Clockwork Orange budzi na kolejnych etapach lektury sprzeczne odczucia. Ambiwalentny stosunek do tej powieści mieli zarówno jej twórca, jak i autor polskich przekładów. Fascynacja i bunt. Zachwyt nad odwagą i pomysłowością Anthony’ego Burgessa i przerażenie, że wizja ta po części już się ziściła i codziennie urzeczywistnia się na naszych oczach…

Długo zastanawiałam się, od czego zacząć ten tekst. Zdecydowałam, że najlepiej od cytatów. Jeśli przez nie przebrniecie, to znaczy że Mechaniczna pomarańcza zaintrygowała was na tyle, by czytać dalej. Jeśli nie dacie rady przetrawić tego obłąkańczego słowotoku, jeszcze nie czas na zmierzenie się z kultowym dziełem Burgessa…

Przyznaję, że sama nie od razu doceniłam tę powieść. Miałam dwa podejścia do Mechanicznej pomarańczy. Za pierwszym nie szło mi najlepiej… Minęło kilka lat… Za drugim to już nie było czytanie, to była obsesja. Na pierwszy ogień poszedł u mnie przekład w wersji R, relatywnie najmniej przystępny, ale podejrzewam, że tylko dla kogoś, kto – jak ja – słabo zna język rosyjski. Potem przekład w wariancie A. Czysta lekturowa przyjemność. I na koniec angielskojęzyczny oryginał. Wisienka na torcie, chociaż nie obeszło się bez zaglądania do słowniczka na końcu książki.

Postanowiłam napisać artykuł, który będzie w pewnym sensie komparatystyką wszystkich trzech wydań. Zafascynowała mnie kwestia translacji tego utworu, kontrowersje związane z jego publikacją, ingerencje cenzury w brytyjską powieść i jej polskie tłumaczenia. W artykule przeanalizuję stosunek książkowego oryginału do ekranizacji w reżyserii Stanleya Kubricka, nakreślę też krótko zaskakującą historię dwudziestego pierwszego rozdziału powieści, który zniknął z pierwszego i wielu kolejnych wydań…

Ale najpierw obiecane cytaty. Ten sam fragment powieści w trzech różnych wersjach. Publikuję je w odwrotnej kolejności, niż przebiegała moja lektura. Zapraszam do świata chaosu i gwałtu. Fabularnego i językowego.

As i stepped back from the kick I must have like trod on the tail of one of these dratsing creeching pusspots, because I slooshied a gromky yauuuuuuuuw and found that like fur and teeth and claws had like fastened themselves round my leg, and there I was cursing away and trying to shake it off holding this silver malenky statue  in one rooker and trying to climb over this old ptitsa on the floor to reach lovely Ludwig van in frowning like stone. And then I was into another saucer brimful of creamy moloko and near went flying again, the whole veshch really a very humorous one if you could imagine it sloochatting to some other veck and not to Yor Humble Narrator. And then the starry ptitsa on the floor reached over all the dratsing yowling pusscats and grabbet at my noga, still going ‚Waaaaah’, at me, and, my balance being a bit gone, I went really crash this time, on to sploshing moloko and skriking koshkas, and the old forella started to fist me on the litso, both of us being on the floor, creeching: ‚Trash him, beat him, pull out this finger-nails, the poisonous young beetle’, addressing her pusscats only, and then, as if like obeying the starry old ptitsa, a couple of koshkas got on to me and started scratching like bezoomny. So than I got real bezoomny myself, brothers, and hit out at them, but this baboochka said: ‚Toad, dont touch my kitties’, and like scratched my litso. So then i creeched: ‚You filty old soomka’, and upped with the little malenky like silver statue and cracked her a fine fair tolchock on the gulliver and that shut her up real horrorshow and lovely. Now as I got up from the floor among all the cracking kots and koshkas what should I slooshy but the shoom of the old policeauto siren in the distance, and it dawned on me skorry that the old forella of the pussicat  had been on the phone to the milicents…

Anthony Burgess, „A Clockwork Orange”, Banned Books Collection, London, s. 55-56.

