„Każda podróż jest ucieczką przed śmiercią”, pisze Joanna Bator w Wyspie Łzie. Ucieczką przed przemijaniem, ale i bezsensem trwania w bezruchu. Poprzez podróż wyraża się potrzeba spontaniczności i czerpania z życia garściami. Daleka wyprawa może też być ucieczką przed własnym cieniem, doppelgangerem, który za nami podąża. Taka podróż jest pełna niesamowitych zdarzeń. Życie zaczyna przypominać sen na jawie, realne przeplatać się z fantastycznym…

Mroczny bliźniak, melancholia i niesamowitość idą samotrzeć, o czym szybko przekonuje się każdy wędrowiec, który ruszył w podróż, by przechytrzyć swój cień.

O mrocznej bliźniaczce Joanny Bator wspomniałam krótko w niedawnym wpisie Sobowtór: historia nieznana. Opowieść o mojej (nie)istniejącej bliźniaczce. W Wyspie Łzie autorce towarzyszy wyobrażony sobowtór, alter ego w postaci Anny Karr, również pisarki. Zaczęło się od znalezionych przypadkiem fotografii. Na jednej z nich Joanna Bator zobaczyła dwie identyczne dziewczynki. Symbolicznie stała się jedną z tych bliźniaczek ze zdjęcia. Stworzyła sobie fikcyjną genealogię, wymyśloną rodzinę, historię i korzenie. Zyskała też siostrę.

Fotografia przedstawia ubrane na biało dziewczynki w wieku sześciu do siedmiu lat. Stoją na tle pofałdowanej kotary, przytulone, wsparte o siebie tak blisko, jakby były zrośnięte. Papużki nierozłączki. Widać je tylko do pasa. Mają krótkie włosy z grzywką, wielkie białe kokardy i poważne niemal identyczne buzie. Dopiero po bliższym przyjrzeniu się można zauważyć różnice miedzy nimi. Ta z lewej jest zasnuta szarą mgłą i nie do końca wiadomo, czy należy do tego świata, czy już przeszła do krainy śmierci, wygląda, jakby oko obiektywu chwyciło ją, kiedy robiła pierwszy krok w tył. Jej rysy są ostrzejsze, twarz odrobinę bardziej pociągła i chłopięca. Tak sobie nas wyobrażam, mnie i moją mroczną bliźniaczkę.

dsc_3816

Tę – jak ją nazywa – mroczną bliźniaczkę utożsamia częściowo z artystycznymi uzdolnieniami. Uważa że to ona podsuwa jej pomysły, pobudza kreatywność, a czasami prowokuje, zasiewa w niej niepokój, który później znajduje ujście w tekście. Mroczna bliźniaczka daje Joannie Bator coś, co ta musi przerobić na opowieść. Właściwie to nie rozumiem dlaczego „mroczna”, bo pisarka sama dopowiada, że swojego doppelgangera się nie boi, przeciwnie, koegzystuje z nim w niejakiej harmonii. Fantazmatyczna bliźniaczka bywa jej drogowskazem, zdarza się, że ratuje od zagłady. Jest zatem przeciwieństwem złego sobowtóra.

dsc_3815

Mroczna bliźniaczka to nie jedyna gra pisarki z własną tożsamością. Bator przyznaje, że w czasie podróży opowiada ludziom, zadającym niełatwe pytanie „skąd i kim jesteś”, zmyślone na poczekaniu historyjki. W tej maskaradzie bez konsekwencji tylko na moment wciela się w innych ludzi, którymi nigdy nie była i nie będzie. Czasami głębiej zastanawia się, jakby to było naprawdę obudzić się w cudzym ciele, w odmiennej roli, z innym imieniem… Chyba pociąga ją myśl o zniknięciu, rozpłynięciu się w niebycie. Czy świadoma, że kiedyś zniknie, chce zniknąć na własnych warunkach…?

Właśnie od zniknięcia zaczyna się najnowsza książka Bator, Wyspa Łza.

Za sprawą mrocznej bliźniczki pisarka słyszy w głowie: „zniknęła bez śladu”. Ignoruje głos, ale ta fraza wraca i wraca, jak uporczywy refren. To znak, że czas na kolejną podróż. Ruszanie tropem kobiety, która zaginęła ponad dwie dekady temu na dzikiej tropikalnej wyspie, wydaje się absurdem. Ale nie dla Joanny Bator. Kolekcjonerka szalonych nagłówków z gazet, musiała natknąć się niegdyś na historię poszukiwanej młodej amerykanki, Sandry Valentine, która w tajemniczych okolicznościach zaginęła na Sri Lance. Ta niedokończona opowieść musiała wyryć się w jej umyśle i powrócić po latach. Ale dlaczego? Czy coś je łączy. Może były w tym samym miejscu w tym samym czasie? Może niczego nieświadome piły pod koniec lat osiemdziesiątych kawę w tej samej nowojorskiej kawiarni? Sandra Valentine wydaje się taka podobna do mrocznej sobowtórki pisarki Anny Karr… Zatem i zaginiona kobieta jest sobowtórem Joanny Bator.

