś jakby obecność drugiej siebie. Mając kilka lat uroiłam sobie, że moja mama będąc w pierwszej ciąży, miała urodzić bliźnięta, ale jedno dziecko nie przeżyło. Przeżyłam tylko ja. To podwójnie dziwne, bo nie byłam samotnym dzieckiem. Miałam i mam o trzy lata młodszą siostrę, ale w dzieciństwie nie byłyśmy sobie szczególnie bliskie. Bardzo się różniłyśmy, a ja chyba potrzebowałam kogoś do mnie podobnego. Zewnętrznie i wewnętrznie. Nie potrafię powiedzieć w jakim dokładnie byłam wtedy wieku. Mogłam mieć siedem, osiem, może dziewięć lat… Na pewno więcej niż sześć i nie więcej niż dziesięć. Mój doppelganger nie był klasycznym wyimaginowanym towarzyszem, nic z tych rzeczy. Po pierwsze nigdy nie zwizualizowałam mojej bliźniaczki. Podświadomie wiedziałam, że jest taka jak ja, ale nigdy nie widziałam jej siedzącej ze mną w pokoju, czy chodzącej u mojego boku. To było tylko wyobrażenie – słowo fantazmat, którego wtedy rzecz jasna jeszcze nie znałam, idealnie tu pasuje – i poczucie, że jest ktoś jeszcze.

Przeczytałam kiedyś, że wcale nie jest to taki rzadkie, jak mogłoby się wydawać. Wielu ludzi na pewnym etapie życia uważa, że jest jednym z pary bliźniąt, tym które ocalało, podczas gdy drugie zmarło jeszcze w łonie matki, lub tuż po porodzie. Jest to pewien archetyp, który musi mieć związek z poczuciem niepełności, utraty i braku, ale nie potrafię – jeszcze – tego bliżej wyjaśnić. Czasami to irracjonalne poczucie znika, a czasami nie. Wtedy urojony sobowtór zostaje z człowiekiem do końca życia…

Moja siostra bliźniaczka istniała tylko jako mglista idea kogoś, kto odszedł zanim mogłyśmy się poznać. Ale do czasu. Pewnego wieczora do mnie „przyszła”. Było to – i do dziś jest – najbardziej tajemnicze, przerażające i niemożliwe do opisania doświadczenie w moim życiu. Zakończyło się krzykiem, histerią, i spaniem przy zapalonej lampce przez kolejnych kilka lat. Po zmroku ktoś się pojawił i mówił do mnie coś, czego do dziś nie rozumiem… Ktoś inny mógłby zapytać, skąd pomysł, że to moja nieistniejąca siostra bliźniaczka, a jedyna odpowiedź jakiej mogłabym udzielić brzmiałaby: Jeśli nie ona, to kto?

Po latach zapytałam moją mamę o ten „atak paniki”, ale stwierdziła, że nic takiego się nie wydarzyło. To prawda, nie opowiadałam na lewo i prawo o mojej bliźniaczce, nie wiedzieli o niej nawet rodzice, ale to wydarzenie pamiętam tak dokładnie, że trudno mi uwierzyć, że je wymyśliłam. Może to inni nie chcą pamiętać…

Tak, widziałam kilka razy tajemniczy cień na ścianie. Tak, czasem słyszę w głowie głosy. Tak, boję się że mogę być szalona. Ale udało mi się jakoś przeżyć trzydzieści lat nie robiąc krzywdy sobie, ani nikomu innemu, więc chyba nie jest ze mną aż tak źle… Może kiedyś zdiagnozują u mnie guza mózgu, może okaże się, że znalazłam się w gronie nielicznych dotkniętych fenomenem medycznym zwanym fetus in fetu, noszących w ciele pozostałość po wchłoniętym nienarodzonym bliźniaku, albo jak Mauppasant dokonam żywota w domu wariatów rozmawiając z niewidzialnym doppelgangerem… Niczego nie wykluczam. Ani tego, że tkwi we mnie potwór, ani tego, że cierpię na lekkie zaburzenia dysocjacyjne tożsamości, ani nawet tego, że towarzyszy mi metafizyczny byt, demon utkany z tęsknot, głodu czegoś, czego nawet nie umiem nazwać.

Po tym nocnym najściu moja bliźniaczka przez jakiś czas spała. Nie myślałam o niej, ale kiedy zaczynałam dorastać, wróciła. Nie jestem pewna jak to się stało, ale pewnego ranka bardzo wcześnie jeszcze przed świtem połaskotała mnie w stopę. Wiem, brzmi to dość komicznie, ale wtedy zerwałam się z łóżka przerażona, bo czułam, że ktoś mnie dotknął, a przecież byłam w domu całkiem sama. Różne myśli przychodziły mi do głowy, ale w końcu zrozumiałam, że to znowu musiała być ona. Od tamtej pory dziwnie się czułam patrząc w lustro. Dziwnie to właściwie mało powiedziane. Widziałam w nim nie siebie. Ja patrzyłam w lustro, ale z lustra patrzyła na mnie inna osoba. Makabryczne uczucie. Zaczęłam więc luster unikać. W szkole średniej nie zawracałam sobie głowy makijażem i w ogóle nie dbałam szczególnie o wygląd. Umyć zęby i uczesać włosy bez patrzenia w lustro – do dziś to dla mnie żadna trudność.