Jak odstępowałem po tym kopie, to musiałem przydeptać chwosta któremuś z tych naparzających się ze skrzykiem kociątek, bo aj did usłych przeraźliwe jaauuuuu i czuję, że coś jakby z futra i zębów i pazurów okręciło mi nogę, a ja w to mięchem klnę i próbuję tu szejk daun z tą srebrną figurka w jednej łapie i do tego chcę przestąpić to fifsko na podłodze i grabnąć Ludvika Van tak cudnie sępiącego się jakby w kamieniu. I bryzg w następny aż po brzegi spodek łajt śmietankowego i znów mało nie pofrunęło mnie, owszem, bardzo to wszystko do śmiechu, jakby sobie wystawić, że trafiło na kogo innego, a nie na Pokornego Sługę i Autora Tych Słów. A ta stara z podłogi jak sięgnie przez kotłujące się i drące kociska i chaps mnie za giczoł, nie zaprzestając tego: – Uaaaaaa! – na mnie, a ja będąc już trochę aut z balansu, wykonałem edy tajm niedlapucu a ryjli bach trach i łubudu, w mleko chlups i w rozwrzeszczane koty, a ta stara bzdręga mnie piąchami po ryju, bo już oba my na podłodze, i w skrzyk: – Huzia na niego, bić go, powyrywać mu te pazury z łap i brać go, jadowitego gnojka! – wszystko do tych kociątek: I jakby się posłuchały tej staruchy, parę ich dorwało mnie i wzięły dziargać lajk med i no brejnz. Aż i ja z siebie wyszedłem, brajdaszkowie, i wziąłem je łomotać, a babcia na to: – Uch ty ropuchu, nie waż się tknąć moich kociątek! – i dziarg mnie po mordzie. To ja w skrzyk: – Oż ty brudny, stary torbiszonie! – i zamachnąłem się tą małą jakby srebrną figurką i raz ją normalnie w łeb i dopiero się tak bardzo horror szoł i fajnie przymknęła. Aj get ap z tych rozjarganych kotów, z podłogi, i co ja słyszę z dystansu, jak nie stary wóz policyjny, pędzący na sygnale i zaraz mi błysnęło, że ta kocia bzdręga już truła w telefon do gliniarzy…

Anthony Burgess, „Nakręcana pomarańcza”, wersja A, przeł. R. Stiller, Vis-à-vis/Etiuda, Kraków 2016, s. 65.

Jak odstępowałem po tym kopie, to musiałem nadepnąć na chwost jakiemuś z tych zrażających się ze skrzykiem kociątek, bo usłyszałem gromkie jaauuuuu i stwierdziłem, że coś jakby z futra i zębów i pazurów okręciło mi nogę, a ja w to mięchem klnę i próbuję otrząchnąć w jednej łapie z tą srebrna figurką i do tego chcę przestąpić to fifsko na podłodze i grabnąć Ludvika Van tak cudnie sępiącego się jakby w kamieniu. I bryzg w następny aż po brzegi spodek mleka śmietankowego i znów mało nie pofrunęło mnie, owszem, bardzo to wszystko uśmiejne, jakby sobie wystawić, że trafiło na kogo innego, a nie na Pokornego Sługę i Autora Tych Słów. A ta stara z podłogi jak sięgnie przez kotłujące się i drące kociska i chaps mnie za giczoł, nie zaprzestając tego: – Uaaaaaa! – na mnie, a bywszy już trochę z równowagi, na ten raz wykonałem po nastojaszczy bach trach i łubudu, w mleko chlups i w rozwrzeszczane koty, a ta stara bzdręga mnie piąchami po ryju, bo już oba my na podłodze, i w skrzyk: – Huzia na niego, bić go, powyrywać mu te pazury z łap i brać go, jadowitego gnojka! – wszystko do tych kociątek: i jakby się posłuszały tej staruchy chryczki, parę ich dorwało mnie i wzięły się dziargać jak z uma szedłszy. Aż i ja z uma wyszedłem, braciszkowie, i wziąłem je łomotać, a babuszka na to: – Uch ty ropuchu, nie waż się tknąć moich kociątek! – i dziarg mnie po mordzie. To ja w skrzyk: – Oż ty brudny, stary torbiszonie! – i zaniosłem się tą małą jakby srebrną figurką i raz ją normalnie w łeb i dopiero się tak bardzo horror szoł i fajnie przymknęła. Wstałem ja z tych rozjarganych kotów, z podłogi, i co ja słyszę w oddaleniu, jak nie stary wóz policyjny, pędzący na sygnale i zrazu mi błysnęło, że ta kocia bzdręga już truła w telefon do gliniarzy…

Anthony Burgess, „Mechaniczna pomarańcza”, wersja R, przeł. R. Stiller, Vis-à-vis/Etiuda, Kraków 2013, s.63-64.