Cóż za przedziwna historia? Joanna Bator zalicza Wyspe Łzę do tak zwanych autofikcji. Wspomina w niej o „fikcjach literackich, które nie są kłamstwami”. Czy to właśnie tworzy? Zmyślone historie, które nie do końca są zmyślone.

dsc_3814

Tytułowa Wyspa Łza to miejsce gdzie realne przenika się z baśniowym. Ludzie i przyroda stapiają się w jedność. Człowiek i roślina mogą tu stanowić jeden organizm. Mężczyźni i kobiety transformują w zwierzęta, ptaki.  Ta wyspa w kształcie łzy słynie z czarnej magii. Nic zatem dziwnego, że tożsamość czy ciało są tu czymś płynnym i zmiennym. Samej pisarce towarzystwa dotrzymuje widmo Witkacego, który odwiedził wyspę przed stu laty.

Tę niecodzienną opowieść dopełniają fotografie Adama Golca. Mroczne i lekko melancholijne. W większości czarno-białe. Uwieczniona przez fotografa wizja świata jest bliźniaczo podobna a zarazem różna od tej, którą przedstawia Bator.

dsc_3813

Pisarka nie odnajduje Sandry Valentine, ani nawet najdrobniejszego po niej śladu, po co więc była ta podróż? Może musiała się wydarzyć, takie było jej przeznaczenie.

Za odpowiedź musi wystarczyć kilka alternatywnych wersji losu Sandry, zrodzonych w wyobraźni pisarki: została porwana, uwięziona i zamieniona w wiecznie brzemienną surogatkę; zboczeniec zwabił ją do lasu i nikt jej już więcej nie widział, zamordowano ją z zimną krwią; straciła życie przypadkiem, ktoś zabił ją niechcący, a jej ciało ukrył; zniknięcie było świadomą decyzją, ucieczką od życia, może zdecydowała się na izolację, na przykład zamknęła w klasztorze; albo straciła pamięć i gdzieś żyje nieświadoma swej przeszłości…

Niewątpliwie jest to też książka o pisaniu książki, o procesie twórczym, słowach rodzących się w bólach. O dżungli tekstu, który niełatwo okiełznać. Zaintrygowało mnie też, że Bator stosuje podobne techniki – i za pomocą niemal identycznej metafory je opisuje – wyłuskiwania pomysłów i tworzenia zalążków narracji, jak jeden z moich ulubionych reżyserów David Lynch… Fascynujące…

Książka Bator to zapis snu szaleńca, albo narracyjny autoportret w stylu Witkacego, jak jeden z tych namalowany przez artystę w narkotycznym transie. Rozmyty, zniekształcony, fantasmagoryczny, prawdziwy i nieprawdziwy. Nie wiadomo jaka Joanna Bator jest naprawdę. Z Wyspy Łzy – która jest połączeniem fikcji i autobiografii – wyłania się obraz wyemancypowanej kobiety, podróżniczki, obywatelki świata, która ciągle jest w drodze, zarówno ciałem jak i duchem. Niedalekie wycieczki i bardzo dalekie wojaże. Prawdziwe podróże i fantazmatyczne wędrówki… Nomadka to zapewne tylko jedno z obliczy pisarki. A samą książkę – jej najmłodsze literackie dziecko – odbieram jako połączenie realizmu i surrealizmu, taki podróżniczy realizm magiczny. Nawet jeśli ten świat jest sztucznie wykreowany, nie brakuje mu autentyzmu. Poza tym, autorka nie mami czytelnika, od początku przyznaje, że książka jest głównie relacją z wyprawy w głąb własnego ja.

Od kiedy tu przyjechałam, zajmuję się rozprzypominaniem, odzapominaniem, zapamiętałym sobie wypominaniem, a granica między jawą i snem jest jak sito.

Niektóre opowieści Bator nagle się ucinają, w ich miejsce wkradają się inne. Wspomnienia, hipotezy, czarne scenariusze, faktografia i nieokiełznana fikcja. Osobliwy reportaż z podróży która tylko w połowie dzieje się naprawdę…

dsc_3819

Joanna Bator, Wyspa Łza, Wydawnictwo Znak, Kraków 2015.