Na pierwszym roku studiów poznałam moją do dziś najbliższą przyjaciółkę. Paulina jest dla mnie jak siostra, kocham ją, ale jednej rzeczy nigdy nie mogłam pojąć – dlaczego nie umie przejść obojętnie obok lustra. Zawsze gdy jakieś mija, przystaje, sekundkę albo dwie przegląda się w nim, ewentualnie coś poprawia, ale najczęściej tylko zerka, jakby się chciała upewnić, że wszystko jest jak należy. Oto człowiek, który nie boi się siebie. Kobieta, która patrzy na własną twarz bez niepokoju. Chyba dlatego tak mnie jej zwyczaj denerwował, kiedy wszędzie chodziłyśmy i mieszkałyśmy razem, bo mnie lustra bardziej odstraszają niż przyciągają. Wie to każdy, kto choć raz był u mnie w domu.

W tym miejscu wypadałoby odpowiedzieć na pytanie, czy boję się mojej bliźniaczki. Nie wiem. A raczej, i tak, i nie. Na pewno nie jest klasycznym złym sobowtórem, mroczną połową. Kiedy zaistniała, jeszcze nie wiedziałam, co sobowtór od wieków symbolizuje. Nie mogę powiedzieć, żebym czuła, że moja bliźniczka mi zagraża, ale nie mogę też powiedzieć, że się jej zupełnie nie boję. To byłoby oszukiwanie samej siebie. Nas obu.

Po latach do mojego sobowtórowego wewnętrznego świata wkradł się świat zewnętrzny. Zaczęłam się zastanawiać, czy nie istnieje gdzieś mój realny sobowtór, kiedy obcy ludzie w obcym mi mieście, w którym tymczasowo zamieszkałam, zaczęli mówić mi „cześć” i „dzień dobry”, krótko zagadywać, jakby mnie znali. Zdezorientowana najczęściej odpowiadałam zwięźle i odchodziłam, nie próbując wyjaśnić nieporozumienia. Tchórzostwo. Myśl, że czasem może lepiej nie wiedzieć, nie spotkać się ze sobą twarzą w twarz…

Wtedy weszłam w etap studiowania motywu sobowtóra w literaturze, filmie i sztuce. Od lat czytam i oglądam wszystko, co się wiąże z podwojeniem i bliźniaczością, zgłębiam sobowtórową symbolikę. Napisałam pracę magisterską o literackich sobowtórach, a jakże. A moja fascynacja zamiast ostygnąć, wciąż się pogłębia. Szukam odpowiedzi, której prawdopodobnie nigdy nie znajdę, ale na razie nie zamierzam przestać próbować. Od pewnego czasu świadomie otaczam się sobowtórami. Kiedy się budzę, przed oczami mam obraz René Magritte’a Reprodukcja zakazana. Ściany w moim domu zdobi więcej podobnych prac. Książki o sobowtórach też stanowią pokaźną część mojej domowej biblioteczki. Do tego filmy, które analizuję w serii artykułów „Projekt Doppelganger”… Nie zdziwcie się, jeśli natkniecie się kiedyś w księgarni na mało popularną książkę popularnonaukową o sobowtórach podpisaną moim nazwiskiem. Pisanie to kolejna rzecz, którą próbuję robić.

Jeśli zaś chodzi o czytanie, ostatnio zgłębiam twórczość Joanny Bator i to chyba – a raczej na pewno – za sprawą jej otwartego mówienia o wyimaginowanej mrocznej bliźniaczce i kobiecym pisarskim alter ego, odważyłam się opowiedzieć wam o swojej. Po prostu poczułam, że muszę. Że nie będę w stanie skoncentrować się na niczym innym, dopóki tego nie zrobię. Za sprawą Wyspy Łzy poczułam się mniej wariatką. I nawet jeśli w wypadku Joanny Bator mroczna bliźniaczka jest tylko kreacją literacką, maskaradą, o której pisarka często wspomina w kontekście i życia, i pisania, w jakiś sposób mnie ta lektura uwolniła, bo odkryłam, że jest ktoś z kim dzielę to sobowtórowe szaleństwo. Tak naprawdę nie jest to pierwsza opowieść o mojej fantazmatycznej bliźniaczce, ale pierwsza która ujrzy światło dzienne i być może znajdzie czytelnika. Kilka lat temu napisałam koszmarne opowiadanie, które w metaforyczny sposób o niej mówiło. Czego w nim nie było? Choroba psychiczna, utrata pamięci, demoniczne opętanie, nawiedzenie przez ducha… Próba znalezienia odpowiedzi. Wyjątkowo nieudana. Dobrze, że go nie opublikowałam. Było obłędnie kiepskie.

A żeby wariactwom stało się zadość, zakończę ten tekst mottem z powieści Sorry Zorana Drvenkara. Kto powiedział, że motto musi być zawsze na początku? Wierzycie w początki i końce? Bo ja coraz częściej nie. Zostawiam was z tym niejednoznacznym cytatem. Im więcej razy go czytam, tym więcej mam pytań…

Nikt by nie uwierzył, jak ważne jest dla człowieka, żeby naprawdę móc zobaczyć samego siebie. Kwestia życia i śmierci.

Doppelganger

Sarah Snazell Doppelganger | 1998 | olej na płótnie | 140 x 119 cm |  Brecknock Museum and Art Gallery