Powyższy fragment pochodzi z szóstego rozdziału pierwszej części powieści. Może nie wydaje się mocno wstrząsający, ale de facto jest to najbardziej dosłowny opis morderstwa, jaki pojawia się w książce. Wybrałam go ze względu na ogromną ilość neologizmów. Do języka wrócimy, tymczasem kilka słów o tytule.

Czym jest mechaniczna pomarańcza?

Mechaniczna pomarańcza to utwór napisany przez jednego z bohaterów powieści, literata który padł ofiarą szajki młodocianych bandytów. Pisarz to imiennik głównego bohatera Alexander F. W swojej Mechanicznej pomarańczy stworzył metaforyczną wizję ludzkiej egzystencji, jako dojrzewania na drzewie życia. W tym ujęciu pomarańczą byłby człowiek. Burgess wyjaśniał: Jeśli człowiek zdolny jest tylko do czynienia dobra lub tylko do czynienia zła, jest nakręcaną pomarańczą; to znaczy wygląda jak organizm, zachwycający barwą i sokiem, ale w rzeczywistości jest tylko mechaniczną zabawką, której sprężyny nakręca Bóg albo Diabeł, albo – coraz częściej zastępujące ich obu – Wszechmogące Państwo. Tak samo nieludzkie jest bycie totalnie dobrym, jak i totalnie złym. Najważniejszy jest wybór moralny.

Zatem mechaniczną pomarańczą jest apatyczny, pozbawiony wolnej woli człowiek, który pozwala sobą manipulować i staje się marionetką w rękach innych, igraszką w rękach władzy totalitarnej.

W powieści padają też słowa, które mogą wskazywać na jeszcze jedno, bardziej globalne, znaczenie mechanicznej pomarańczy. Gnijący, wydzielający nieprzyjemny zapach owoc pomarańczy byłby synonimem ogarniętej przemocą Ziemi, przez analogię do Nowego Jorku nazywanego zgniłym jabłkiem.

Bohaterowie i zarys fabuły

Alex, Pete, George i Jołop są smykami co jeszcze rosną i do szkoły biegają. Nocami ci nastolatkowie zamieniają się w wilki w owczej skórze. Najpierw idą do baru Krowa, napić się drinka mlecznego z dodatkiem narkotyków i dopalaczy wszelkiej maści. Odwiedzają kolejny bar, gdzie stawiają kolejkę albo dwie miłym starszym paniom o mniej zasobnym portfelu. Szastają kasą, muszą się jej najszybciej pozbyć, by mieć motywację i potrzebę do zorganizowania rabunku. Przy okazji załatwiają sobie alibi, bo obdarowane panie zgodnie twierdzą, że chłopcy cały wieczór nie opuszczali baru… A jednak go opuszczają. Brutalnie atakują pierwszego napotkanego człowieka. Biją do nieprzytomności, upokarzają, zabierają pieniądze. Wsiadają w superszybkie auto. Pędzą. Powodują kilka kolizji na drodze, jeśli kogoś rozjadą, tylko się śmieją. Wybierają na cel elegancką rezydencję. Włamują się. Kobiety gwałcą i maltretują, mężczyzn tłuką do nieprzytomności. Roznoszą dom na strzępy, ewentualnie zabierają jakieś trofeum. Następnego dnia w gazetach można przeczytać o kolejnej brutalnej napaści i jej ofiarach. A chłopcy znów wchodzą do baru mlecznego pobudzić się i złapać ochotę na starą dobrą przemoc

Opowieść ma wymiar uniwersalny. Niedookreślone miejsce i czas akcji. Na pewno jest to przyszłość w dużym mieście i na przedmieściach. Świat opisywany przez Burgessa jest retro-futurystyczny. Nowoczesność i technologizacja życia przenika się płynnie z zamiłowaniem do klasyki i archaicznych rekwizytów. Jeszcze silniej niż w powieści jest to widoczne w ekranizacji. Urządzenie wnętrz, ubiór bohaterów, samochody, ulice i sklepy, wszystkie elementy rzeczywistości są połączeniem futuryzmu i stylu retro. Głównym tematem powieści jest przemoc, jej konsekwencje, a czasem ich zatrważający brak.

Untraviolence i horrorshow

Mechaniczna pomarańcza to w pewnym sensie orgia przemocy. W tej dystopijnej literackiej wizji przyszłości zbrodnia jest emocjonującą rozrywką. Wynaturzony aparat władzy, społeczeństwo w rozkładzie, brak autorytetów, dyscypliny i kontroli ze strony dorosłych, wszystko to czynniki, które kształtują – a raczej wypaczają – młode pokolenie.

Zwykło się mówić, że muzyka łagodzi obyczaje, uszlachetnia i uwrażliwia. Nie w Mechanicznej pomarańczy. Alex jest muzycznym koneserem, ubóstwia muzykę poważną, szczególnie Ludviga van. Słuchając vinyli najpierw śni na jawie o gwałcie i zbrodni, a późnej – najlepiej przy dźwiękach symfonii Beethovena – wciela swoje fantazje w czyn. Puszczają wszelkie hamulce. Czas na ulraprzemoc. Dla tych, których drogi skrzyżują się ze szlakiem Alexa i jego ziomków, zaczyna się horror. Widok krwi, krzyki ofiar, błagania o litość jeszcze bardziej nakręcają nastolatków siejących terror, dlatego będą powtarzać swój zbrodniczy rytuał dzień po dniu. Zrobią to ponownie także dlatego, że wiedzą, że nikt ich nie powstrzyma.

Czy można w tym wypadku mówić o zaniku moralności? Chyba nie. Ta moralność nie zdążyła się wykształcić. Rodzina i społeczeństwo o to nie zadbało. Dlatego ponoszą odpowiedzialność na  równi z tym brutalnym wyrostkiem, który własnoręcznie rozłupuje staruszce głowę…

Quasi-resocjalizacja i mechanistyczna moralność

Nawet w tak zgranej grupie jak banda Alexa, pojawiają się konflikty i rywalizacja o władzę. Tak zostaje ukrócony morderczy szał bestii w skórze piętnastolatka (sic!). Przyjaciele go zdradzają. Trafia do więzienia. Po latach spędzonych za kratami, ochoczo zgadza się zostać królikiem doświadczalnym. Eksperymentalna terapia, podczas której częściowo subliminalnie – czyli podprogowo – częściowo całkiem bezpośrednio i dosłownie zaszczepia się mu awersję do przemocy, przynosi zaskakujące rezultaty.

Alex jest świadectwem porażki systemu resocjalizacyjnego. Już jako jedenastolatek trafił po raz pierwszy do zakładu poprawczego. Teraz ma szansę – i zaszczyt – pokazać światu, że zatwardziały zbrodniarz, może się nawrócić.

I tutaj tkwi sedno opowieści Burgessa. Refleksja nad źródłami dobra i zła, nad determinizmem i wolną wolą, nad etyką i granicami ingerencji w umysł człowieka. Wymuszone dobro gorsze od zła – tak brzmi diagnoza. Przemiana Alexa jest pozorna. Został sztucznie uwarunkowany i jest do pewnego stopnia posłuszny, ale w głębi jego umysłu, nadal czai się mrok i tkwią te same krwawe pragnienia. Co więcej, nauczył się jej maskować. Jest wyrachowany i cyniczny. Nadal marzy o zbrodni, ale tym razem będzie ostrożny i nie da się złapać. Oni jakby dają mi drugi raz szansę, kiedy zabiłem i w ogóle, no, to by nie było fer, gdybym się dał znów grabnąć, jak oni sobie zadadzą tyle fatygi.

Człowiek niezdolny wybierać to już nie człowiek – czytamy w powieści. Istota, która nie potrafi odróżnić dobra od zła i dokonać autonomicznego wyboru jest odczłowieczona. Sprowadza się ją do roli maszyny wykonującej rozkazy. Czy Bóg woli dobro, czy wybór dobroci? A może człowiek wybierający zło jest w jakiś sposób lepszy od takiego, któremu narzuca się dobro – zastanawia się więzienny kapelan w powieści. Czy to etyczne „uwalniać” człowieka od skłonności do przemocy zniewalając  jego umysł i instynkty oraz łamiąc wolę.

„Dobro” staje się rodzajem represji i przymusu. Dochodzi do absurdalnej sytuacji, w której Alex staje się ofiarą przemocy, przed którą nie jest w stanie się bronić, bo jego instynkt samozachowawczy zostaje zdominowany przez bezwzględny i niedopuszczające wyjątków wymóg bycia dobrym. Ktoś cię kopie, a ty mu uprzejmie dziękujesz. Ktoś pluje ci w twarz, a ty nadstawiasz drugi policzek… Mało tego, okazuje się, że twoim oprawcą jest dawny kompan, bo policja wcieliła do swoich szeregów wszystkich tych brutalnych małolatów, nad którymi nie mogła zapanować. Teraz dopiero mogą się wyżyć… Społeczeństwo przemocy. Samonakręcająca się spirala. Wizja pokoju, prawa i dobra przyszłości… Oczywiście wizja w której każde zjawisko zostało posunięte do ekstremum. Ale świadomość że to „tylko” literacka hiperbola, wcale nie sprawia, że jest mniej porażająca.

Pochwała przemocy. Zniekształcony odbiór Mechanicznej pomarańczy

Burgess podzielił Clockwork Orange na trzy części. Każda po siedem rozdziałów. Książka liczyła więc łącznie dwadzieścia jeden rozdziałów. Liczba ta miała dla autora znaczenie symboliczne. Powieść wydano po raz pierwszy w 1962 roku. W Wielkiej Brytanii miała dwadzieścia jeden rozdziałów, w USA dwadzieścia… Taka też – uszczuplona o finałowy rozdział – wersja posłużyła za pierwowzór adaptacji filmowej Stanleya Kubricka. Dlaczego nowojorski wydawca usunął właśnie ten rozdział? Być może był wyjątkowym pesymistą, albo uznał, że w tej formie książka będzie bardziej prowokująca i wywoła więcej kontrowersji… Właśnie za sprawą publikacji powieści bez tego swoistego epilogu – utrwalonej w świadomości ludzi za sprawą ekranizacji – satyryczna historia Burgessa została przez wielu odebrana jako apologia przemocy. Tymczasem autorowi przyświecał zgoła odmienny cel. Nie nazwałabym Mechanicznej pomarańczy powieścią dydaktyczną, ale z pewnością można ją określić mianem sugestywnej przestrogi.

1

Co takiego dzieje się w tym ostatnim rozdziale? Bohater doświadcza autentycznej wewnętrznej przemiany. Dzieje się to, co powinno. Alex dorasta. Przestaje fantazjować o gwałcie i przemocy. Z rozczuleniem spogląda na kobiety i dzieci. Pragnie założyć rodzinę… Tak, tak, spragnionym makabry i rozlewu krwi czytelnikom/widzom podobny finał wyda się mało atrakcyjny. Jednak takie zakończenie jest integralną częścią opowieści Burgessa i jego wizji świata przyszłości, który jest krzywym zwierciadłem współczesności.

Dokładnie trzydzieści lat temu Burgess mówił o swojej powieści i literaturze w ogóle: Kiedy utwór beletrystyczny nie ukazuje przeobrażeń, kiedy po prostu stwierdza, że charakter ludzki jest ustalony, skamieniały, nie podlegający regeneracji, porzucamy obszar powieści i przenosimy się w rejony bajki lub alegorii. Amerykańska lub Kubrickowska Mechaniczna pomarańcza to bajka; brytyjska lub światowa jest powieścią.

Jaki jest sens w pisaniu książki, której bohater niczego się nie uczy, nie ewoluuje, nie chce rozumieć siebie i otaczającego świata? To autodiagnoza najpopularniejszego dzieła pisarza i gorzka refleksja na temat zniekształconego odbioru Mechanicznej pomarańczy. Burgess nazywał swoje dzieło „książczyną” i trochę go dziwiło, że spośród wielu książek które napisał, właśnie ta – nieszczególnie jego zdaniem ambitna – stała się kultowa.

Ekranizacja Stanleya Kubricka

Pisarz nie cierpiał ekranowej Mechanicznej pomarańczy. Ja ją bardzo lubiłam, nadal lubię, ale odkąd zatopiłam się w literacki koszmar Burgessa, zdecydowanie wolę książkę.

Kubrick zrezygnował z dosłownego przeniesienia stworzonego przez Burgessa nowatorskiego języka do świata filmu – w mowie filmowych bohaterów znalazło się tylko kilka bardziej charakterystycznych zwrotów – ale w jakimś stopniu również stworzył awangardowe dzieło. Bo zarówno od strony wizualnej, jak i montażowej czy dźwiękowej Mechaniczna pomarańcza jest filmem, jakiego dotąd nie było. A Malcolm McDowell w roli Alexa jest fenomenalny.

Kubrickowski obraz wydaje się być raczej wierną adaptacją powieści. Oczywiście nie obyło się bez skrótów i pominięcia kilku wątków, ale to raczej nic niezwykłego. Reżyser nie wprowadził wielkich zmian do fabuły, a jednak wielu widzów – zaznajomionych z książkowym oryginałem – stwierdziło, że wersja filmowa bardzo spłyciła opowieść Burgessa. Sam pisarz jest podobnego zdania. Chodzi oczywiście głównie o wspomniany ostatni rozdział, który został w ekranizacji pominięty. Filmowa opowieść zatacza koło. W skrócie można to przedstawić następująco: przemoc; sztuczne uwarunkowanie przeciw przemocy; załamanie psychiczne; traumatyczne doświadczenie, które odblokowuje naturalne skłonności i anuluje warunkowanie; przemoc. Bohater wraca do punku wyjścia, doświadczenia ostatnich lat nie odcisnęły na nim żadnego piętna. Będzie tak jak było, a może nawet gorzej, bo długo pościł i jest wyjątkowo spragniony ultraprzemocy. To złowieszcze zakończenie ma fatalistyczny wydźwięk i nie pozostawia żadnej nadziei na przemianę.

Krótko po premierze w 1971 roku film został wycofany z dystrybucji w Wielkiej Brytanii. Zdaniem ówczesnej opinii publicznej dzieło Kubricka gloryfikowało przemoc i przyczyniło się do fali morderstw, napaści i gwałtów. Pojawili się fanatycy, naśladujący poczynania filmowych bohaterów. Na prośbę samego reżysera Mechaniczna pomarańcza zniknęła z brytyjskich ekranów kinowych. Do schyłku XX wieku była w Anglii filmem zakazanym.

Kilka lat później to książkowy oryginał zaczął znikać z bibliotek, a w szkołach trafiać na listę lektur zakazanych. Ale to już nie w Wielkiej Brytanii, tylko w liberalnych Stanach Zjednoczonych… Podobno ze względu na wulgarny język. Doszło nawet do aresztowania księgarza, który mimo zakazu sprzedawał egzemplarze Clockwork Orange.

Eksperyment językowy Burgessa

W Mechanicznej pomarańczy wyraził autor dwa wielkie lęki i wcale nie mam na myśli strachu przed chaosem społecznym i przemocą ze strony bezkarnych wyrostków. Chodzi o grozę perspektywy wszechwładzy aparatu państwowego, który zniewala i kontroluje umysły oraz obawę przed zdegenerowaniem języka – który jest przecież częścią naszej tożsamości i podmiotowości – do tego stopnia, że ludzie pochodzący z odmiennych środowisk czy różnych grup wiekowych nie będą w stanie się porozumieć.

Burgess uchodził za poliglotę. Znał biegle kilka języków, Mechaniczna pomarańcza to nie jedyne dzieło w którym bawi się tworzywem języka. W angielskojęzycznym oryginale powieści szczególną rolę odegrał język rosyjski. Większość neologizmów i barbaryzmów utworzonych przez Burgessa wywodzi się lub odnosi do języka rosyjskiego, choć pojawiają się też wtręty francuskie, niemieckie, itd. Co ciekawe twórca polskich przekładów, Robert Stiller, wytyka Burgessowi słabą znajomość rosyjskiego i niezrozumienie mechanizmów rządzących tym językiem. Charakterystyczna składnia i rosyjsko brzmiące wtrącenia, również czytelnikowi mogą przysporzyć kilka zmarszczek. Z pomocą przychodzi umieszczony na końcu książki słowniczek. Znajdziemy w nim objaśnienia bardziej tajemniczych zwrotów i tych słów, których znaczenie trudniej wywnioskować z kontekstu.

Burgess dopuścił się gwałtu na języku. Nie chodzi tylko o to, że w angielskim tekście natkniemy się na takie słowiańsko brzmiące słowotwory jak: raskazz, krovvy, slovos, grahzny, malchick, devotchka, gromky, moloko, bezoomny, kots, baboochka, malenky, litso, zasnoot, gazetta, kartoffel, mozg, ooko, smech, ale też angielskie wyrazy ze zmienionymi bądź usuniętymi końcówkami, gry słowne jak na przykład appy polly loggy jako apology czyli przeprosiny, czy też zwyczajne ded, jako stary człowiek, w domyśle umarlak. W osłupienie i rozbawienie wprowadziły mnie ewidentnie polskie wyrazy takie jak chociażby: noga, okno, banda czy dama i fakt, że Burgess zdaje się nie mieć świadomości ich pochodzenia. Wszelkie nierosyjskopochodne – jego zdaniem – zwroty oznaczył w słowniczku gwiazdką oraz przypisem don’t seem to be a Russian origin, ale w przypadku wymienionych wyżej wyrazów tego nie zrobił. Należy sobie zatem zadać pytanie, na ile awangardowa powieść Burgessa jest dziełem geniusza, a na ile dziełem przypadku…

Twórca polskich przekładów twierdzi wręcz, że Burgess musiał siedzieć w otoczeniu tony słowników języków obcych i wybierać słowa na chybił trafił…

Przekłady, czyli mechanicznopomarańczowa polifonia

Wydaje się, że w przypadku Mechanicznej pomarańczy, jej wydań zagranicznych i przekładów nie można już mówić o jednej książce. Każde tłumaczenie to odrębny jej wariant. Oczywiście to samo można powiedzieć o każdej publikacji. Przekład to nie to samo co oryginał, tłumacz odciska na nim swój ślad… Ale ze względu na specyficzny charakter powieści Burgessa w Mechanicznej pomarańczy zjawisko to ma zacznie większą skalę. To czego dokonał – i to dwa razy – Robert Stiller nie jest zwykłym przekładem, ale wejściem w tkankę powieści i zabawą w chirurga transplantologa, który jeden narząd (słowo) zastępuje całkiem innym, spełniającym tę samą funkcję, ale jednak innym, mniej lub bardziej sztucznym, mniej lub bardziej karykaturalnym, itp.

Wcześniejszym przekładem jest tak zwana wersji R, czyli wariant w którym – podobnie jak w oryginale – mamy do czynienia z rosyjskimi wtrąceniami i neologizmami nawiązującymi do języka rosyjskiego. Tyle że, pojawiają się one w zupełnie innych miejscach tekstu, a co za tym idzie w innej formie. Stiller bierze na warsztat takie zwroty, które wkomponują się w polski przekład, odcisną podobny ślad na tekście i wpłyną na jego sugestywność i ekspresję. Ale nie od razu tłumacz był zdecydowany, jak powinien wyglądać pierwszy polski przekład Mechanicznej pomarańczy. Wahał się i miał uzasadnione wątpliwości.

Po pierwsze cenzura. Było oczywiste, że publikacja tej książki w Polsce nie przebiegnie gładko, ale chyba nikt nie spodziewał się, że będzie aż tak ciężko. W posłowiu do Mechanicznej pomarańczy Stiller opisuje swoje wieloletnie zmagania z wydawcami. Z czasopism tuż przed publikacją zdejmowano próbki przekładu i eseje tłumacza dotyczące dzieła Burgessa. Pewne wydawnictwo zgodziło się wydrukować całą powieść, ale w ostatniej chwili się wycofało. Mechaniczną pomarańczę traktowano jak broń biologiczną – lepiej trzymać się od niej z dala i nawet nie wspominać o jej istnieniu. Pojawiła się absurdalna propozycja wydania polskiego tłumaczenia w podziemiu (sic!). Stiller ją odrzucił, ale przekład książki trafił jakoś na czarny rynek i krążył przez jakiś czas w wersji z wieloma błędami. Kiedy po latach książka miała wreszcie trafić na księgarniane półki, połowa jej nakładu wylądowała w punkcie skupu makulatury… Każdy potencjalny wydawca ostatecznie się wycofywał. Minęły dekady nim translatorski wysiłek Stillera ujrzał światło dzienne.

Pracę nad przekładem zaczynał w połowie lat 70-tych. Uznał że zastąpienie wtrętów rosyjskich angielskimi będzie zbyt banalne, pozbawione ciężaru znaczeniowego i siły oddziaływania. Z drugiej strony nałożenie języka rosyjskiego na polski miałoby całkiem inny wydźwięk niż w oryginale. Ze względy na naszą historię, doświadczenia rosyjskiej okupacji i próby rusyfikacji języka polskiego… To była niezwykle trudna decyzja. Ostatecznie tłumacz zadał sobie pytanie, jakim wpływom i przeobrażeniom będzie ulegać język polski? Czy Polacy zaczną chłonąć ruszczyznę czy angielszczyznę? A ze względu na ówczesną sytuację historyczno-polityczną Polski odpowiedź mogła być tylko jedna. Powstał przekład w wersja R, w której do polskiej mowy wdziera się brutalnie rosyjskość.

W tamtym momencie Stiller nie mógł wiedzieć, że w polskiej rzeczywistości dokona się tak wielka przemiana i w latach dziewięćdziesiątych to właśnie angielski wkradnie się do naszej mowy. Ale po latach podjął wyzwanie i rozpisał kolejne tłumaczenie powieści Burgessa, wersję A, zatytułowaną Nakręcana pomarańcza.

Stiller nazwał twór Burgessa językiem futurologicznym. Lingwistyczne proroctwo Burgessa w wersji oryginalnej nie do końca się sprawdziło, ale już konfrontacja przekładu A Stillera ze współczesną polską rzeczywistością językową pokazuje, że tłumacz celnie przewidział kierunek ewolucji naszej mowy potocznej. Dokładnie tak jak w Nakręcanej pomarańczy, coraz częściej – szczególnie w kontaktach wirtualnych – posługujemy się zaanektowanymi z angielskiego zwrotami i wtrąceniami. Fajtować, fejsyajzfuliszofendytbiforestoniszt… Tak, niektórzy mogą być zaskoczeni przeczytawszy, że formy te nie postały wczoraj, a spopularyzował je jeszcze w poprzednim wieku nikomu nieznany tłumacz Robert Stiller. Młodzież, i nie tylko, codziennie używa tych słów. Mówimy językiem Alexa i jego ziomków, przekształconym i przystosowanym do naszych potrzeb.

Ale tłumaczenia Stillera to nie tylko popis znajomości obcych języków i umiejętności lingwistycznych. Podobnie jak Burgess bawi się tworzywem nie tylko języków obcych, ale i własnego. Rodzime słowa też ulegają przeobrażeniom, zmienia się składnia, rytm języka. Lektura Mechanicznej/Nakręcanej pomarańczy to językowa jazda na roller coasterze (proszę, kolejny dowód, sama używam w tym tekście obcojęzycznych wtrąceń). Nie jest to lekka lektura, ale jaka emocjonująca. Dla odważnych i otwartych na nowe doznania…

Czytając dzieło Burgessa – czy to w oryginale, czy w przekładzie – na pewno nie raz będziecie mózgolić, o co tu chodzi i w pośpiechu szukać wyjaśnienia w zamieszczonym na końcu każdej z wersji słowniczku. Burgess zmasakrował język angielski, a Stiller zmasakrował język polski. Ale jaka piękna ta masakra! I chociaż po lekturze jego esejów Stiller jawi mi się jako mizantrop i megaloman, nie umniejsza to jego wkładu w tworzenie naszej polskiej Mechanicznej/Nakręcanej pomarańczy i nie zmienia faktu, że na polu literatury dokonał rzeczy wielkiej.

Stiller pisze, że w Mechanicznej pomarańczy mamy do czynienia z odstręczającą treścią i adekwatną do niej stylistyką. Ja jestem zdania, że Burgessowska nowomowa przewrotnie wnosi do tej mrocznej powieści humor. Niepoważny język, jest elementem gry z czytelnikiem, to przeciwwaga rozładowująca napięcie związane z wszechobecną w fabule przemocą. Język przyszłości jest wulgarny, bywa infantylny, a przede wszystkim jest eklektyczny. To slang łączący różne żargony i stylizacje. Idiolekt Alexa i jego kompanów, którzy reprezentują całe młode pokolenie, różni się od mowy ich rodziców. Dokładnie tak samo jest obecnie. Młodzież nie rozumie dorosłych, dorośli nie kumają, o czym gada młodzież… Dlaczego? Bo nie istnieje coś takiego jak jeden język. Są języki. Bardziej i mniej naturalne, czyste, pomieszane, całkowicie sztuczne… A my choćbyśmy całe życie poświęcili ich studiowaniu i tak nie zostaniemy poliglotami…